Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT DRUGI

Orf ze znudzeniem naciskał klawisze, nie bardzo wiedząc, czego szuka… Co mógłby robić tego dnia? Może pogra? Albo może… Nie, w sumie nic mu się nie chciało. Może po-nic-nie-robi?

– Ej, przygłupie, spadaj stąd, co?

– Sama spadaj, ruda małpo – odpysknął młodszej siostrze, która chciała zająć jego ulubione miejsce do nic-nie-robienia.

– Przecież i tak niczego nie robisz! – zdenerwowała się Dżej, marszcząc piegowaty nos.

– Ta… I tu mi się to nie-robi najwygodniej – ziewnął.

– Świnia. Zamówię sobie własną tablicę…

– Jasne, już to widzę. I co, może tak, jak ostatnio odbębnisz prace społeczne?

– Zamknij się – warknęła dziewczyna.

Na samo wspomnienie dnia, gdy dwa androidy z Urzędu Nadmiernej Konsumpcji Wśród Młodzieży pojawiły się w domu, Dżej robiło się sucho w ustach. Tak samo jak brat lubiła po prostu marnować czas… Najchętniej z rówieśnikami. A tymczasem urząd kazał jej odpracować nadmierne zakupy. To były najgorsze trzy dni jej życia!

– Nie rozumiem tych limitów – prychnęła i padła na fotel – ten gorszy mebel, bez wbudowanej tablicy obsługującej wszystkie sprzęty rozrywkowe w domu.

– Żebyś nie znosiła do domu zbyt wielu niepotrzebnych rzeczy – usłyszeli za plecami głos matki.

Dżej na sekundę poderwała się z fotela, ale po chwili usiadła w nim znowu, zupełnie spokojna – matka nie patrzyła na nią tym swoim groźnym wzrokiem.

– Orf, wyłącz ten hałas – poprosiła cicho Arachne, ale jej głos był twardy i nieznoszący sprzeciwu. Chociaż była kochającą i usłużną żoną oraz córką, to dzieci potrafiła trzymać w ryzach. Nigdy ich nie karała, nigdy nie krzyczała, a jednak wszystkie trzy jej pociechy wiedziały, że z matką nie ma żartów. Z ojcem było inaczej. Jego się bały, bo wiedziały, że może on jeszcze zaostrzyć limity ustalane przez Urząd ds. Osób na Utrzymaniu. Cóż by oni wtedy poczęli?!

– Tata wstał? – spytała Dżej, przechylając się przez oparcie fotela.

– Zaraz pewnie wstanie. Coś się stało, kochanie? – Arachne spojrzała na córkę tymi dużymi zawsze sennymi oczami koloru kurzu, którym straszyła ich w dzieciństwie – że jak nie zostanie sprzątnięty, to urośnie i ich pożre!

– Chciałam jedną rzecz…

– Ta… Pewnie nową tablicę interaktywną – zakpił Orf.

– Zamknij się, pajacu! – krzyknęła Dżej, ale brat tylko wygodniej ułożył się na szezlongu, który zajmował, i nawet nie uraczył jej spojrzeniem. Spod półprzymkniętych powiek obserwował przez szklany dach liliowe jak jego oczy niebo, a do ust pakował jedzenie o bliżej nieokreślonym smaku. W zasadzie nawet nie wiedział, że coś takiego jak smak istnieje. Od dziecka karmiono go jedzeniem w proszku lub ulepionym z proszku – bardzo pożywne.

– Cisza – powiedział ojciec, wchodząc do kuchni. Dżej natychmiast stanęła na baczność, a Orf zaczął leżeć jakoś mniej wygodnie, chociaż nawet nie drgnął. – Czy oni muszą co rano się tak kłócić? Musicie? – spytał, wyciągając rękę po kawę, którą podała mu żona. Spojrzał na mętną zawartość kubka i skrzywił się. Jak przez sen pamiętał obrazy z Ziemi, ale smaki jedzenia śniły mu się co noc. Jakże chciałby znowu znaleźć się w świecie, który dawał bodźce dla wszystkich zmysłów. Rozejrzał się po swoim sterylnym domu z tym samym niesmakiem, z którym wcześniej patrzył na popłuczyny w kubku. Wszystko takie nijakie…

– Bo on się wtrąca w nieswoje sprawy i ma dużo do powiedzenia, chociaż jest głupi! – powiedziała z irytacją Dżej.

– Sama jesteś głupia… – mruknął znudzonym głosem Orf.

– O! Widzicie?! Durny naśladowca! Nawet epitetu nie wymyśli samodzielnie, tylko zawsze powtarza!

– Sama powtarzasz…

– Dość – powiedział krótko profesor i usiadł zrezygnowany przy stole. – Mam dość tych waszych kłótni. Nie są ani interesujące, ani zabawne, ani nawet do niczego nie prowadzą.

– Prowadzą… prowadzą… – przedrzeźniała teraz ojca Dżej. – Czy wszystko musi do czegoś prowadzić?

– Ależ nie, kochanie – powiedział ze złośliwym błyskiem w oku profesor. – Jak następnym razem poprosisz mnie o zmniejszenie limitu na jakiś gadżet, to obiecuję ci, że rozmowa ta do niczego nie doprowadzi.

– Oj, tato!

– Nie „tatuj” mi tutaj.

– A wy znowu w radosnych nastrojach, jak widzę, co?

Cała czwórka spojrzała ku drzwiom, gdzie młoda kobieta próbowała utrzymać obok siebie dwóch wyrywających się chłopców. Jej białe ubranie tak samo jak ubranie Arachne i profesora mówiło, że kobieta jest już mężatką i że bynajmniej nie szuka nikogo na boku. Dwaj chłopcy w końcu wyrwali się z jej rąk i pobiegli: jeden do Arachne, drugi do profesora.

– Dziadziu! Babu! – krzyczeli jeden przez drugiego, próbując wdrapać się na jedno z oblężonych.

Profesor w końcu posadził sobie rudowłosego Bazylego na kolanach, pozwalając mu wsadzić całą rękę do kubka z bezsmakową kawą. Arachne tymczasem posadziła drugiego z bliźniaków – Hadriana na wysokim krześle, by i on mógł zakosztować radości, jaką daje namoczenie ręki w podłej kawie – w końcu wszystkie babcie wiedzą, że nie ma nic lepszego, niż zapaskudzić sobie rękaw nowej bluzeczki.

– Świetnie, tylko ich tu brakowało – burknęła Dżej i wróciła na swoje miejsce. Nacisnęła jeden z wielu przycisków niesłużących do szeroko rozumianej rozrywki, i po chwili pojawiła się przy niej jakaś bliżej nieokreślona, lecz oczywiście bardzo pożywna potrawa. Zaczęła ze znudzeniem gmerać w niej łyżką, nie do końca zdecydowana czy chce ją jeść…

– Tycjan zaraz przyjdzie – oznajmiła Selena, patrząc z niechęcią na brudnych synów. Chociaż wiedziała, że nie musi się martwić ani o czyszczenie, ani nawet o naprawę ubrań, bo mogła w każdej chwili po prostu zamówić nowe, to jednak brud był czymś, czego nienawidziła od urodzenia. Już w kołysce ostrożnie machała pulchnymi rączkami, by czasem nie pobrudzić sobie ubranka, a kolorowe papki dla niemowląt mozolnie zlizywała krótkim językiem i z wyrzutem patrzyła na matkę, gdy ta nie dość precyzyjnie wetknęła jej łyżkę do buzi, zostawiając brudzące paskudztwo na policzku. – Czy coś się stało? – spytała, starając się powstrzymać tik nerwowy w prawym oku. Ach te cholerne plamy po kawie.

– Tata chce z wami porozmawiać.

– Porozmawiać? – zainteresowały się młodsze dzieci. Wnuki tymczasem radośnie chlapały kawą na biały blat, widząc, że przynosi to wspaniałe efekty – matka sprząta każdą plamę coraz zacieklej. – To ja pójdę do koleżanek…

– Nie, nie, kochanie – powiedziała spokojnie Arachne, a jej szare spojrzenie przyszpiliło córkę z powrotem do fotela. – Tata chce porozmawiać ze wszystkimi.

Profesor patrzył z rozbawieniem na swoją żonę i dzieci. Uwielbiał, gdy Arachne, pchana poczuciem obowiązku i odpowiedzialności za kolejne pokolenia, wyzbywała się swojej delikatności i zdecydowanie kierowała sprawami całej rodziny, by on mógł spokojnie oddawać się pracy. Profesor wiedział, że może na niej zawsze polegać, że także pozbawiona jego silnego ramienia żona potrafi zarządzić całym domem. Oczywiście nie przyznawał się, że wie, iż bez niego poradziłaby sobie równie dobrze. Arachne z kolei udawała, że nie wie o jego wspaniałomyślności. I tak sobie żyli zgodnie, nosząc z dumą białe ubrania bez najmniejszej kolorowej plamki.

Gdy otworzyły się drzwi ich domu zajmującego zaszczytne ostatnie piętro wielkiego wieżowca należącego do firmy Nowelizacji Sieci Informacyjnych, w której pracował profesor, zobaczyli w nich nie jednego Tycjana, a całą trójkę ludzi. Obok zięcia stali jeszcze rodzice Arachne.

– Jak można tak wysoko mieszkać?! Zziajałem się! – zaczął na powitanie Mortimer, odpychając Tycjana, by czym prędzej powitać córkę i zięcia.

– Przecież jechaliście windą – zaśmiała się Arachne.

– A co to? W windzie nie można się zdyszeć? – burknął w odpowiedzi ojciec, ale jego szare oczy śmiały się do niej. – Witaj, Max – przywitał się z zięciem, klepiąc profesora po ramieniu. – To co, zdecydowaliście się?

– Tak, Mortimerze.

– Świetnie! Świetnie! Nawet się cieszę! Już nam tu nudno, co Letycjo?

– Tobie wszędzie jest nudno – przewróciła oczami jego żona i czym prędzej poprawiła srebrne loki, bo przecież ta szalona winda na pewno popsuła jej fryzurę. – Co to za nieludzka pora, Arachne. Nie mogliśmy spotkać się wieczorem?

– Lepiej mieć to z głowy zawczasu, mamo…

– No tak, no tak… Chłopcze, wchodź, co tak stoisz? Seleno, co twój mąż tak stoi?

– Co? – Selena poderwała głowę znad Hadriana, który nie pozwalał zdjąć z siebie brudnej bluzeczki. – Tycjanie, na miłość elektroniczną, no chodź tu i mi pomóż! Chłopcy są cali brudni!

– Ja nie wiem, czy cokolwiek da się ustalić w takim zamęcie – szepnęła do męża Arachne.

Decyzja Profesora - 02

Oboje spojrzeli na ten harmider, który nagle zapanował w ich domu. Letycja z Mortimerem jak zwykle próbowali podpuścić młodsze wnuki, a Orf i Dżej jak zwykle irytowali się tymi zaczepkami. Dziadkowie doskonale znali tę dwójkę, wiedzieli, co zrobić, by wyprowadzić ich z równowagi.

Starsza córka tymczasem przestała siłować się z rozbawionym Hadrianem i pogoniła swojego męża, by to on męczył się z brudnym dzieckiem. Bazyli tymczasem śmiał się w głos, wciąż siedząc na kolanach profesora. Wykazywał jednak tak duże zainteresowanie tą nadzorowaną przez matkę szarpaniną ojca z jego bratem, że profesor w końcu postawił go na podłodze i pozwolił pobiec do nich.

– Wyobrażasz ich sobie na Ziemi? – szepnęła Arachne, a w jej głosie rozbawienie walczyło z przerażeniem.

– Nie, ale chciałbym to zobaczyć. Ostatecznie zawsze możemy wrócić. Już wszystko załatwiłem, nie będzie problemu.

– Cała rodzina? – upewniła się Arachne.

– Cała – odpowiedział z uśmiechem.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy