Tagi

, , , , , ,

Bądź elastyczny

Edycie

Bądź elastyczny - 00

 

FRAGMENT PIĄTY

– Tata?

– Nowy Maurycy – usłyszeli niski, lecz chyba kobiecy głos. – I kobieta! – powiedziała postać oskarżycielsko. Ale wyszła z cienia spokojnie i wtedy obydwoje wstrzymali oddechy. Kobieta wyglądała tak, jak Jolka, tylko była sporo starsza, a rude loki poznaczone były białymi pasmami. No i była niewyobrażalnie wręcz blada.

– Jola… – szepnął Olo.

– Ona wygląda jak ja! – pisnęła Jolka, zupełnie nie wiedząc, czy się bać po cichu, czy histeryzować w najlepsze.

– Ja… – szepnęła kobieta, wyciągając do Jolki zimną dłoń.

– Jezu! Jezu! – rozdarła się na pełne gardło Jolka, ustawiając Ola w roli tarczy między sobą a nieznajomą. Dotyk zimnych dłoni niby był zwyczajny, a jednak Jolkę przeszedł dreszcz strachu z domieszką obrzydzenia. Olo doskonale rozumiał jej reakcję. Gdy został mianowany tarczą, palce nieznajomej musnęły i jego.

– Aaaa! – zakrzyknął i uniósł ręce, nogi, wszystko, na co tylko pozwalało mu poczucie równowagi! – Kim…?! Co…?! – skrzyżował dłonie na piersi, by jakoś zatuszować z pewnością złe wrażenie.

– Ktoś przyszedł? – usłyszeli pytanie z głębi domu i po chwili ich oczom ukazał się Maurycy.

– Tata?

– Ach, to wy. Spokojnie, maleńka, to rodzina – położył jej delikatnie dłoń na ramieniu i poprowadził do jakiegoś kształtu, który zapewne był fotelem. Posadził kobietę i chwilę głaskał ją uspokajająco po głowie. A ona patrzyła to na swoją dłoń, to na gości z jakimś niezdecydowaniem. Wierzyć? Nie wierzyć?

Jolka wychyliła się zza Ola i patrzyła zdezorientowana na całą scenę.

– Czemu tu tak ciemno? – zadała w końcu jedyne spośród cisnących się jej na usta pytań, które jako tako pasowało do sytuacji.

– Ciemno – powiedziała kobieta, odkładając kwestie uznania ich za rodzinę gdzieś na bok. Ale że temat oświetlenia wyczerpał się po tym jednym słowie, wróciła więc do poprzedniego: – Rodzina? – upewniła się, patrząc na Maurycego.

– Rodzina – odpowiedział. – Siadajcie. Przyprowadził was Paolo?

– Przyprowadził! – prychnęła Jolka. – Pilnuje pawiana.

– Pawiana?

– Takiego w chodakach – wytłumaczył rzeczowo Olo. – U ciebie wszystko w porządku? – dodał z jakimś dziwnym w tej sytuacji spokojem. Wcześniej myślał, że jak znajdzie ojca w jakimś dobrym stanie, to jasno mu wytłumaczy, jak niestosownie się zachował, znikając na tak długo, bez powiadomienia kogokolwiek o miejscu swojego pobytu. Ale teraz jakoś ten pomysł wydawał się… Nie, w ogóle się nie wydawał.

– Pewnie tak samo dobrze, jak u pawiana… – powiedział Maurycy, jakby i on był na tym dziwnym kofeinowym haju… Kofeinowym? – wypufnęło pytanie w głowie Jolki.

– Ja nie rozumiem – powiedziała jednak, bo wypufnięte pytanie ewidentnie nie miało adresata.

– A to dobrze – powiedział w końcu z cieniem entuzjazmu Maurycy. – Siadajcie. Jak się zrobi ciemno, to będzie lepiej…

– Ciemno! – powiedziała z takim samym entuzjazmem kobieta.

Brzmiało to wystarczająco sensownie na wymagania Jolki i Ola, więc usiedli posłusznie i czekali… Na ciemność, na to, aż kawa wyparuje… Aż kofeinowe obłoczki spowiją ich i wciągną w ciemność, daleko od tego zaduchu, stęchlizny i zimnych trupich rąk…

– To mocny szajs – powiedział nagle Maurycy, wyrywając ich z drzemki. Wokół było grafitowo szaro, ale nagle niemal puste pomieszczenie nabrało jakiegoś wyrazu. Co prawda wyraz ten brzmiał „rudera”, ale jednak należał do brzmiących i treściwych. Na jego dźwięk od razu było wiadomo, co znajdowało się przed ich oczami, czy raczej, w czym oni się znaleźli.

– Jaki szajs? – spytał Olo, który jako mężczyzna miał ogromną wprawę w rzucaniu pasujących do kontekstu zdań nawet wtedy, gdy jego mózg jeszcze nie poukładał wszystkich klocków, którymi żonglował w ramach nieskupiania się na tym, co działo się wokół. Ileż razy uratowało go to przed bezsensowną awanturą wynikłą z tego, że wcale nie słuchał o tym, kto z kim się przespał i za ile kupił tę zdzirowatą sukienkę, którą podobno mu pokazywano pierdyliard dni temu.

– No te zioła, które wrzucają do kawy.

– Wrzucają? – spytała znacznie gorzej przystosowana do odruchowych reakcji Jolka. Ona zawsze z uwagą słuchała o tym, kto w czym i kogo… poderwał.

– Piliście kawę?

– Weź… Nawet nie przypominaj! – obudzili się w jednej chwili.

– Ona jest z jakimiś ziołami…

– Naćpał nas?! – Jolka stanęła na równe nogi, wzbudzając tym niepokój kobiety… No właśnie, co to za kobieta?

– Nie tak nerwowo – pociągnął ją na fotel stryj i uspokajająco pogładził po głowie groźnie zerkającą kobietę. – Tak, naćpał. To ważne…

– Nic nie rozumiem – przyznał się zwyczajnie Olo i rozłożył ręce. Przy kim jak przy kim, ale przy ojcu mógł nie udawać wszechwiedzącego półboga.

– Zdziwiłbym się, gdybyście zrozumieli. Poczekajcie chwilę, wypuszczę ją i wtedy porozmawiamy.

Patrzyli, jak prowadzi kobietę do wyjścia i bezceremonialnie wypycha ją za drzwi.

– Wyprowadza, to dobre słowo – szepnął Olo. – Jak mieliśmy psa, tak samo go wyprowadzał na spacery. Cud, że pies nie uciekł.

– Mieliście mądrego psa…

– A daj ty spokój! Był słodki, ale nie był mądry. Strach go trzymał w domu…

– Kogo?

– Psa, tato…

– A tak. Mieliśmy psa – powiedział Maurycy i z westchnieniem padł na fotel. Przetarł oczy i spojrzał na nich z grymasem na twarzy. – Głupio wyszło. Powinienem powiedzieć ci… wam, w domu. Ale doszedłem do wniosku, że nie uwierzycie. Ha! Własny brat mi nie wierzył!

– W co? W to, że masz kochankę, która jest do mnie podobna? – wypaliła Jolka.

– Co?

– No wiesz, tato… – zająknął się Olo, który w całym swym nieprzystosowaniu do chłonięcia plotek i dopatrywania się znaczących spojrzeń, postawiony w ten brutalny sposób twarzą w twarz z tą dość oczywistą interpretacją obecnej sytuacji, po prostu nie wiedział, co innego można by powiedzieć…

– Podobna? – Maurycy, równie brutalnie chlaśnięty tym zwięzłym podsumowaniem, spojrzał w kierunku drzwi, jakby się zastanawiając, czy nie pobiec za nią i nie przyjrzeć się jej dokładnie. Może faktycznie…

– Jak dwie krople wody… – powiedział z nieciekawą miną Olo.

– Tak? Wybaczcie, ja już tak się uodporniłem na te zioła i na tę… – Pomachał rękoma. – …atmosferę, że już nie widzę tak, jak… No przyzwyczaiłem się do tego, jak ona wygląda naprawdę.

– Naprawdę wygląda jak ja! – powiedziała z uporem Jolka. Czuła jednak, że coś jest nie tak…

– Możliwe, w końcu to poniekąd rodzina…

– O fuj! Tato!

– Ale o co…? No chyba nie myślicie, że ja i ona…? Aha, myślicie… To nie takie proste…

– To jest tak pierwotne, że nie może być prostsze! – powiedziała Jolka, już całkiem nie wiedząc, co o tym myśleć. Może lepiej cofnąć się o kilka linijek i roztrząsnąć sprawę tego naćpania ich?!

– O! Właśnie! – powiedział raźniej Maurycy. – Pierwotne! To bardzo dobre słowo! Pierwotne – pokiwał głową tak dumny, jakby sam wpadł na takie odpowiednie słowo. Ale że nie wpadł, to zaraz kiwać przestał, spojrzał na nich poważnie i, układając sobie wszystko w głowie, uznał, że najlepiej zacząć prosto z mostu. Szczegóły będą później. – Ona jest ghulem.

 

Bądź elastyczny - 00

 

UWAGI WSTĘPNE | FRAGMENT 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

Reklamy