Tagi

, , , , ,

Niewola

[Świat Wiedźmy]

Zuz

Niewola - 00

 

FRAGMENT CZWARTY

Nie była to spokojna noc. Ciągle budziła się przez koszmary o tym, jak biały koń jest rozszarpywany przez trolle, zabijany w walce, albo zjadany przez przymierających głodem ludzi. Próbowała go przed tym wszystkim ratować, biegła ile sił w nogach, ale dystans między nią a zwierzęciem tylko się zwiększał. Przez łzy widziała jego pełne strachu czarne oczy i nerwowe ruchy, a w uszach odbijała się jej cichutka prośba o pomoc. Budziła się z krzykiem zapłakana, cała zlana potem, i rozglądała się po pogrążonej w ciemnościach sypialni, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje. Serce waliło jej jak oszalałe, zupełnie jakby śniła nie o świeżo kupionym, dzikim koniu, ale o kimś bliskim, kogo strata pozostawia ogromną ranę…

Dopiero tuż przed świtem Nioanh zapadła w ciężki sen, wyczerpana tymi koszmarnymi wizjami. Spała tak długo, że zaniepokojona matka postanowiła sprawdzić, czy córka dobrze się czuje. Nioanh miała podkrążone oczy, ale poza tym Farnah nie zobaczyła nic niepokojącego. Jej córka była silna, dużo silniejsza od niej samej, chociaż jej drobna budowa mogła sugerować zgoła inne cechy charakteru. Nioanh nawet jako dziecko nie płakała wiele, nie była kapryśna i nigdy się nie poddawała. Farnah wraz z mężem wiedzieli o marzeniach córki, nigdy jednak nie wierzyli, że mogą się one spełnić. Obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, że determinacja to czasami zbyt mało. Teraz było im wstyd, że nie wspierali córki wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowała.

Farnah jeszcze raz przyjrzała się bladej twarzy Nioanh. Czy to była jej szansa? Czy teraz będzie mogła zrekompensować córce wcześniejszy brak wiary?

Nioanh jednak zerwała się z łóżka i w pośpiechu założyła swoje codzienne ubrania. Farnah nie spuszczała z niej wzroku. Coś musiało być nie tak, skoro dziewczyna krzątała się po pokoju w sukni, jasno świadczącej o tym, że nie idzie do koszar.

– Tata już kogoś tam wysłał? – spytała Nioanh, jakby czytała matce w myślach.

– O ile mi wiadomo, to tak.

– Był zły?

– Nie. Tylko trochę zmartwiony. Nigdy nie zasypiałaś.

– To dobrze – powiedziała, ignorując ostatnią uwagę. Musnęła tylko matczyny policzek w pocałunku i opuściła pokój. Farnah podeszła do okna i patrzyła w ślad za córką, która złapała coś do jedzenia, wybiegając z domu przez kuchnię. Biała suknia powiewała za nią, gdy Nioanh pędziła ku stajniom.

Matka westchnęła i wyszła z jej pokoju. Wiedziała, że córka kupiła poprzedniego dnia jakiegoś konia. Branakh opowiedział im przy śniadaniu kilka słów o tym stworzeniu. Obydwoje z mężem widzieli, jak jego zielone oczy lśnią na myśl o nadchodzącym dniu, gdy będzie mógł pójść do niego, wyprowadzić na łąkę i sprawdzić, jak stworzenie się czuje. Chłopak zawsze sam zajmował się nowymi końmi i dopiero potem przydzielał im opiekunów. Generał nigdy nie wtrącał się do jego metod, ale tego ranka obydwoje z żoną zdziwili się, jak bardzo chłopak się niecierpliwi, myśląc o wyjściu. To było do niego niepodobne. A teraz jeszcze Nioanh biegnie do stajni, niby niesiona na grzbiecie Smoka Wiatru. Cóż to był za koń, że obydwoje tak dziwnie się zachowywali?

Nioanh wpadła do stajni akurat wtedy, gdy Branakh skończył oporządzać jej kasztanki. Jej oczy wodziły od niego do drzwi boksu białego konia, a malujące się na jej twarzy pytanie wywołało śmiech Branahka.

– Nakarmiłem go tylko. Jeszcze nie wychodził.

– Sądzisz, że to dobry pomysł? – spytała ze zrozpaczoną miną, przypominając sobie wszystkie koszmary tej nocy. – On na pewno ucieknie.

– Przynajmniej będzie szczęśliwy – powiedział z głębokim smutkiem, ale delikatny uśmiech wcale nie znikał z jego twarzy. – Ale może poczeka troszeczkę…

– Może zabierzemy go w góry już dziś, co?

– Jest za słaby – powiedział krótko Branakh i wszedł do boksu.

Nioanh obserwowała go ze smutkiem. Jej ciemne oczy zmatowiały, ale nie powiedziała już nic więcej. Branakh znał się na koniach jak nikt inny, jeżeli nie zaufa jemu, to komu niby miałaby powierzyć opiekę nad zwierzęciem?

Biały koń także obserwował Branakha, lecz w jego czarnych oczach nie było niczego, poza czujnym zainteresowaniem. Po raz pierwszy od dawna miał wolne kopyta. Woda i owies były smaczne, a boks duży. Mógł nawet się przetruchtać, ale nogi, chociaż silne od regularnego ciągnięcia wozu, bolały od tego dawno zapomnianego wysiłku, jakim był bieg. Branakh miał rację, mówiąc, że koń zrobiłby sobie krzywdę, próbując przesadzić jakąś przeszkodę. Góry nie były jeszcze w zasięgu jego możliwości, tak samo jak życie w lasach zamieszkałych przez trolle. Jego sytuacja była opłakana i tych dwoje ludzi mogło być jego jedyną nadzieją na wolność. Jedynym problemem było to, że nie był jeszcze gotów im zaufać.

Nie cofnął się jednak, gdy Branakh, tak samo jak poprzedniego dnia, sięgnął do jego uzdy tak delikatnie, że nawet go nie musnął. Chociaż nie lubił ludzkiego dotyku, był jakby trochę dotknięty tym faktem. Do tej pory wszyscy zawsze wyciągali do niego dłonie. Czemu ten człowiek unikał tego?

Poszedł za nim posłusznie, rozglądając się nieznacznie na boki, by nie dać im znać, że interesuje się okolicą. Nioanh szła obok Branakha i patrzyła na konia ze smutkiem. Prychnąłby na to ludzkie współczucie, gdyby nie fakt, że nigdy nie zniżał się do takich pospolitych końskich zachowań. Niech się smuci ile chce, to nie była jego sprawa.

Po wyjściu ze stajni przeprowadzili go ogrodzoną z dwóch stron drogą na wielką łąkę. Gdzieś na Wodę mignął mu jakiś plac zabaw, prawdopodobnie dla źrebaków. On w każdym razie potrafił takie przeszkody przeskakiwać już jako źrebię. Były tam też sadzawki i jakieś rampy… Po pierwszej chwili pogardy niechętnie przyznał, że chciałby się po tym wszystkim przebiec, ot choćby po to, by stwierdzić, jak bardzo wyszedł z formy. Mogłoby to być zabawne doświadczenie. Zdecydowanie przydałyby mu się ćwiczenia…

Szybko jednak wyleciało mu to z głowy, gdy znalazł się na tej olbrzymiej, zielonej łące. Wiedział, że jest ogrodzona, ludzie zawsze je grodzili, ale jak okiem sięgał, nie widział żadnego płotu, tylko ogromną, otwartą przestrzeń, którą ograniczały tylko las, poszarpane szczyty gór gdzieś daleko oraz Niebo… Postąpił na przód dwa kroki jak urzeczony, wcale nie zdając sobie sprawy z tego, że Branakh już dawno nie trzyma jego uzdy. Nieskrępowane niczym kopyta zapadały się w miękkiej trawie, której nikt nie kosił. Zapragnął pobiec jak za dawnych czasów, poczuć wiatr w grzywie, poczuć jak twarda ziemia umyka mu spod kopyt. Pragnął biec tak długo, aż całkiem opadnie z sił.

– Biegnij – usłyszał zachęcające słowa Branakha i pewnie uległby tej pokusie, gdyby nie ciche piśnięcie Nioanh.

Przywołał się do porządku i wysoko uniósł łeb, który, nie wiedzieć kiedy, wyciągnął w przód, zdradzając tym dwojgu, jak bardzo marzy o biegu. Ale chłopak miał rację, nie był gotów, by spełnić swoje marzenia. Musi poczekać. Musi być cierpliwy. W końcu nie był już głupiutkim źrebakiem.

Dumnie potruchtał przed siebie, przystanął, by poskubać nieziemsko soczystą młodą trawę, i znowu potruchtał. Cały czas był jednak tak blisko, by słyszeć ich rozmowę.

– On się jakoś dziwnie zachowuje – powiedziała Nioanh, opierając się o bramę, którą zamknęli za sobą, gdy tylko Branakh puścił uzdę konia. – Byłam pewna, że pobiegnie ku górom, już był gotów, podniósł nawet kopyto, gdy go zachęciłeś.

– Jeszcze pobiegnie, zobaczysz – powiedział Branakh, wskakując na ogrodzenie. – A jak już to zrobi, to zabierzemy go w góry.

– Będzie samotny…

– Będzie wolny – powiedział z uśmiechem Branakh i spojrzał na konia, który kręcił się jakoś podejrzanie blisko nich.

 

Niewola - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI

Reklamy