Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

Dom był przestronny, a jednocześnie przytulny. I drewniany! Zupełnie inny niż mieszkania na Marsie. Tam wszystko wykonane było z bardzo mocnych, gładkich i nieniszczących się tworzyw. Chyba tylko profesor wiedział, czym tak naprawdę są, jakie mają właściwości i co sprawia, że można dowolnie zmieniać ich kolor, temperaturę, a nawet kształty i gęstość w domowym centrum zarządzania umeblowaniem. Tutaj natomiast wszystko było jakieś już na zawsze. Jeśli chciało się mieć inne łóżko, trzeba było je wymienić, a jeśli chciało się, by stanęło pod oknem, trzeba było samemu je tam przestawić. Orf nigdy w życiu tak się nie napracował, jak podczas przestawiania ciężkiego łóżka pod ogromne okno, ze względu na które wybrał właśnie ten pokój. Przyniesie jeszcze tylko wszystkie swoje rzeczy i może jakoś przeżyje tę całą Ziemię.

– Dlaczego ja nie mogę mieć pokoju na poddaszu?! – piekliła się w tym samym czasie Dżej.

– Bo byłam szybsza – powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem Arachne i skrzyżowała ramiona na piersiach. Pokój nie był duży, ale z tarasu roztaczał się piękny widok na wody ich jeziora. Poza tym Max mógł postawić tam swój teleskop. Zawsze lubił patrzeć na gwiazdy.

– To niesprawiedliwe! To ja tu jestem dzieckiem! Mi zależy bardziej!

– Założysz się? – spytała zaczepnie Arachne, przypominając córce, że i ona potrafi być uparta.

– To gdzie mam niby mieszkać? Mi się już nic nie należy?

– Są jeszcze cztery inne pokoje…

– Ale nie mają takiego widoku!

– Na twoim miejscu wybierałabym szybciej, bo ojciec musi gdzieś urządzić sobie gabinet.

– Po co mu gabinet, skoro już nie pracuje?!

– Moje drogie dziecko, oczywiście, że ojciec pracuje. Jak inaczej się tu utrzymamy?

– Co proszę?! – Dżej zatrzymała się wpół kroku. – Tata musi pracować, żeby nas tu utrzymać?

– Tata, ja… Ty też kiedyś będziesz musiała. Tutaj nie ma systemu kredytów…

– No pięknie! Po prostu cudownie! – krzyknęła i wypadła z pokoju na poddaszu, trzaskając drzwiami. Sama aż podskoczyła słysząc ten huk. W starym domu nic nie trzaskało. Akustyka tego miejsca tymczasem wydawała się być idealnie wręcz dopasowana do jej humoru. Mogłaby się nawet do tego przyzwyczaić. – Ta… Mogłabym… Będę musiała – mruknęła i jeszcze raz przebiegła się po pozostałych czterech pokojach, złorzecząc Orfowi, że zajął drugi najlepszy. I jeszcze się lenił na stojącym pod oknem łóżku, jakby nie wiadomo co zrobił!

W domu przywitali ich urzędnicy. Mortimer z Letycją i Tycjan uważnie przysłuchiwali się wszystkim istotnym informacjom, jakie ci mieli do przekazania profesorowi. Max zerkał na zięcia i uśmiechał się zadowolony. Obsesja na punkcie czystości pognała Selenę do łazienki, w której siedziała już od blisko godziny, zostawiając wszystkie ważne sprawy do załatwienia mężowi. Była to ogromna odmiana dla Tycjana, który w skupieniu niemalże spijał słowa z urzędniczych ust, by potem wszystko skrupulatnie przekazać żonie. Profesor domyślał się, że mężczyzna w duchu zaklina ich, by nie kazali mu podejmować żadnych decyzji.

– Najlepiej nie wychodzić po zmroku. Domy zaopatrzone są w doskonałe zabezpieczenia. Są tu zbrojone okna i dodatkowo rolety. Pancerne drzwi. Można aktywować ogrodzenie elektryczne, pole energetyczne, jesteśmy w stanie ściągnąć też inne zabezpieczenia, gdyby okazały się potrzebne. W zasadzie zakazuje się używania na Ziemi najnowszej technologii…

– Co…? – spytał z przestrachem Tycjan, wyobrażając sobie reakcję Seleny na taką informację.

– Spokojnie, nie potrzebujemy najnowszej technologii – uspokoił go profesor. – To, co będzie nam potrzebne, zabraliśmy. Wszystko zostało zatwierdzone przez Służbę Celną.

– Tak, tak… – powiedział odruchowo urzędnik. – Ale, profesorze, gdyby czegoś brakowało, to proszę dać znać. Jesteśmy w stanie jeszcze kilka rzeczy załatwić, gdyby była taka potrzeba. Pańskie zasługi…

Max kiwał głową z uprzejmym uśmiechem, wysłuchując po raz kolejny tej litanii pod swoim adresem.

– W każdym razie, uważajcie. Cała dolina jest zabezpieczona, wystarczy włączyć tryb nocny i zabarykadować się w domu…

– Co tutaj się czai po zmroku? – spytał w końcu Tycjan.

– Oj, lepiej nie wiedzieć! – powiedział urzędnik a oczy rozbiegały mu się na wszystkie strony. – Pracuję tu już kilka lat i na szczęście nigdy się nie dowiedziałem!

– A Ziemianie? Też się barykadują? – zainteresowała się Letycja, starając się nie zaśmiać na widok jego miny.

– Nie wiemy. Ograniczamy kontakty z tubylcami do minimum.

– To skąd w ogóle wiecie, że coś tam jest w nocy? – zaczął wojowniczo Mortimer.

– No, ograniczamy te kontakty do minimum, ale jednak jakieś mamy – powiedział z godnością urzędnik, a drugi przytaknął mu silnym kiwnięciem głowy.

Max, Mortimer i Letycja natychmiast pomyśleli o tym, że Ziemianie mogli ich zwyczajnie nastraszyć. Tycjan tymczasem uwierzył we wszystkie okropności i równo z urzędnikiem kiwał głową. W końcu niejedno już wiedział od żony, a słowa urzędników były jawnym dowodem na jej nieomylność w tej sprawie.

– Co z pozostałymi domami?

– Mają takie same zabezpieczenia – zapewnili urzędnicy.

– Nie, nie – zaśmiał się profesor. – Chodziło mi o to, czy zostały jakoś przydzielone, czy też moja rodzina ma dowolność w wyborze?

– No, zostały przydzielone… Większy dla córki profesora i jej rodziny, mniejszy dla państwa…

– No, to się okaże! – burknął Mortimer, ale już mrugał do Tycjana, by uspokoić ten kłębek nerwów.

– Oczywiście! To żaden problem! – zaczął nerwowo urzędnik. Może żył na wygnaniu, ale i tutaj docierały informacje z Marsa. Te kilka anegdotek o pułkowniku Mortimerze Maroo wystarczyło, by każdy czuł respekt przed teściem profesora Chruma. Anegdoty nie informowały tylko, że większość tych okropnych rzeczy pułkownik zrobił w ramach głupich żartów, a konsekwencje wcale nie były takie straszne. – Proszę samemu zadecydować, my potem przekażemy wszystkie informacje Centrali. Państwa działka jest pod całodobową obserwacją satelitarną. Gdy tylko podłączymy sieć, będzie pan mógł, profesorze, w każdej chwili sprawdzić, co się tutaj dzieje. Kamery termowizyjne, noktowizyjne, hydrowizyjne, pomiar promieniowania, chociaż zapewniam, że nie jest ono wysokie. Od ponad trzydziestu lat poziom promieniowania stale spada!

– Jakie było promieniowanie, gdy tu mieszkałeś? – spytał z zainteresowaniem Mortimer.

– Hmm… O ile pamiętam, to wysokie, ale ja akurat mieszkałem na odludziu, z dala od źródeł promieniowania. Dość spokojna okolica…

– Profesor pochodzi z Ziemi? – zdziwili się urzędnicy.

– Dawne dzieje… – powiedział z takim uśmiechem, że wszystkie pytania, które już tłumnie zbierały się na ustach urzędników, zatrzymały się wpół kroku. – W każdym razie dziękujemy za informacje. Pewnie niedługo pojawimy się u panów ze wszystkimi danymi…

– Ależ nie ma pośpiechu! – zapewnili urzędnicy. – Tylko pamiętajcie o trybie nocnym! – powtórzyli na do widzenia i, rozglądając się trwożnie po pięknej, spokojnej dolinie, przemknęli do jednej z ciężarówek, którą mieli zabrać.

– Miło, że pomogli wnosić rzeczy – powiedziała Arachne, biorąc męża pod ramię. – Czy to znaczy, że już oficjalnie tu mieszkamy?

– Oficjalnie jeszcze nie. Musimy donieść masę dokumentów – wskazał jej mały urzędniczy czytnik.

– Najważniejsze, że możemy tu mieszkać realnie! – powiedziała z uśmiechem. – Zostaniecie dziś na noc? – spojrzała na rodziców i zięcia.

– Selena chyba do rana nie opuści łazienki. Widziałem, jak goniła za chłopcami, żeby i ich wykąpać.

– Boję się, że tutejszy poziom higieny nie spełnia jej wymagań – powiedziała ze śmiechem Letycja. – Pewnie myje chłopców już któryś raz.

– Możliwe – przyznała Arachne. – W każdym razie nie martwcie się. Mamy dość pokoi…

– Zajmuję ten! – usłyszeli zalękniony głos Dżej, która przez zwykły przypadek usłyszała słowa matki i tylko dzięki temu zdołała dokonać wyboru.

Zabunkrowała się w pokoju czym prędzej i ukradkiem wrzucała wszystkie swoje rzeczy. Nie było tego w sumie dużo. Większość była w formie kodów. Muzyka, ulubione miniopowiadania – nigdy nie czytała zbyt długich tekstów, jej poziom skupienia nie pozwalał na to. Najwięcej było ubrań. Zajęły wszystkie drewniane szafki.

W końcu usiadła na krześle i westchnęła. Pokój jej się nie podobał. W domu miała dużo plakatów cyfrowych. Tutaj ściany nie miały wbudowanych ekranów, nie mogła więc w żaden sposób ich przyozdobić… Nie miała też co robić… Dopóki nie zostaną podłączeni do sieci, nie posłucha muzyki, ani nie poczyta, ani nie porozmawia ze znajomymi, których zostawiła na Marsie. Ciekawe, czy za nią tęsknili? Ona tęskniła. Najbardziej teraz, gdy nie miała nic do roboty…

– Umrę tu… – załkała i natychmiast usłyszała wołanie dziadka:

– No raczej!

– Nie podsłuchuj!

– Ściany cienkie! – krzyknął i zapukał w którąś z nich. Najwyraźniej zajęli z babcią sąsiedni pokój.

– Przy odrobinie szczęścia prześpię cały ten czas bez sieci… – mruknęła tak cichutko, by nie dać dziadkowi szansy na kolejne mało zabawne żarty.

Faktycznie usnęła na fotelu, ale raczej ze zmęczenia tymi wszystkimi dniami spędzonymi w drodze, niż ze znudzenia.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy