Tagi

, , , , , , ,

Wiśnia

[Świat Wiedźmy]

Wiśnia - 00a

 

FRAGMENT ÓSMY

Toporowi bardzo nie podobało się to, że ta cała Wiedźma zabroniła Krzemieniowi zabierać ze sobą kogokolwiek na te swoje treningi. Meg bagatelizowała jego niekończące się wywody na temat tego, jak to nie można ufać ludziom, którzy coś ukrywają, albo każą ukrywać, albo w ogóle sami są nazbyt tajemniczy. Ale widział, że i ona ze zniecierpliwieniem zerka w okno, gdy na dworze zaczyna się robić ciemno, i uspokaja się dopiero wtedy, gdy Krzemień wchodzi do domu. W milczeniu pozwalała Toporowi wtedy narzekać, jak to Krzemień daje się wykorzystywać i zamęczać obcej babie, że jest zbyt ufny, a w ogóle to co to za trening, po którym wraca się ledwo przebierając nogami.

– A jaki ma być? – mruknęła Meg, nie wytrzymawszy za którymś razem tej skądinąd niedorzecznej uwagi.

– Nie o to chodzi! – obruszył się Topór, waląc pięścią w stół.

Krzemień nie komentował. Nie wiedział, co powiedzieć, a co więcej, nie miał na to siły… Po powrocie z trudem podnosił łyżkę, gdy siadał do stołu. Nie miał nawet pojęcia, co je, ani czy mu to smakuje. W zasadzie jadł tylko dlatego, że Meg coś przed nim stawiała i wkładała mu tę łychę do ręki, a potem kazała nią machać. No to machał…

Topór jednak nie wytrzymał i któregoś dnia postanowił go śledzić, by zobaczyć, co tam się w ogóle dzieje! Meg odradzała mu to, ale był nieugięty. W końcu zdenerwowana kopnęła go w dupę i zatrzasnęła za nim drzwi, wrzeszcząc, żeby szedł do Piekła, a jeśli chce wracać, to niech nie pokazuje się bez Krzemienia i porządnie podbitego oka za to swoje wtykanie nosa w cudze sprawy. Oczywiście wyczytał między wierszami, że to on ma absolutną rację i że żona go w pełni popiera, jednak sądził, że kobieta zdecydowanie przesadza z tymi swoimi humorami i nagłymi napadami agresji.

Śledzenie Krzemienia nie było trudne, bo człowiek się tego wcale nie spodziewał. Szedł ścieżką w kierunku plaży, potem odbił w kierunku Ziemi, aż dotarł do olbrzymiej łąki z pięknym widokiem na błękitne morze, spowite mgiełką tam, gdzie próbował wypatrzyć swój kraj tego dnia, gdy spotkał Wiedźmę. A przynajmniej takie podejrzenia miał Topór. Chciał się upewnić, że nie zostanie odkryty, zanim akcja się rozkręci, więc odszedł, gdy tylko zobaczył, że Krzemień kładzie swoje rzeczy na ziemi. Wrócił po godzinie bezsensownego wałęsania się po okolicznych chaszczach i podkradł się między drzewami osłaniającymi polankę od strony Powietrza.

Wiśnia - 08

Krzemień siedział na ziemi, trzymając miecz nieruchomo w wyciągniętych przed siebie rękach, jakby go komuś dawał. Z tej odległości Topór nie mógł dostrzec jego twarzy, ale miał niejasne wrażenie, że widać na niej ogromny wysiłek. Zaczął rozglądać się za Wiedźmą, ale tylko przez ułamek sekundy, kątem oka dostrzegł jakąś postać nad urwiskiem, tuż przed tym, gdy… rozmyła się w powietrzu! Zamrugał mocno oczami i nim ruszył ręką, by je przetrzeć, usłyszał przerażający szept tuż przy swoim uchu. Nie był tchórzem! Wiele rzeczy można mu było zarzucić, ale na pewno nie to, że bał się czegokolwiek. A jednak poczuł chłód na karku i zamarł, z trudem łapiąc powietrze – klasyczne objawy strachu!

– Nie powinno cię tu być, krasnoludzie – powiedziała Wiedźma. Tak! Z całą pewnością była to sama Wiedźma spod Kolumny! Oddychał ciężko, czując, jak jakiś ogromny ciężar przygniata go coraz mocniej i mocniej… – Czujesz to? Tak wygląda jego trening. Jest niebezpieczny dla postronnych, dlatego zabroniłam mu przyprowadzać ze sobą towarzyszy…

– To… To… – wybełkotał tylko, czując, jak powietrze wokół niego tężeje, jakby nagle znalazł się we mgle, która zaczęła gęstnieć, żeby zamienić się w bardzo muliste bagno! – On… – wybełkotał jeszcze, nim zaczął się krztusić.

– Jemu nic nie będzie. Tylko się zmęczy – zapewniła go głosem tak spokojnym, że prawie wydawał się miły. – A teraz idź – położyła mu dłoń na ramieniu i nagle cała ta ciężka atmosfera zniknęła. Odwrócił się, ale już jej tam nie było. Nie sprawdzał, czy znowu jest na polanie. Odszedł czym prędzej, starając się zapomnieć o tym, co się tu wydarzyło. Było to tak okropne, że nawet nieustraszony krasnolud nie chciał o tym pamiętać.

Meg czekała na męża, zupełnie niepomna słów, jakie rzuciła mu na odchodnym. Topór z ciężkim westchnieniem padł na ławę przy stole i zaczął się tępo wgapiać w swoje dłonie. Miał dzień wolny, ale czuł rozsadzającą go energię… Skąd ona się wzięła? Jeszcze przed chwilą z trudem szedł do domu! Czy na tym polegał trening? Po pierwotnym zmęczeniu czuje się przypływ sił? Głupi nie był. Kojarzył fakty. To musiało być to!

– Idę do roboty! – powiedział nagle radośnie, gdy wspomnienia tej okropnej minuty nagle rozwiały się niczym zły sen. Czuł się wspaniale! Czuł, że może pracować dwa razy szybciej niż zwykle!

– Dobra, tylko nie spóźnij się na obiad. Nie lubię, gdy żarcie stygnie – powiedziała Meg, w ogóle nie zawracając sobie nim głowy. Co się działo z tą kobietą!?

W końcu po kilku tygodniach tych treningów Krzemień wrócił w pełni sił, po raz pierwszy od dawna uśmiechnięty i naprawdę głodny. Meg z zadowoleniem dogotowała zupy, nie mówiąc nawet słowa o tym, że jest zmęczona, chociaż z pewnością była! Topór wiedział, że jego żona zajada stres, ale ostatnio niemalże tyła w oczach i noszenie tego ciężaru na pewno musiało być męczące. Milczał jednak, bo ostatnio obrywał z pięści nawet za niewinność.

Patrzyli więc z zadowoleniem na swojego ludzkiego przyjaciela i pytali o to, jak się czuje, jak trening – to dobrze, że już się skończył! – i co teraz Krzemień planuje?

– Jeśli pozwolicie, to chciałbym pozostać u was jeszcze jakiś czas.

– Oczywiście! – kiwali głowami. W zasadzie obydwoje tak przyzwyczaili się do jego towarzystwa, że ze smutkiem myśleli o zmianie tego stanu rzeczy.

– Powinienem przypomnieć sobie, jak używa się miecza, nim wrócę do kraju. Czeka mnie tam bardzo ważny pojedynek – powiedział z namysłem. – Oczywiście odejdę, nim narodzi się dziecko! – dodał pospiesznie.

Topór wytrzeszczył oczy. Jakie dziecko? Pierwsze słyszał!

– Nie mówiłeś, że opuściłeś kobietę… – zaczął niepewnie, starając się policzyć, jak długo Krzemień z nimi mieszkał, przypomnieć sobie, ile ludzkie kobiety są w ciąży, i skonfrontować te dwie informacje, w celu ewentualnego przestrzeżenia przyjaciela przed niefortunną pomyłką w kwestii ojcostwa. Jednak miny Krzemienia i Meg rozpraszały go.

Krzemień patrzył przepraszająco to na niego, to na Meg, a krasnoludzica zrobiła się czerwona jak burak i widział, jak złość wzbiera w niej, aż w końcu… Meg się rozpłakała. Patrzył na nią osłupiały i coś powoli zaczynało mu świtać.

– To dlatego byłaś taka humorzasta! – wykrzyknął nagle i zdzielił ją po plechach w przyjaznym geście, który wydał mu się najodpowiedniejszy w tej sytuacji. – Będziesz matką!

– Wybacz, Meg, myślałem, że mu powiedziałaś…

– Czekaj. Jak to „mu powiedziałaś”? Czekaj! – wykrzyknął w końcu z nagłym olśnieniem, gdy wszystkie poboczne informacje na raz dopchały się przed oblicze jego uwagi. – Będę ojcem! Krzemień! Słyszysz?! Będę ojcem! Czemu wiedziałeś o tym przede mną!? Cholera, kobieto, czego trzymałaś pysk na skobel?! – wybuchł nagle i trzasnął pięścią w stół.

Meg, wciąż płacząc, rozbiła mu talerz na głowie i zaczęła coś mamrotać o tym, jak to mówił, że jest tłusta, i że generalnie ma go dosyć, i niech nie liczy na nalewkę. Topór z uśmiechem zbierał te wyrzuty i, zupełnie się nimi nie przejmując, natychmiast przyniósł tę zabronioną nalewkę i rozlał pomiędzy nich. Między jednym a drugim bluzgiem wciąż płaczącej Meg wznieśli toast, tłumacząc Krzemieniowi, że krasnoludy mogą pić nawet w ciąży. Chociaż nie był co do tego przekonany, to z przyjemnością patrzył na radośnie pokrzykującego i zbierającego się do powiadomienia o dobrej nowinie wszystkich sąsiadów Topora, i na Meg, która jednocześnie szarpała go, by nie wychodził, i podawała usłużnie rzeczy, po które wyciągał rękę. Widząc to, był pewien, że te ostatnie dni upłyną im w bardzo radosnej atmosferze.

 

Wiśnia - 00a

 

FRAGMENT 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI | UWAGI MARGINALNE

Reklamy