Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT CZWARTY

Największą radość z wylotu mieli najmłodsi – wahadłowiec był duży i błyszczący, i wydawał takie różne głośne dźwięki; oraz najstarsi – Mortimer wspominał najpiękniejsze czasy swej kariery, a Letycja wycieczki z młodymi pilotami, o których nigdy nikomu nie pisnęła ani słówkiem. A już na pewno od chwili, gdy poznała Mortimera i zapomniała o tamtych innych. No, prawie zapomniała.

Profesor nie odczuwał radości. Jeszcze nie. Śmiał się w duchu, że odwleka ten moment, by całą przyjemność poczuć na Ziemi, w domu…

Arachne była spokojna jak zwykle. Nigdy dotąd nie latała wahadłowcami ani niczym innym. Te nieliczne okazje, gdy ojciec mógł zabierać jedno z dzieci na loty szkoleniowe, zarezerwowane były wyłącznie dla syna. Widać na marne. Arachne nie znała też Ziemi. Już jej rodzice urodzili się na Marsie. To, co ją teraz zajmowało, to dzieci. Nie wiedziała, które z nich jest najbardziej obrażone na świat. Nawet przez chwilę zastanawiała się, czy nie powiedzieć im, że zawsze mogą wrócić, jeśli im się nie spodoba… Ale Max zabronił tego.

– Jeśli im powiesz, będą robili wszystko, by wrócić. Nie dadzą sobie szansy.

– A co, jeśli faktycznie jest tam tak źle, jak mówią?

– Wtedy będą miały wspaniałą niespodziankę. Nie przejmuj się, kochanie – ucałował ją w czubek głowy. – Może są trochę rozpieszczone, ale to dobre i bystre dzieciaki. Poradzą sobie. Zobaczysz!

– Obyś miał rację – szepnęła teraz do siebie i starała się nie przejmować wymownym spojrzeniem mijającej ją Seleny.

– Chłopcy, spokój! Tycjanie, czemu ich nie pilnujesz?!

– Pilnuję, kochanie – jęknął mężczyzna, ściągając dziecięcą smycz, na której końcu wierzgał Hadrian.

– Och, na litość procesora, to tylko dwulatek, nie może być silniejszy od ciebie! – Podbiegła do malucha i wzięła go na ręce. – Masz, noś go! – Wcisnęła chłopca Tycjanowi i pobiegła za Bazylim. – I jak my ich upilnujemy w tym brudzie? – biadoliła, podczas gdy Bazyli aż palił się do tego brudu, wahadłowca i wszystkiego, co nieodpowiednie.

– Damy radę, kochanie – uspokajał ją mąż, ale prawdopodobnie wierzył w to mniej, niż sama Selena. W środku dygotał niczym jedna z tych pożywnych galaretowatych papek.

Od powrotu do domu po tamtej okropnej rozmowie był kłębkiem nerwów. Od rana do nocy słuchał o tych wszystkich okropnościach, jakie miały na nich czekać na Ziemi. Selena obsesyjnie wyszukiwała wiadomości na ten temat i, był tego pewien, „upiększała” je jeszcze, opowiadając o tym, na ile sposobów mogą stracić ręce, nogi, wnętrzności, świadomość a nawet jedzenie! Dla kogoś wyhodowanego, bo trudno czasami mówić o wychowaniu, w świecie, gdzie wszystko było na wyciągnięcie ręki, opowieści o tym, że ktoś może odebrać im jedzenie, były najgorszym z możliwych koszmarów. Tycjan nigdy wcześniej tak nie doceniał proteinowych papek, jak przez ostatni tydzień. Narobił zapasów i po raz pierwszy został pochwalony przez żonę. Zazdrośnie pilnował więc wyładowanych po brzegi walizek z jedzeniem i nie odstępował ich na krok, chociaż dzieci robiły, co mogły, by zaciągnąć go do wahadłowca.

Spojrzał na teścia. Zawsze go podziwiał. Profesor był jednym z czołowych naukowców planety. Osiągnął najwyższy, dziewiąty poziom zaufania i stać go było nie tylko na utrzymanie dzieci i wnuków. Bez mrugnięcia okiem zgodził się przejąć utrzymanie Tycjana, wiedząc, że wciąż ma jeszcze dwa wolne miejsca, skoro jego żona utrzymuje się sama. Tycjan był mu za to zawsze ogromnie wdzięczny. Nigdy nie był zbyt bystry, nie miał więc szans na jakąkolwiek pracę, a co dopiero na taką, która pozwoli utrzymać rodzinę. Jego rodzice z ulgą przyjęli wiadomość o tym, że nie tylko nie muszą już dłużej martwić się o syna, ale nawet przyszłość jego dzieci będzie zabezpieczona. Tycjan nie miał więc nic do powiedzenia w sprawie podjętej przez teścia decyzji, ale to on musiał znosić humory Seleny, a najgorsze wciąż było przed nim.

Nawet nie zauważył tego, że Arachne zerka na niego co jakiś czas ze smutkiem. Miał tak żałosną minę, że kobiecie to właśnie jego było najbardziej żal. Znała swoją córkę, domyślała się, jak musiała zadręczać Tycjana przez ostatnie dni.

– Będziesz musiał mu jakoś pomóc…

– Co? – Profesor spojrzał na nią pytająco.

– Tycjanowi. On sobie nie poradzi z tym wszystkim. Ziemia, Selena, bliźniaki i jeszcze tata…

– Na Mortimera nie poradzę…

– Jego wezmę na siebie – powiedziała z uśmiechem Arachne. Wiedziała, że ojciec lubuje się w zaczepkach, a Tycjan najczęściej padał ofiarą jego żartów. – Powinieneś spędzać z nim dużo czasu. Przy tobie Selena będzie mu mniej dokuczała…

– I to tyle z przyjemnego powrotu do domu – zaśmiał się, ale objął żonę i szepnął jej uspokajająco: – Coś wymyślę.

– To nie jego wina, że nie ma żadnych umiejętności – wytłumaczyła zięcia Arachne.

– Każdy ma jakieś umiejętności, kochanie, tylko nie wszystkie są doceniane przez nasze społeczeństwo…

Arachne już chciała się oburzyć, albo chociaż spytać, co mąż ma na myśli, ale pojawił się ktoś z załogi wahadłowca.

– Profesorze Chrum?

– Tak?

Mortimer w jednej sekundzie stanął obok młodego pilota i wypiął dumnie pierś, wciągając brzuch ile tylko mógł, ale nadal jego talia była dwukrotnie szersza od talii młodego mężczyzny.

– Zaraz będziemy gotowi do startu. Możecie wchodzić na pokład.

– Tak! – krzyknęli chłopcy, bardziej wyczuwając, niż rozumiejąc, co mężczyzna ma na myśli.

– Czy… Czy profesor jest pewien tej decyzji? – spytał cichutko główny pilot, gdy cała rodzina znalazła się już na pokładzie wahadłowca, a Tycjan wniósł do środka już wszystkie walizki, których nie pozwolił nikomu dotknąć.

– Jak żadnej innej – powiedział z uśmiechem Max i wtedy poczuł pierwsze motylki w brzuchu na myśl o powrocie.

– W takim razie zaraz startujemy.

Gdy był mały, podróż na Marsa trwała bardzo długo. Teraz nadal zajmowała kilka tygodni, ale precyzyjne wyliczenia pozwalały maksymalnie skrócić ten czas. Wahadłowce cywilne mogły latać tylko w trakcie opozycji z Marsem, gdy odległość między planetami była najmniejsza, i chociaż stopień wierzytelności profesora pozwalał na wybór dowolnego terminu, to nie chciał tracić czasu w podróży. Nawet w tak luksusowym wahadłowcu, jak ten, który do złudzenia przypominał ich własne mieszkanie.

– Wahadłowiec zostanie z nami? – spytała z nadzieją Dżej, widząc replikę własnego pokoju.

– Nie. Zamieszkamy w tradycyjnym ziemskim domu – powiedziała Arachne znad książki. Profesor uśmiechnął się pod nosem. Ciekawe, jak Arachne zareaguje na papierowe książki. Jak oni wszyscy zareagują na to, co on tak doskonale znał z dzieciństwa. Nie mógł się już doczekać. Czuł, jak kolejne poczwarki pękają i wypuszczają w jego żołądku całe stado motyli.

– Zginiemy! Zginiemy tam – histeryzowała po cichutku Selena, w ogóle nie zauważając, że chłopcy ubrudzili się jedzeniem. Było z nią bardzo źle.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy