Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT TRZECI

– Co?! – krzyknęli chórem Selena, Dżej i Orf. Tycjan, słysząc tę nowinę, pozieleniał na twarzy i omal nie upuścił Hadriana na Bazylego. A rodzice Arachne chichotali cicho, jakby to oni byli tu dziećmi.

– To chyba jakieś żarty! Ja tu mam swoje życie! Ja nigdzie nie jadę! – zaczęła pieklić się Dżej. Jako nastolatka ewidentnie miała prawo pierwszeństwa do wybuchów gniewu i okazywania niezadowolenia. – Jedźcie sobie sami! – krzyknęła jeszcze i z jakąś niemocą osunęła się na fotel.

– Tak, jedźcie sami – powtórzył za nią beznamiętnie Orf, ale z jakimś nietypowym dla siebie napięciem wpatrywał się w ojca, szukając choćby cienia uśmiechu sugerującego, że to tylko głupi żart.

– Nie możecie zostać. Jesteście na naszych kredytach i jeżeli my z mamą jedziemy, to będziecie musieli sami zacząć na siebie zarabiać…

– Ale…

– Ale nie macie żadnych umiejętności, tak, wiemy – powiedziała z westchnieniem Arachne.

– Było się uczyć – chichotał Mortimer, zadowolony z tego, że wnuki wreszcie pożałują, że go nie słuchały, gdy był po temu czas. Nie żeby ich nie lubił, był tylko złośliwy z charakteru.

– Mam umiejętności! – żachnęła się Dżej.

– Siedzenie w fotelu i zamawianie nowych gadżetów, to nie są umiejętności – powiedziała do niej z wyższością Selena, chociaż miała okropną świadomość tego, że ona także nie jest w stanie utrzymać siebie samej, a co dopiero swojej rodziny.

– Tak, jakbyś ty coś potrafiła… – odburknęła Dżej.

– Nie, nie, to tak być nie może… – zaczęła Selena i wepchnęła ciągnącego ją za nogawkę Bazylego w ręce Tycjana. Objuczony dwójką chłopców mężczyzna patrzył wystraszony po wszystkich po kolei. W końcu i jego dotyczyła ta szalona decyzja. – A babcia i dziadek? – spytała oskarżycielsko. – Oni też jadą?

– Pierwszy wejdę do promu! – zapewnił Mortimer, wspominając ze wzruszeniem lata swej młodości, gdy jako młody, przystojny, dobrze zbudowany pilot…

– Już się tak sobą nie zachwycaj – szturchnęła go w bok Letycja, wykazując tym samym niepokojącą umiejętność czytania w jego myślach.

– To wuj z rodziną też jadą? Są w końcu na kredytach dziadka – powiedziała wojowniczo Selena.

Arachne uśmiechnęła się pod nosem – najstarsza z jej pociech zawsze była najbystrzejsza. Gdyby nie jej paranoidalny lęk przed brudem, z pewnością świetnie poradziłaby sobie w życiu. Gdybyż tylko znalazła się chociaż jedna praca, w której pozwalają myć ręce za każdym razem, gdy się czegoś dotknie… O, tak jak teraz, gdy nieopatrznie oparła się o stół, już biegnie do łazienki.

– Jeszcze ich mi tam by brakowało! – oburzył się Mortimer.

Arachne pogładziła ojca po ramieniu, by się uspokoił. Jej młodszy brat był zadrą w ojcowskim oku. Mortimer miał takie wspaniałe plany dla niego. Kariera w Jednostce Specjalnej ds. Bezpieczeństwa i Nadzoru Przepływu Informacji była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Chłopak urodził się zdrowy, urósł wysoki, nie był głupi i tylko trochę leniwy… Ale zamiast do broni, garnął się do oldskulowych gitar i kobiet. W tej kolejności. I tak właśnie, równie odpowiedzialny za rodzinę co jego ukochana córeczka, Mortimer wziął na siebie utrzymanie marnotrawnego syna i całej jego rodziny, tracąc własne kredyty i przechodząc na utrzymanie córki… Jak dobrze, że Max był geniuszem! Mortimer nie musiał martwić się o los dzieci Arachne.

– W takim razie dlaczego oni mogą zostać, skoro dziadek wyjeżdża? O ile pamiętam, oni wykorzystują cały dziadkowy przydział utrzymania – krzyknęła znad kranu Selena.

Dżej patrzyła na siostrę z podziwem po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Niby wiedziała, o co chodzi z tym całym systemem utrzymania rodziny, że wyliczany na podstawie wkładu w rozwój planety poziom uwierzytelnienia był jednoznaczny z tym, jak wiele osób można samemu utrzymać, ale w żadnym razie nie powiązałaby tego z faktem, że dziadek nie zabiera ze sobą tych, którzy są utrzymywani przez niego. A co by za tym szło…

– Skoro oni zostają na kredytach dziadka, my możemy zostać na twoich. Albo nawet mamy… – zaczęła z nadzieją Dżej, ale mina ojca kazała jej zwątpić w to, co mówiła. Profesor uśmiechał się przebiegle. To był najgorszy z możliwych uśmiechów, bo znaczył, że sprawa została dokładnie przemyślana i zna on odpowiedzi na wszystkie pytania, które mogą zostać zadane w tym temacie.

– Dziadek już nie pracuje, więc może przekazać swoje kredyty komu chce. My z mamą wciąż możemy się przysłużyć planecie, dlatego Urząd ds. Kredytowania i Utrzymania Jednostek nie pozwala nam na takie transfery. Zasadniczo, jeśli ktoś, kto nadal może pracować, opuszcza planetę, traci wszystkie przywileje – powiedział z błyskiem w niebieskich oczach.

– A to znaczy, że albo zaczniecie pracować, albo ruszacie z nami – dodała Arachne i uśmiechnęła się do nich pocieszająco. – Dziadkowie są na moich kredytach i chcą jechać, chociaż mogliby zostać ze względu na wiek… Nie gniewaj się mamo – uprzedziła okrzyk oburzenia Letycji. – Wy jesteście za młodzi i chyba nie macie innego wyjścia, jak jechać z nami, skoro jesteście na kredytach ojca…

– To jakaś drwina! – przerwała jej Selena i dla poprawienia sobie humoru znowu poszła umyć ręce.

Jej synowie obserwowali ją z zaciekawieniem z wysokości ojcowskich ramion, które chyba tylko cudem ich utrzymywały. Tycjan wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć z nadmiaru informacji. Ziemia! Ziemia! Tam jest brudno! Selena zrobi mu z życia piekło, jeśli będzie musiała żyć w brudzie!

– Nie możecie narażać moich dzieci… Chłopcy są za mali na ten cały brud, na takie warunki! – wołała znad kranu, co jakiś czas mrucząc też coś pod nosem. – Muszą zostać, chłopcy muszą zostać. I ja też muszę tu zostać. Chłopcy są na tyle mali, że należą im się kredyty utrzymania, dopóki nie dorosną. Ja z nimi zostanę… – dodała znowu pod nosem, chociaż doskonale wiedziała, że nic jej nie przysługuje, nawet przez wzgląd na dzieci. System poradzi sobie z ich wychowaniem i bez niej. – Ja zostanę, ale Tycjana możecie zabrać…

– Co? – spytał z nieszczęsną miną mężczyzna i wypuściłby z rąk obie swe pociechy, rozbijając im tym samym głowy, gdyby Arachne i Max nie podbiegli chwilę wcześniej, by zabrać bliźniaki z omdlewających rąk ich ojca. – Ale jak to? – zapytał tak żałośnie, że Selena podniosła nieprzytomne spojrzenie znad kranu.

– Co?

– Zostawiasz mnie?

– Co?! – zawołała już nieco trzeźwiej i zdecydowanie groźniej.

– Mam jechać sam, a ty zostaniesz?

– Co tu się dzieje?! – spytała Selena już na granicy obłędu. – Powiedzcie, że to jakiś zły sen! Powiedzcie, że to sen!

– Oj, chciałbym… – westchnął z pilnowanego zazdrośnie szezlonga Orf. Właśnie dotarło do niego, że mogą to być jego ostatnie chwile w cywilizowanym świecie. Rodzice wybierają się na Ziemię a im nie pozostaje nic innego, jak lecieć z nimi.

– Nie spodziewałam się tego po was – powiedziała poważnie Selena i odebrała Hadriana z rąk Arachne. – Jesteście nieodpowiedzialni! Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że wasze zachcianki mają wpływ na nasze życie, nie zdajecie sobie sprawy…

– Ależ nie, moja droga – przerwała jej bardzo cicho lecz surowo Arachne. Selena drgnęła, pamiętając ten ton. Negocjacje się skończyły. – Doskonale zdajemy sobie sprawę z konsekwencji. A jeśli się odrobinę skupisz, to przypomnisz sobie, wszyscy troje sobie przypomnicie… – Wskazała kolejno całą trójkę. – …że powtarzaliśmy wam wielokrotnie, że macie się kształcić, bo ojciec chce kiedyś wrócić na Ziemię. I doskonale wiedzieliście, jakie są tego konsekwencje.

– Ale nie sądziliśmy, że to było na poważnie! – wrzasnęła Dżej, która już całkiem straciła panowanie nad sobą.

– Bo wy nigdy niczego nie traktowaliście poważnie. Ale koniec tego, teraz zaczniecie. Za tydzień ruszamy. Załatwcie wszystkie swoje sprawy, albo znajdźcie pracę, bo decyzja zapadła.

Głucha cisza wypełniła pomieszczenie i uwierała ich niczym wata cukrowa. Szczególnie Selena czuła ogromny dyskomfort, zupełnie jakby coś się do niej kleiło. Okropność. Przerwała ciszę, ponownie rozchlapując wodę drżącymi dłońmi.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy