Tagi

, , , , , ,

Bądź elastyczny

Edycie

Bądź elastyczny - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

– Czy pawian pukał w okno? – spytała nagle Jolka, której stan poprawił się na tyle, że już odróżniała zwidy od faktów… Ale że wciąż rejestrowała i jedne i drugie, dlatego wyznanie Maurycego natychmiast skojarzyła z wyimaginowanym pawianem.

– Ghulem… – powiedział z zastanowieniem Olo, który mimo iż wcale się nie wyłączył, dość rozsądnie skorzystał z wypróbowanego sposobu podtrzymywania rozmowy. Jego mózg jednak tupnął mu w głowie donośnie i zażądał wyjaśnień, podsuwając co sensowniejsze klocki. – Ale takim z kultury zachodniej czy raczej jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”?

– Co ty pierdolisz?! – wyszeptała Jolka, czując, że znowu nie odróżnia fikcji od rzeczywistości.

– Uznałem, że może warto to ustalić na początku… Wiesz, inaczej się bronisz przed żywym trupem niż przed dżinniną!

– Co? – spytali chórem Jolka i Maurycy.

– No, bo w tradycji wschodu…

– Olo, Olo, tu ziemia! – pstryknęła mu przed oczami Jolka. – Nie ma czegoś takiego, słyszysz?!

– Ależ jest! – powiedział natychmiast Maurycy, widząc w tym rzeczowym pytaniu syna szansę na szybkie wyjaśnienie sytuacji, która przecież wcale nie była taka prosta. – To raczej taki ożywiony trup. A właściwie trupy. Ona jest tylko taką… królową! Jak u pszczół!

– Królowa ghuli? – upewniła się Jolka, ale z pośpiechem wepchnęła tę rozmowę do worka z pawianem.

– Niech to, Paolo musiał was za mocno naszprycować – zdenerwował się Maurycy. – Pewnie wwalił tego gówna tyle, ile dawał mi. Dzieciaki, dewiza!

– Bądź elastyczny! – krzyknęli chórem, niemalże stając na baczność.

– Właśnie! Elastyczny! Macie się dostosować do sytuacji! Uwaga! Wszystko, co teraz mówię, jest prawdą! Rozumiecie?

Pokiwali głowami, znowu czując się jak złapane na gorącym uczynku dzieci. A przecież nic nie przeskrobali. Wręcz przeciwnie, byli do bólu logiczni – każde na swój sposób…

– Ghule, to coś takiego… podobnego do ludzi… To podgatunek! Trochę jakbyście zostawili człowieka na słońcu, pozwolili mu spleśnieć a potem on by tak sobie chodził i chodził w nieskończoność. Jakby go to zakonserwowało! – dodał tryumfalnie, nie wiedząc, który to już raz w życiu porównania gastronomiczne okazały się jedynymi słusznymi. Działały absolutnie wszędzie. A już szczególnie we Włoszech.

– I my jesteśmy z nimi spokrewnieni? – spytała z wahaniem Jolka.

– O! To bardzo dobre pytanie – pochwalił ją Maurycy. – Bo ghule się na ogół nie rozmnażają! Jest ich ile jest i tyle. Są dość spokojne i pokojowe…

– Ta, widzieliśmy przy studni – powiedział z powątpiewaniem Olo, gdy mózg podrzucił mu odpowiedni klocek.

– A to był wypadek – machnął ręką Maurycy, najwyraźniej bagatelizując całą tę rzeźnię, o której kilka lat wcześniej opowiadał z niemałym przerażeniem własnemu bratu. – One zwykle żywią się bydłem, ale czasami muszą sobie schrupać człowieka… A tutejsza kolonia trochę głodowała, więc najpierw rzucili się na bydło, potem na wioskę… Wypadek przy pracy.

– Wypadek przy pracy? – zamrugali mocno oczami, nie do końca pewni, czy żart był na miejscu.

– Dzieciaki, no nie nadążacie!

– No trochę trudno, gdy mówisz o kanibalizmie i nieśmiertelnych ghulach.

– No trochę śmiertelne są… Czekajcie, to był zły pomysł tak wam mówić od końca. Opowiem wam od początku.

– Temat się nie zmieni, wiesz? – Olo nie wydawał się tak optymistycznie nastawiony jak jego ojciec. W sumie nie było w tym nic dziwnego. Jak bardzo można się ekscytować na myśl o historii stworzenia, które czasami musi sobie wtrąbić człowieka? I to w obecnej sytuacji: gdy rzeczone stworzenie krąży gdzieś w pobliżu!

– Ale z was marudy! Chcecie wiedzieć, czy nie?

– Przejechaliśmy taki kawał… – zaczęła Jolka z jakimś większym zaangażowaniem. – Tyle złych rzeczy mnie po drodze spotkało, to przynajmniej możemy posłuchać, czemu tu wylądowaliśmy, co? – Szturchnęła Ola.

– Tak! Jasne! – Odkaszlnął, jak to miał w zwyczaju, gdy chudy łokieć przeciskał mu się pod żebrami i szturchał w przeponę.

– Świetnie. W razie pytań… Albo nie… – wycofał się pełen pesymistycznych wizji pytań, które ci dwoje z pewnością wymyślą. – Więc zaczęło się dość dawno. Dokopał się do tego mój ojciec, ale nie zrozumiał wszystkiego… Generalnie, ta nasza boczna linia, której pretensje do herbu ojciec zlekceważył, a motto uwspółcześnił… Nie pytajcie mnie o stare motto. Było coś o drzewie i wietrze, takie tam… Ojciec spalił wszystkie dokumenty, bo uznał, że tak będzie zabawniej.

– Jeśli były stare…

– Były! Ale po co mieć jakieś zabezpieczenie na przyszłość – mruknął Maurycy, patrząc posępnie na bratanicę. – W każdym razie oni, ci przodkowie, wyemigrowali… Tak się teraz mówi na ucieczkę z kraju, co? Więc oni zwyczajnie uciekli, bo im się nie podobało. Kupili ziemię i urządzili się tutaj wygodnie, ani myśląc o powrocie do Polski. No z wyjątkiem jakiejś czarnej owcy, praprapradziadka… Więc on wrócił, a tutaj się działo!

– Co się działo?

– A bo widzicie. Oni sobie tutaj ogrodzili tę ziemię, wybudowali całkiem niezgorszy zameczek i tak żyli radośnie. Ale te ziemie od zawsze były terenami ghuli. Miejscowi o tym wiedzieli, ale nasi wielcy przodkowie mieli nosy zbyt głęboko w dupach, żeby się zniżać do słuchania. Nie, żeby znali język. No i się doprosili. Ghule mają dość silne żołądki. Kilkadziesiąt lat wytrzymały na marnej dietce. Ale jak ghule robią się zbyt głodne, to… Paradoksalnie robią się przeraźliwie silne, agresywne i żądne krwi. Ale tylko ludzkiej. Ojciec dokopał się do informacji o wielkiej masakrze, z której nikt nie wyszedł cało. Z wyjątkiem tego jednego, co wrócił do Polski. Odnaleziono tu pobojowisko!

– Takie, jak…

– Dużo gorsze! Cała rodzina, a wierzcie mi, była duża. Tubylcy głupi nie byli, wiedzieli, co się stało. Zburzyli ogrodzenia, zasypali fosy i potem już jakoś to było.

– A ta rzeźnia przy studni? – spytała Jolka.

– A to przez tamę. Zrobili ją w pobliżu kilka lat wcześniej. Miejscowi protestowali, ale wiecie, jak jest. Ghule zostały znowu odcięte. Miały dużo zwierzyny w lasach, ale brakowało im ludzkiego mięsa. Więc w końcu ruszyły na obiadek…

– To okropne, gdy mówisz o tym w taki sposób! – zaprotestowała w końcu Jolka.

– Wybacz. Tyle czasu już z nimi spędziłem, że mi to spowszedniało. Ale to było tylko zwykłe uzupełnienie diety, nie to co wtedy – dodał z zamyśleniem.

– A po co tak tu przyjeżdżałeś?…

– Lepiej powiedz, jakim cudem jesteśmy spokrewnieni – przerwała Jolka.

– Tak. Po kolei. Widzicie, jak ghule są bardzo głodne, to zjadają sobie jakiegoś człowieka. Głównie wnętrzności, mięśnie są dla tych niżej w hierarchii…

– Dobra! Bez szczegółów! – powiedziała zielona na twarzy Jolka.

– A tak, jasne, jasne… – Ale znieczulony wieloletnią znajomością Maurycy nie całkiem rozumiał ten słowny estetyzm. Przecież to nie było tak, że rozkrawał im człowieka przed oczami i wkładał im do rąk poszczególne części, opisując ghulowski savoir-vivre w trakcie posiłków! – W każdym razie tak jest zazwyczaj i tak było ostatnio. Zgłodniały, to przyszły. Ghule polują nocą, ale tę małą, ich przywódczynię zastał świt, więc schowała się w studni. Znalazłem ją tam. Gdyby to był ktoś inny, pewnie by go zjadła, ale że jesteśmy spokrewnieni, to tego nie zrobiła. Mało nie zemdlałem, gdy ją zobaczyłem pierwszy raz. Ludzie z wioski w końcu mnie tam znaleźli, z nią oczywiście siedziałem. Bali się zejść, a ja nie miałem siły wyjść samemu, a co dopiero ją do tego nakłonić. Dali mi tę kawę. Rzygałem jak ten wasz stary kot…

– Puszek, biedactwo… – westchnęła Jolka na wspomnienie wyliniałego kociska.

– Pozbierałem się, pomogłem jej wyjść i odprowadziłem ją do tego porzuconego domu. Są łagodniejsze, gdy w pobliżu są ich ludzcy krewni…

– Dobra, to już wiemy, czemu tu regularnie przyjeżdżałeś, jakkolwiek to bezsensownie brzmi.

– Ej, a ile pożartych ludzi tu było ostatnio, co? Dużo mniej! Towarzystwo ludzkiego krewnego w dużym stopniu zastępuje im posiłek…

– …z człowieka, tak, już wiemy – powiedział Olo, któremu to ciągłe przypominanie o tatarach z ludzi także zaczęło przeszkadzać. – Ale skąd wiesz, że jesteście spokrewnieni?

– Od niej. My nie, ale one to wyczuwają. Jakby to powiedzieć… to jakby magia. Chyba jak wszystko, co związane z ghulami…

– To jest straszne – powiedziała w końcu Jolka, do której wszystko dotarło w tej jednej chwili. – Siedzisz sobie tutaj z nimi, z tymi… zimnymi trupami – zadrżała na samo wspomnienie dotyku kobiety… ghula. – I co? Popijacie herbatkę?

– Czasami herbatkę… One w zasadzie mogą się żywić tym samym, co my – powiedział mentorskim tonem znawcy Maurycy. – Tylko mają dużo wyższe zapotrzebowanie na mięso, szczególnie…

– …ludzkie! – powiedzieli chórem.

– Ależ jesteście drażliwi – najeżył się. – Dobra, więc ostatnia część historii. To bardzo proste i w zasadzie zabawne – zaśmiał się pod nosem.

Jolka i Olo wyprostowali się nagle. Coś im mówiło, że Maurycy może mieć już trochę inne pojęcie o tym, co jest zabawne, tak samo, jak zupełnie inne rzeczy był gotów uznawać za normalne. Wstrzymali więc oddechy, gotowi na najgorsze. Ale nic ich nie mogło przygotować na wizję, którą roztoczył przed nimi Maurycy.

– Gdy ghule są głodne i osłabione, w sensie witalnym, bo fizycznie są wtedy znacznie silniejsze, to pamiętacie, tak? – Kiwnęli głowami. – Świetnie. To się podobno bardzo rzadko zdarza, ale gdy tak jest, to zaczynają się obżerać! Bez umiaru! Tak je skonstruowała natura… I gdy się tak obżerają… To w końcu wybuchają i tak powstają nowe ghule!

 

Bądź elastyczny - 00

 

UWAGI WSTĘPNE | FRAGMENT 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

Reklamy