Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIĄTY

Wahadłowiec osiadł na olbrzymim asfaltowym lądowisku. Widząc coś tak archaicznego jak asfalt, przeżyli szok. Tylko bliźniaki były zachwycone tym, że nóżki lepią się do rozgrzanego słońcem podłoża. Gdzieś na horyzoncie widać było las i góry, ale w konfrontacji z asfaltem po prostu przegrały one wojnę o uwagę nowo przybyłych.

– Ja wracam! Ja wracam! – krzyczała roztrzęsiona Selena.

– Spokojnie, kochanie, ludzie jakoś żyją z tym… czymś…

– Och nie! Nie! Oni umrą w tym toksycznym miejscu! Chłopcy! Chodźcie tu! Chodźcie!

Ale chłopcy nie mieli powrotu w planach. Pogubili już buciki w pędzie ku złocistemu piaskowi i zamierzali zgubić też skarpetki.

– Zabierzcie chociaż ich! – powiedziała bohatersko Selena, prawie łapiąc za ramię jednego z pilotów, ale nic nie wskazywało na to, że wyjdzie z wahadłowca.

– Nic im nie będzie! Nadal wielu ludzi mieszka na Ziemi i nic im się nie stało.

– Widocznie się przystosowali – burknął Orf, ale z jakąś fascynacją tupał nogą, czując, jak podeszwa lepi się do podłoża.

– Co to za… zapach? – Dżej niczym zahipnotyzowana szła powoli przed siebie, czując, jak różne zapachy zalewają ją zewsząd. – Jak tego dużo… a psik!

Selena wytrzeszczyła oczy z przerażenia i zaraz schowałaby się w najdalszych głębiach wahadłowca, gdyby nie instynkt mówiący jej, że trzeba ratować dzieci.

– Już jest chora! Już jest chora!

– To może być alergia. Informacje jakie dostaliśmy przy wylocie mówią, że pyłki…

Nikt jednak nie słuchał pilota, bo Dżej zaczęła się głośno śmiać. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zdarzyło jej się kichnąć, ale było to bardzo przyjemne.

– Mamy zapas lekarstw aklimatyzujących…

– Braliśmy je w trakcie drogi i jakoś nie pomogły!

– Oj, przestań! – przerwała siostrze Dżej. – Było świetnie! Chętnie jeszcze sobie pokicham.

– Oszalała – syknęła mężowi do ucha Selena.

– Ostatecznie, jak już mamy tu siedzieć, to można znaleźć jakieś plusy – powiedział Orf i spojrzał z wyrzutem na Selenę, która ciągle miała coś przeciwko. – Mi się na razie podoba. Widzieliście niebo?

– Oni wszyscy oszaleli…

– Oni są tylko pozytywnie nastawieni do tego, z czym będą musieli żyć – szepnęła jej pocieszająco Letycja. – Lepiej też się przestaw, kochanie, bo nie wybieramy się z powrotem na Marsa.

– Wiem! – załkała i na drżących nogach zeszła na ten okropny asfalt, po którym jej synowie właśnie się turlali. – Zniosę to, zniosę. Dla chłopców! Przetrwam to dla chłopców… No już! Podnosić się! – warknęła.

– Nie! – krzyknęli radośnie obaj i poturlali się dalej.

– Ja tu umrę…

– No raczej, nigdzie nie wracamy! – zawołał radośnie Mortimer.

Spojrzeli w górę na to olbrzymie niebo i wszyscy pomyśleli dokładnie to samo, chociaż każde z nieco innym nastawieniem: Jestem na Ziemi!

Piloci pomogli im przy rozładunku, pakując wszystkie rzeczy do wielkich, napędzanych paliwami kopalnymi pojazdów. Podobno już nikt ich nie używał nawet na Ziemi, ale Urząd ds. Transportu Ziemskiego miał tylko takie na stanie, oraz całkiem spory nieużywany przez nikogo zapas paliwa. Jeszcze chwilę wcześniej zachwycona zapachami Dżej, poczuła mdłości, gdy tylko odpalono silniki.

Orf z niespotykaną jak na niego energią wdrapał się na dach i rozłożył wygodnie, zamierzając podziwiać niebo. Nigdy jeszcze nie widział tak pięknego odcienia błękitu, a przecież obserwowanie nieba było jego ulubionym sposobem na nic-nie-robienie. Kto by pomyślał, że na Ziemi będzie miał takie urozmaicenie jak błękit?

Selena nie odstępowała na krok matki, widząc w niej jedyną szansę ratunku. Jeżeli ktokolwiek w tej grupie jest normalny, to tylko ona. Zawsze była taka zrównoważona. Na pewno nie narażałaby ich bez jakiegoś planu awaryjnego. Arachne kochała rodzinę! Selena wiedziała o tym, nawet jeśli teraz wszystko temu przeczyło. Nawet jeśli teraz zachowywała się tak, jakby chciała ich wszystkich zostawić na powolną, ziemską śmierć.

Tycjan trzymał się z kolei z daleka od Seleny. Żonie to najwyraźniej nie przeszkadzało, więc korzystał, póki jej myśli zaprzątało co innego. Ociągał się z wejściem do jednej z dwóch ciężarówek, dopóki nie upewnił się, w której będzie Selena. Gdy Mortimer odpalił silnik i ruszył z Letycją, Orfem, Arachne i Seleną przed siebie, mężczyzna w końcu odważył się zapakować synów do szoferki drugiej ciężarówki, którą miał prowadzić teść.

– Wiesz, jak tym kierować? – spytał nieśmiało, bo po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że profesor może czegoś nie wiedzieć.

– Zaraz się przekonamy. Zapnij pasy chłopcom.

– Co zrobić? – Tycjan wytrzeszczył oczy na teścia, nie rozumiejąc, czego się od niego wymaga. Już miał otoczyć obronnym gestem zachwycone przełączaniem jakiegoś dziwnego urządzenia z muzyką brzdące, ale Max zaśmiał się i pokazał, o co mu chodzi.

– Dla bezpieczeństwa.

– Bezpieczeństwo! Tak! – Pokiwał głową.

– Jedziemy?! – usłyszeli z tyłu pytanie Dżej, która chciała czym prędzej znaleźć się na miejscu i opuścić to śmierdzące paskudztwo.

– Jedziemy, jedziemy – zaśmiał się Max i ruszył.

Dwa dni jechali po zupełnie płaskim, piaszczystym terenie należącym do Urzędu Transportu Ziemskiego, nocując w niewielkim domu, który zaznaczono na mapie. Piloci z pewnością już dawno odlecieli, a oni nadal byli na tym pustkowiu.

Gdy wreszcie podjechali pod ogrodzenie z drutu kolczastego, zasieki i inne rzeczy, których nazw nie znali, zwątpili. Brakowało bramy.

– No trudno… – westchnęła Selena. – Musimy wracać!

– Spokojnie, kochanie. Coś tu musi być – powiedziała Arachne z niezachwianą wiarą w logikę ogrodzeń. I miała rację.

Spod ziemi wynurzyła się budka, a z budki wychylił ekran jakiś przestarzały ziemski robot.

– Przepustka – spytał jak każdy inny odźwierny.

– My chcemy wyjść, a nie wejść! – warknął Mortimer, ale Max poklepał drzwi od jego ciężarówki i wyciągnął swoją legitymację do zeskanowania.

– Witamy na Ziemi, profesorze Chrum – powiedział natychmiast robot. – Życzymy miłego pobytu. W razie problemów proszę kontaktować się z najbliższym Urzędem ds. Migracji Międzyplanetarnych.

Nie słuchali kolejnych dobrych rad, bo Mortimer ruszył z kopyta, omal nie zrzucając Orfa z dachu. Druga ciężarówka także przekroczyła bramę, a ta chwilę potem zniknęła, razem z budką i schowanym w niej robotem. Wyglądając z paki furgonetki, Dżej przecierała oczy, bo miała wrażenie, że ogrodzenie to tylko hologram, albo pole siłowe, które tylko dla niepoznaki wygląda jak jakieś przerdzewiałe druty. Ale komu chciałoby się zadawać tyle trudu? Przecież pole energetyczne działa lepiej niż taka siatka…

Po opuszczeniu terenu Urzędu krajobraz zmienił się diametralnie. Nadal jechali po piachu, ale wokół ścieliły się łany czegoś zielonego – zapewne trawy, ale kto to wie. Sama droga wysadzana była ogromnymi drzewami. Nie rozróżniali gatunków, bo na Marsie nie rosło ich zbyt wiele. Orf podziwiał już nie tylko niebo, ale w ogóle widoki. Jeśli się nie mylił, to te poszarpane szare kształty na horyzoncie były górami. Czy tam właśnie zamieszkają? Kiedyś czytał o górach, że są bardzo piękne i że zanim wymyślono lepsze sposoby, wspinano się po nich przy użyciu lin i jakichś raków. W zasadzie nie wiedział, jak morskie stworzenia miałyby pomóc we wspinaczce, ale nie wiedział bardzo wielu rzeczy związanych ze zwyczajami Ziemian…

– Długo będziemy jeszcze jechać? – spytała ze znużeniem Dżej, próbując utrzymać na kolanach Bazylego. Albo tego drugiego, w ogóle nie rozróżniała tych rudzielców! Któryś miał oczy granatowe, a któryś ciemnozielone. Ale kto by patrzył w oczy dzieciom?!

– A masz coś lepszego do roboty?

– Nie, ale źle się czuję od tego bujania i zapachów.

– Możesz jak Orf wskoczyć na dach – zaproponował jej ojciec. – Tam będziesz miała dużo świeżego powietrza.

– Nie będę robiła tego, co ten głupek.

– No, jak wolisz – wzruszył ramionami Max. Ale i on miał już dość drogi. Czuł ból w plecach od ciągłego siedzenia. Z drugiej strony, im szybciej dojadą, tym lepiej. Tak bardzo chciał już być na miejscu.

– Wiadomo przynajmniej, dokąd jedziemy? – przerwała jego myśli Dżej.

– Czeka na nas dom. W zasadzie trzy domy.

– Ale gdzie? – dopytywała się.

– Widzisz te góry? No, to w jednej z dolin. Będziemy mieć ogród, jezioro w pobliżu…

– Świetnie. Odludzie…

– Nie, nie, obecnie większość miast leży właśnie w dolinach górskich. Bardzo niewiele na nizinach, ma to związek z jakimiś zmianami w faunie…

– Cokolwiek to znaczy! – burknęła Dżej.

– Chodzi chyba o zwierzęta – wtrącił cicho Tycjan.

– Tak, o zwierzęta właśnie. Nie wiem, jaki dokładnie jest problem, ale rozwiązano go, przenosząc ludzkie osady w góry.

– A morze? Nie mogliśmy mieć domu nad morzem? Podobno jest tam bardzo fajnie.

– Możemy się zawsze przenieść, albo po prostu wybrać nad morze na wycieczkę… Tak przypuszczam – powiedział po chwili namysłu. – Tak, to dobry pomysł. Ale nim to zrobimy, musimy najpierw dojechać na miejsce, bo czekają tam na nas. Potem się zastanowimy, co dalej.

– Myślałam, że wiesz, co chcesz tu robić – powiedziała z wyrzutem Dżej.

– Wiem, kochanie. Chcę tu żyć.

– Naprawdę, myślałam, że z tobą będzie lepiej, niż u dziadka, gdzie siedzi Selena, ale jakoś zaczynam w to wątpić! – powiedziała nabzdyczona Dżej. – Co on się tak wyrywa?! – warknęła na Tycjana, nie mogąc utrzymać siostrzeńca na kolanach.

– Nudzi mu się.

– Nie tylko jemu! – zdenerwowała się i wcisnęła dzieciaka na wolne kolano szwagra.

Gdy wreszcie znaleźli się w górach, wszyscy mieli już dość wszystkiego. Max powoli tracił entuzjazm. Te ogromne przestrzenie i konieczność przemieszczania się tak wolnymi pojazdami nadwątliłyby każdą cierpliwość. Nawet Arachne czasami milczała z zacięciem, jakiego nigdy nikt u niej nie widział. Selena dopatrywała się w tym najgorszego!

Ale wystarczył jeden rzut oka na ścielące się u ich stóp doliny, by wszystkim poprawiły się humory. No, prawie wszystkim. Humor Seleny mogła poprawić tylko kąpiel. Taka dwutygodniowa. Większość zapasów wody szła na jej nagminne mycie dłoni.

Właśnie zrobili sobie ostatni krótki postój, żeby spojrzeć z góry na miejsce, w którym mieli zamieszkać. Widok zapierał dech w piersiach. Nawet Selena przez chwilę patrzyła z zainteresowaniem. Szybko jednak przywołała się do porządku i niezwłocznie przypomniała o setkach niebezpieczeństw czyhających na ich życie w górach, dolinach, nad brzegami jezior i w ogóle na Ziemi.

– Cała ta dolina jest nasza? – spytała z niedowierzaniem Arachne, patrząc na piękną przestrzeń zamkniętą ze wszystkich stron górami. Trzy domki stały w rozsądnej odległości od siebie, a w swego rodzaju wnęce między górami znajdowało się jezioro o pięknej szafirowej wodzie. Widzieli, jak droga, którą jechali, schodzi w dół, wprost pod drzwi jednego z domów, oraz dwie inne prowadzące między górami z miejsc, których jeszcze nie poznali.

– Tak to wygląda… – odpowiedział jej Max.

– Będzie cudownie – szepnęła do męża Arachne.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy