Tagi

, , ,

Opowieść Pierwsza
Decyzja Profesora

[Opowieści Rodzinne]

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT SIÓDMY

Obudził ją ból w plecach. Dżej jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego! Na Marsie posłania, a nawet wszelkie miejsca do siedzenia były tak skonstruowane, że dostosowywały się do ciała, i gdy tylko ktoś zasypiał, rozkładały się, by ciało leżało w wygodnej pozycji. Te ziemskie nie dość, że się nie zmieniały, to jeszcze były strasznie niewygodne nawet w pozycji wyjściowej.

Spróbowała wstać, ale okazało się to trudniejsze niż mogła przypuszczać.

– Umieram! Już umieram! – szepnęła z przerażeniem, czując jakby całe stado… czegoś małego łaziło jej po nogach. Plecy bolały przy każdym najdrobniejszym ruchu. – Nie… – załkała, ale wbrew podejrzeniom, ciało nadal się ruszało.

Z trudem, z bólem, z nienawiścią do całej tej planety wyprostowała się i zaczęła wyginać w różne dziwne strony. W końcu, niby pod wpływem jakiejś magii czy innego odruchu, zaczęła rozmasowywać plecy, a palce u stóp zaciskać energicznie. I pomogło! Nie było jeszcze idealnie, ale nogi w końcu pozbyły się tych Ziemskich pasożytów – bo niewątpliwie były to jakieś pasożyty! Pewnie jakieś nocne pasożyty! W plecach też pozostała tylko jakaś sztywność, którą miała nadzieję rozchodzić.

Wyszła z pokoju i wcale nie zaniepokoił jej fakt, że dom nie został zamieniony w bunkier, że przez szyby wpada światło gwiazd i księżyca. Nic dziwnego, nie słyszała przecież ostrzeżeń urzędników. To, co cichutko kołatało się jej z tyłu głowy, to pytanie: czemu jest tak ciemno?

Przeszła cały dom, nie pamiętając jego rozkładu. W końcu, gdy oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, trafiła na stół, na którym wciąż stały talerze. Brzuch jej zaburczał, czego też nigdy wcześniej nie zaznała. Na Marsie w kółko coś jadła.

– No tak, bez sieci się ich nie umyje… – westchnęła, ale z radością odkryła, że jeden jest nieruszony. Sięgnęła po pożywną papkę, którą tak dobrze znała, i z błogim uśmiechem na twarzy zaczęła napychać sobie nią usta. Smak domu. Jak cudownie. Kiedyś tam wróci. Na pewno znajdzie się sposób.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. W ciemności rozróżniała już wszystkie meble. Wypatrzyła też drzwi. Zawahała się jednak. Coś ją ciągnęło na zewnątrz. Chciała się przekonać, jak góry pachną nocą. Czy jest to inny zapach niż ten, który czuła w czasie drogi? Do tej pory to właśnie zapachy najbardziej ją urzekały. Nie wszystkie oczywiście, ale ich mnogość była nieprawdopodobna!

Wyszła po cichutku, ale nie zrobiła nawet trzech kroków, gdy wpadła na coś.

– A…! – zapiszczała, ale Orf zatkał jej usta dłonią.

– Cicho, pobudzisz wszystkich.

– Co tu robisz?

– Podziwiam nocne niebo.

– A co tu podziwiać? – Uniosła głowę w górę, ale zamiast przybrudzonego fioletu i kilku większych gwiazdozbiorów jak na Marsie, zobaczyła bezkresną czerń przetykaną milionami gwiazd. – Jak w obserwatorium!

– Niesamowite, że tutaj wygląda to tak, jakbyśmy nie byli na planecie, tylko w kosmosie, nie?

– No… – zgodziła się z bratem. – I co, tak tu stoisz i się gapisz?

– Dopiero wyszedłem… Przez okno – odpowiedział na jej pytające spojrzenie. – Chciałem pójść nad to jezioro. Wydaje mi się, że ono jest podświetlone na dnie.

– Serio? Ale fajnie! Chodźmy…

– Zaraz, a ty tu czego?

– Też chcę zobaczyć – powiedziała z pretensją i chociaż Orf nie wyglądał na zachwyconego jej towarzystwem, to przecież nie mógł jej powstrzymać.

Trawa miękko uginała się pod ich stopami, a wiatr szumiał w liściach drzew i krzewów. Tam, gdzie miało znajdować się jezioro, faktycznie można było dostrzec jakąś poświatę.

– Czy to nie za daleko? – spytała Dżej, rozglądając się dookoła. Nie była przyzwyczajona do tak długich spacerów, ani do tylu bodźców na raz. Nocne górskie powietrze pachniało inaczej, było rześkie i niosło ze sobą tyle różnych aromatów… Choćby ten duszący, słodki, jakby ktoś sproszkował… No właśnie, co? Wszystkie słodkie zapachy, które znała, były zupełnie inne, takie przytłumione i łaszące się do nosa, takie, by każdy chciał się nimi spryskać. A ten był jakiś taki dziki, jakby tylko się z nią bawił i wcale nie pozwalał się uchwycić na dłużej, jakby chciał jej uciec. Po chwili już czuła następny, potem jeszcze jeden i kolejny, i żadnego nie mogła zapamiętać na dłużej.

– Możesz zawrócić – odpowiedział jej Orf, chociaż Dżej zupełnie już zapomniała o swoim pytaniu.

Nie zawróciła jednak. Szli dalej w milczeniu. Ona tropiła zapachy, Orf wypatrywał kolorów kryjących się w tej ciemności. Prawdziwej ciemności, nie takiej, jak ta na Marsie. Owszem, znał je wszystkie. Paleta barw obejmowała wszystkie możliwe kolory widma światła, ale zobaczenie ich w rzeczywistości, zobaczenie czegoś, co faktycznie ma taki kolor, nawet jeżeli jest to tylko wynikiem znikomej ilości światła… Czym w ogóle był kolor? – zastanowił się Orf. Musi spytać ojca, on na pewno wie.

W tych ciemnościach jasna poświata jeziora działała na chłopaka hipnotyzująco. Szedł przed siebie zdecydowanym krokiem, pozbawionym tego znudzenia, które przecież było główną cechą jego charakteru. Ostatnie metry niemal przebiegł. Dżej z zadyszką dopadła do niego, gdy stał jak urzeczony nad jeziorem.

– To jakieś świecące robaczki… – zaczął, gdy nagle jeden podleciał do niego i z zaciekawieniem spojrzał mu prosto w oczy.

Orfowi zaparło dech. Jeżeli oczy go nie myliły, to nie był robaczek, tylko maleńki człowieczek ze świecącymi na różowo skrzydełkami.

– Co… Co to jest?

– „Kto” to jest – poprawiła go dziewczynka, która bez trudu zmieściłaby się na jego dłoni. – Musisz być tu nowy, skoro nigdy nie widziałeś wróżki.

– Ja… Ja… – zająknął się Orf.

Dżej wytrzeszczyła oczy, widząc kolejne trzy takie same istoty. Kiedyś ojciec czytał jej bajki o księżniczkach i dziwnych wymyślonych stworzeniach… Obrazki były nieruchome, ale Dżej wciąż pamiętała, co na nich było. A teraz to samo fruwało przed nią. „Wróżki”, właśnie tak nazywano je w bajkach.

– My chyba śpimy, Orf – zaczęła cichutko. – One były w naszych bajkach…

– „One” was słyszą – powiedziała buńczucznie jedna z wróżek i pociągnęła Dżej za pełne kolorowych pasemek rude loki. – „One” są realne i też mają uczucia – dodała, wypuszczając gęste pukle z rąk.

– „One” mają imiona – powiedziała z niezadowoleniem kolejna.

– I „one” tu mieszkają od wielu pokoleń!

– Jak to możliwe, że nigdzie nie ma o was żadnych informacji? – spytał odzyskawszy trochę przytomności Orf.

– Jesteście z tej drugiej planety? – spytała ta o różowych skrzydełkach i usiadła na dłoni Orfa, którą chłopak wyciągnął, jakby chciał złapać dziwną istotkę. – Boicie się nas, boicie się nawet ludzi, którzy tu mieszkają od zawsze. Dlatego nic o nas nie wiecie…

– Czy to magia? – spytała Dżej, zbliżając nos do siedzącej na dłoni brata wróżki, lecz ona w ogóle nie zwróciła na nią uwagi. Wpatrywała się w oniemiałego Orfa i uśmiechała tajemniczo.

– Na terenach o największym napromieniowaniu wiele się zmieniło. Ale teraz promieniowania nie ma, a my zostaliśmy właśnie tacy. To nie magia – powiedziała wróżka, odwracając się nagle do Dżej. – To psikus ewolucji.

– Psikus? – zdziwił się Orf. Wróżka wzniosła się wysoko i ze śmiechem poszybowała ku jezioru.

– Kto by pomyślał, że promieniowanie odmieni nas na wzór postaci z bajek – szepnęła mu do ucha inna i wraz z pozostałymi również wróciła nad jezioro, gdzie wszystkie małe wróżki o świecących skrzydełkach tańczyły w powietrzu.

Dżej i Orf nie wiedzieli, co o tym myśleć. Z jednej strony chcieli czym prędzej wrócić, najlepiej na Marsa, gdzie wszystko było znane i sensowne. Z drugiej zaś ta nowość i niezwykłość pociągały ich tak bardzo, że jeszcze przez dobrą godzinę stali nad brzegiem jeziora z nadzieją, że wróżki znowu podlecą. One jednak przestały zwracać na nich uwagę. Już wiedziały, że ludzie zamieszkali tę dolinkę. Nie raz się jeszcze spotkają. Może nawet za dnia, jeśli tylko nowi przybysze będą patrzyli dość uważnie.

 

Decyzja Profesora - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy