Tagi

, , , , , , ,

Wiśnia

[Świat Wiedźmy]

Wiśnia - 00a

 

FRAGMENT PIĄTY

– Co do… Co jest?! – wrzasnął, podrywając się na równe nogi przysadzisty krasnolud o czerwonej gębie. – Co to za żarty, do cholery? – mruknął, patrząc złowrogo na czterech przybyszów… Nie! Na dwóch! Przetarł oczy i zaklął, że przyłapano go na spaniu po mocniejszym napitku… Ale może się nie zorientują.

– Zalatuje tu jak w gorzelni – natychmiast zaczął od drażliwego tematu Topór, a Pochodnia cofnął się dwa kroki… Ale zaraz! To on był u siebie, a ci dwaj nie byli z tej wioski. Jeden to chyba nawet nie był krasnoludem!

– Czego? To teren zamknięty, obcym…

– Jakim obcym, łajdaku?! – przerwał mu bezceremonialnie Topór. – Topora nie poznajesz? Jaki ja tu obcy!

– Tak samo jak i ten tutaj! – oprzytomniał w jednej sekundzie Pochodnia. Wróg u bram! Trzeba się zbroić! – przeleciało mu przez głowę. – Czego tu szukasz? Przecież zabrałeś stąd swój tłusty zad po tym, jak cię ta Megiera złapała, he he – zadrwił.

– Przynajmniej mnie chciała – powiedział, mrużąc oczy, Topór, a Pochodnia zmełł w ustach przekleństwo.

– Czego tu chcesz, pytam? Nie widzisz, że pracuję?

– No widzę, widzę – powiedział asekuracyjnie Topór i prawie nie zaleciało sarkazmem. – Sprawę mamy – wskazał towarzysza. – To jest Krzemień, mój przyjaciel…

– Człowiek? Przyjaźnisz się z człowiekiem?

– Ta! A co? Masz z tym jakiś problem? – Topór położył ostrzegawczo dłoń na swoim koziku. Ten pijaczyna powinien pamiętać jeszcze smak jego stali.

Nie przeliczył się. Pochodnia wodził wzrokiem od kozika do garbiącego się w jaskini człowieka i gorączkowo rozmyślał. Nie było jednak sensu podejmować żadnych działań bez znajomości szczegółów. Poklepał się po twarzy, bo a nuż da się jeszcze trochę otrzeźwieć. Nie pomylił się. Jego bystrzejszy nagle umysł zwrócił uwagę na bardzo ważny detal.

– Zamknij drzwi i mów szybko, o co chodzi – powiedział pewnym siebie głosem i usiadł na swoim służbowym stołku. A oni niech stoją, co go to!

Topór skinął na Krzemienia, by ten zamknął drzwi, sam zaś podszedł do rozpartego na stołeczku krasnoluda i wyjął dwie butelki z nalewką.

– To na zachętę. – Wręczył Pochodni jedną z nich i zachęcił do odkorkowania.

Dłonie Pochodni zadrżały. Spojrzał na Topora niedowierzająco. Czyżby to była…? Niuchnął i natychmiast pociągnął łyk, co raczej nie było rozsądne w jego stanie… Ale nie żałował! Wszędzie poznałby nalewkę na bimbrze Megusi! Och, jak on strasznie za nią tęsknił! Za Megarą troszeczkę też…

– To o co chodzi? – spytał ostrożnie, chowając butelkę za siebie, żeby mu jej nie odebrali, i już zerkał na drugą, którą Topór profesjonalnie trzymał za sam gwint, by nie ogrzać jej dłońmi. Dwie butelki to dobra moneta przetargowa, Topór znał się na negocjacjach. Tylko z czym przychodził?

– Chodzi o przysługę. Chcemy zrobić jeden, tylko jeden – podkreślił Topór, by nie było niedomówień, i na wszelki wypadek uniósł butelkę o kilka centymetrów, by światło przechodzące przez jej rubinowoczerwoną zawartość zatańczyło na ścianach. Widok był doprawdy śliczny, ale Pochodnia zdawał się ulegać hipnotyzującym ruchom wiśniowych refleksów w dalece wyższym stopniu niż jego goście. – Jeden miecz. – Słowa docierały do Pochodni jakby z oddali, ale jednak docierały i sugerowały skupienie. – Mamy stal, mamy rzemieślnika, potrzebujemy, żebyś nam posłużył za piec.

– Też coś – powiedział szturchnięty przez resztkę rozsądku. – Przecież możecie to zrobić nawet w twojej wiosce, po co ci ja, co? – Ale nie odmawiał.

– No, troszeczkę się nam spieszy, a wiesz, że magia jest dużo wydajniejsza – powiedział szybko Topór i mrugnął do Krzemienia. Pochodnia nawet tego nie zauważył. Rozumowanie było wystarczająco sensowne jak na jego wymagania.

