Tagi

, , , , , , ,

Kryształowe wrota

[Utopia]

Kryształowe wrota - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

Miasta Druidów były jedyne w swoim rodzaju. Każdy dom, każdy budynek był wybudowany wokół starego drzewa-opiekuna. Chociaż słowo wybudowany było nie całkiem na miejscu. Dzięki swojej magii Druidzi potrafili przyspieszać i kierować wzrostem roślin, więc budowanie domów polegało na formowaniu mniejszych drzew i krzewów wokół starych, magicznych drzew tak, by razem tworzyły schronienie. Wszystko pozostawało w idealnej równowadze. Nawet pieśni współtworzących domy roślin łączyły się w harmonijną całość. Tamanthel i Dargel, którzy nigdy wcześniej nie opuszczali swoich krain, byli pod wrażeniem, widząc jak bardzo można zżyć się z naturą.

Obydwoje potrafili wyczuć jakiś ułamek magii Druidów, ale żadne z nich nie było w stanie zrozumieć jej w całości. Dopiero tutaj, pośród Druidów zrozumieli, jak bardzo różnią się między sobą ludy Utopii. Każde zaczęło się w końcu zastanawiać, jak dużo jeszcze pozostaje do odkrycia. Tamanthel spędziła u Murdów piętnaście bardzo pouczających dni, w czasie których i ona poznawała ten małomówny lud, jak również oni starali się jakoś dostosować do jej ukrytych myśli… Ale pośród Druidów obydwoje zaczęli zadawać sobie pytanie: jak wiele mi umknęło?

Druidzi podobnie jak Murdowie byli małomówni, gdyż wiele z rozmów odbywali ze swoimi drzewami-opiekunami, które były strażnikami druidzkiej wiedzy o historii kraju, ale też o historii rodziny, która mieszkała pod ich liśćmi. Drzewa-opiekunowie były najstarszymi członkami rodzin, ich decyzje były rozstrzygające, ich rady były nieomylne, z ich zdaniem się liczono. Ta bliska więź z roślinami odbiła się też na charakterze Druidów, których spokój był równie wielki, jak dystans emocjonalny Elfów, czy empatia Murdów.

Miasto, w którym się znaleźli, było dużym ośrodkiem handlowym, w którym krzyżowały się główny szlak północny, łączący Gnoxię z południowym wybrzeżem, oraz szlak przygraniczny, biegnący równolegle do Gór Granicznych, łączący Górną Virdę z jednym z inoxyjskich miast leżących w Złotych Górach. A mimo wszystko niewielu było tutaj mieszkańców tych krain. Brak zgody na ścinanie drzew pod szerokie drogi mogące pomieścić wyładowane towarami wozy sprawił, że na terenie Druixu niewiele było niedruidzkich karawan, gdyż nie było to wystarczająco opłacalne. Ale mimo to spotkali kilku Olbrzymów z Gnoxii, Niziołków z Inoxu czy ciemnoskórych mieszkańców Górnej Virdy. W tym mieście obcy nie wzbudzali zainteresowania.

– Może… – zawahała się Tamanthel, gdy już zwiedzili miasto. – Może udam się do ambasadora? Widziałam nasz herb na jednym z budynków. Nie poczekałam na wiadomość od tego zamieszkującego twoją wyspę… – Starała się jak mogła nie przypominać mu o bracie oraz Kantali, ale widziała, że myśli Dargela natychmiast do nich uleciały. Chłopak jednak szybko je odgonił i skinął głową.

– Pójdę z tobą.

– A ty?

Ale Dargel nie zamierzał kontaktować się z żadnymi Murdami. Zrobi to, gdy myśl o powrocie nie będzie wywoływała w nim tak wielu skrajnych emocji. Teraz wolał towarzyszyć Tamanthel, choćby i do Królestwa Elfów.

Elficka ambasada nie różniła się niczym od pozostałych budynków. Tworzyły ją różne rośliny, pochylające się ku młodemu drzewu-opiekunowi. Domyślali się, że nie jest to drzewo rodzinne, tylko młody wiąz posadzony specjalnie dla potrzeb urzędników, pilnujący porządku administracyjnego utrzymywanego przez młodych Druidów pracujących w jego cieniu.

Wewnątrz budynek wyglądał jak każdy inny urząd, jaki zdarzyło im się oglądać. Duża przestrzeń przeznaczona na oczekiwanie oraz kilka pomieszczeń zapewniających prywatność rozmowy zajmowały całą powierzchnię budynku. Ze stoickim spokojem, bez mrugnięcia okiem, młody Druid poprowadził tę dziwną parę do ambasadora, który zgodził się ich przyjąć. Zatroskana mina starego Elfa od dłuższego czasu martwiła jego podwładnych. Ambasador oczywiście nie dzielił się z nimi żadnymi problemami swego kraju, ale wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, że są jakieś problemy. Nikt jednak nie pytał. Druidom daleko było do wścibstwa.

– Och, witam! – poderwał się na widok Tamanthel, doskonale wiedząc, kim ona jest. – Nie wiedziałem, że panienka wyruszyła w podróż. Czy to część treningu? – zaczął gawędziarskim tonem, pamiętając, jaki magiczny talent posiada księżniczka Tamanthel, ale jego zielone oczy wciąż wyrażały głęboki niepokój.

– Można tak powiedzieć… Jeszcze wczoraj byłam na wyspie Murdów, ale postanowiliśmy trochę pozwiedzać – powiedziała wymijająco, ignorując zdziwione spojrzenie nienawykłego do takiego kreatywnego przedstawiania faktów Dargela.

Ale przecież nie mijała się tak bardzo z prawdą. Odkąd poprzedniego dnia przybyli do miasta, cały czas je zwiedzali. Udało im się nawet znaleźć nocleg pod konarami najstarszego w mieście drzewa-opiekuna, którego pień nadal nosił znaki starego druidzkiego obrządku, którego – tak brzmiało oficjalne stanowisko – już dawno nie praktykowano. Podobno pozwalał on u każdego Druida wyzwolić proroczy sen. Umiejętność ta była bardzo rzadkim magicznym talentem i nic dziwnego, że Druidzi szukali sposobu na opanowanie jej. Zaklęcia jednak bardzo nadwątlały siły witalne magicznych drzew, dlatego zżyci z nimi Druidzi nie chcieli się godzić na takie okrutne ich traktowanie. Przecież nie mogli uciec od pełnej bólu pieśni ranionego drzewa…

– Tak, tak, oczywiście – nie dociekał ambasador. Tamanthel nie mogła nie zauważyć, że coś go trapi. Nie pytała jednak. Nie była królową.

– Chciałam pana prosić o przekazanie informacji do królowej, że jestem teraz tutaj. Nie chcę, by się martwiła.

– To… Tak… – zaczął, zezując na Dargela. W końcu nachylił się nad biurkiem i, jak mógł najciszej, powiedział: – Nie mogę…

– Słucham? – zdziwiła się Tamanthel.

Ambasador spojrzał wymownie na Dargela, dając jej do zrozumienia, że nie chce mówić o tym przy obcym, ale Tamanthel skrzyżowała ramiona na piersi i patrzyła wyczekująco.

– Panienko… – nie dawał za wygraną stary Elf.

– Dargel uratował mnie, gdy moja magia bezceremonialnie zrzuciła mnie z samego wierzchołka drzewa. Ufam mu – powiedziała krótko, a ambasador niechętnie kiwnął głową.

Gdyby brał udział w tej rozmowie, teraz młody Murd z pewnością by zaniemówił, słysząc takie kategoryczne oświadczenie Tamanthel. Odruchowo spojrzał w górę, by zobaczyć, jak kopuła nad jego głową zmienia barwę na zieloną pod wpływem radości. Owszem, zobaczył nad sobą zieleń, ale nie kopuły, a młodych liści. Ale przecież wiedział, co czuje. Był Murdem, znajomość własnych uczyć była jego specjalnością.

– Chodzi o to – zaczął w końcu z wyczuwalną niechęcią stary Elf. – Nie mamy kontaktu z królową od jakiegoś czasu.

– Słucham? – Tamanthel była przekonana, że się przesłyszała.

– Kryształowe lustra są uśpione i nie reagują na naszą magię – zaczął tłumaczyć ambasador. – Posłałem do Druidzkiej Akademii, gdzie znajdują się wrota, ale one także są uśpione. Nikt nie wie dlaczego. Nie mamy kontaktu z naszym Królestwem.

– Od jak dawna? – spytała zaniepokojona Tamanthel.

– Od ponad dwóch tygodni…

Tamanthel i Dargel spojrzeli na siebie. Nie potrzebowali słów, by wiedzieć, że pomyśleli dokładnie to samo: kryształy usnęły, gdy Tamanthel przeniosła się na wyspę Murdów. Ale jak to możliwe, że jej kruche wrota, które rozpadną się po ponownym przekroczeniu progu, mogły poprzedniego dnia przenieść ich obydwoje?

– Moja magia… – powiedziała szeptem dziewczyna. – Muszę dostać się do Solerth… – wstrzymała oddech, zdając sobie sprawę z tego, gdzie jest jej kuzynka. – Och nie…

– Co się stało? – spytali jednocześnie Dargel i ambasador.

– Królowa Solerth była ze mną w Starym Królestwie!

 

Kryształowe wrota - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | OSTATNI

Reklamy