– Za dwie butelki? – powiedział z udawaną niechęcią. – To zajmie kilka dni, ja mam pracę, obowiązki…

– Za dwie, owszem, ale nie licząc tej pierwszej, którą już dostałeś – powiedział zachęcająco Topór i wyciągnął kolejną buteleczkę. Pochodni na takie dobrodziejstwo pociekła ślinka i musiał udawać, że drapie się po brodzie, by ukryć ten dowód pazerności.

– No przecież mówię, że dwie… Marnie. Wiesz, dla kogoś innego za dwie bym się zgodził, ale my mamy stare zatargi… – Które pozbawiły mnie tych butelek, do licha! Może uda się wytargować czwartą – myślał gorączkowo, czerwony już nie tylko na gębie, ale i na szyi.

– Zróbmy tak, jeśli wyrobimy się w trzy dni, dam ci jeszcze trzecią – powiedział dobrodusznie Topór, wiedząc, że normalny miecz w trzy dni wyrabia się w palcem w dupie. Nie wiedział tylko, czy ta stal da się tak łatwo. O ile w ogóle!

Pochodnia myślał podobnie: trzy dni z palcem w dupie. Z palcem w dupie i nalewką w gębie! Czy to jakiś podstęp?! Ale cztery butelki nalewki Megusi to nie jest coś, czym można od tak wzgardzić! Czy dałby radę jakoś to ogarnąć w kopalni? W sumie mogliby nawet tutaj siedzieć. Ma dyżur, ale to tylko na wypadek, gdyby coś się działo… Ale co niby ma się dziać?

– Pokaż tę stal – powiedział ostrożnie, co zbiło Topora i Krzemienia z tropu. Myśleli, że gruby krasnolud jest pijany. Krzemień sięgnął do swojego tobołka i wyjął sztabkę od Wiedźmy, zerkając niepewnie na towarzysza…

Przy dziennym świetle i na trzeźwo doświadczony w swoim fachu, chociaż odsunięty od pracy przy piecach ze względu na pewne… problemy natury płynnej, Pochodnia zauważyłby pewnie, że stal jest jakaś inna. Ale w oświetlonej ogniem pochodni jaskini, pod wpływem i z perspektywą wytargowania czterech butelek, jego wzrok jakby troszeczkę zawiódł… Pytanie o stal było zwykłym blefem. Chciał tylko sprawdzić, czy ci dwaj nie chcą czasem jakiegoś przeraźliwie wielkiego miecza, którego wykucie zajęłoby dłużej niż trzy dni. Ale sztabka była tradycyjna, taka na zwyczajny ludzki miecz lub na średniej wielkości topór…

– Zgoda! Dawaj mi te butelki!

Topór podał mu jedną, a drugą schował do wora.

– Ej! Co jest?! Umawialiśmy się na trzy, nie licząc tej, którą już mam!

– Tak! Dwie teraz, dwie za trzy dni, gdy robota będzie skończona. Nie chcę, żebyś się opił i wymigał od pracy – dodał złośliwie Topór.

– Niech cię… Dobra, zgoda. Przyjdźcie do mnie rano. Załatwię w kopalni jakieś luzy. A teraz zmiatajcie. Tu się pracuje! – Wypchnął ich bezceremonialnie na zewnątrz i zatrzasnął drzwi, ale przecież nie ze złości. Był całkiem zadowolony. Kto by się spodziewał, że ta zmiana przyniesie takie dobroci.

– Nie wiem, po co z tobą szedłem – zaczął cicho Krzemień, gdy już wyszli z kopani prosto w ciemną noc. – Wzbudzam zainteresowanie i niechęć krasnoludów. Łatwiej by ci poszło samemu.

– Wy ludzie to jednak jesteście leniwi – westchnął Topór. – Może się nie przydałeś, ale przynajmniej nazginałeś karku, gdy gadałem w twojej sprawie – wyjaśnił mu. Krzemień musiał przyznać, że krasnolud ma rację. Przecież chodziło o niego. Jakżeby mógł zostać w chacie i zostawić wszystko Toporowi na głowie.

– Wybacz, nie pomyślałem o tym. Dziękuję ci tym bardziej za pomoc.

– Nie ciesz się tak! Jeszcze nie wiadomo, czy to coś pomoże. Podziękujesz mi, gdy sprawa będzie załatwiona. I byłbym wdzięczny, gdybyś to ty wytłumaczył wszystko Megarze – dodał cichutko, wślizgując się do chaty kuzyna.

 

Wiśnia - 00a

 

FRAGMENT 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI | UWAGI MARGINALNE

Reklamy