Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT DRUGI

Orf nonszalancko oparł się o framugę drzwi. Była to oczywiście tylko poza. Ze zniecierpliwieniem czekał, aż ruszą do miasta. Po raz pierwszy w życiu z trudem panował nad stopą, która najwyraźniej sama rwała się do drogi, okazując to rytmicznym potupywaniem. Rano cieszył się, że to Dżej ma tego dnia sprzątać po śniadaniu, ale teraz trochę jej zazdrościł. Wolałby nawet babrać się w tym brudzie, niż tak stać i czekać.

– A jeszcze niedawno całe dnie wpatrywałem się w niebo – szepnął pod nosem.

Życie na Marsie było spokojne, monotonne i przewidywalne. Nad wszystkim panował, niczego nie musiał robić, jeśli nie chciał. Ziemia była zupełnie inna. Sieć, jaką mieli do dyspozycji może i mogłaby obsługiwać wszelkie urządzenia w domu, ale dopuszczona tutaj technologia miała ogromne ograniczenia. Maszyna czyszcząca talerze musiała zostać nimi wypełniona, a potem i tak większość musieli myć ręcznie, bo to ustrojstwo chyba zapiekało resztki jedzenia, a nie je usuwało. Ojciec kazał wystawić maszynę do ciężarówki i mieli ją odwieźć któregoś dnia do Urzędu.

– Czemu tego nie naprawisz? – spytała zdenerwowana Dżej, całkiem słusznie spodziewając się tego, że robota, którą miała wykonywać maszyna, spadnie na nią.

– Ta maszyna nie wyczyści zeschniętej pasty proteinowej. Konsystencja tego jedzenia…

– Dobra, nie chcę wiedzieć.

I tak Dżej z Orfem przejęli dyżury przy zlewie. Chłopak nie dziwił się maszynie, że nie radziła sobie z talerzami. On sam musiał nieźle się namęczyć, by cokolwiek domyć. Dopiero dzięki Tycjanowi, który zmierzył się z tym samym problemem i to w tajemnicy przed Seleną, zdołał ułatwić sobie pracę. Kto by pomyślał, że wystarczy namoczyć talerz, by zeschnięta pasta znowu stała się kleista. Jakie szczęście, że nigdy nie pomyślał o tym, że ta cała breja może utknąć w rurach.

Gdy tak rozmyślał nad zmianami, które zaszły w jego życiu, do jego uszu dobiegł głośny śmiech bliźniaków.

– Nareszcie! – powiedział z entuzjazmem. Czekali już tylko na Tycjana.

– Są? – zawołał z tarasu sypialni profesor, ale nie czekał na odpowiedź, tylko pomachał do skaczących przez kałuże wnuków. – Już schodzę. Dżej, idziesz z nami?

– Idę! Czekajcie! Już prawie skończyłam – powiedziała z żałością w głosie.

Orf uśmiechnął się pod nosem. Nie. Jednak nie zazdrościł siostrze mycia naczyń.

– Są cali brudni – zawołał na powitanie do szwagra.

– Przebiorę ich po powrocie. Selena niczego nie zauważy – powiedział Tycjan z uśmiechem na twarzy.

Orf przyjrzał mu się uważnie. Jeszcze nigdy nie widział, by szwagier się uśmiechał. Czasami, jakby ukradkiem nerwowo chichotał… Ale po raz pierwszy na jego twarzy chłopak dostrzegł szczery, radosny uśmiech.

– Czemu mi się tak przyglądasz? Też jestem brudny? – zaniepokoił się Tycjan, nie mogąc znieść tego taksującego wzroku Orfa. Dotychczas chłopak nie wykazywał większego zainteresowania jego osobą. W ogóle niczym się nie interesował. Ilekroć Tycjan odwiedzał teściów, Orf leżał na którejś z kanap i wpatrywał się w okno. Ale odkąd przybyli na Ziemię, coraz częściej obserwował wszystkich z uwagą. Dla Tycjana nie była to zbyt komfortowa sytuacja. Nie lubił być obserwowany.

Spuścił wzrok, kąciki ust opadły mu smętnie i, Orf mógł przysiąc, jeszcze chwilę wcześniej rumiana twarz szwagra nagle poszarzała, a pod oczami złapała trochę fioletu. Wyglądał tak przygnębiająco, że Orf nie wiedział, co zrobić. W końcu, zbierając w sobie całą odwagę jaką posiadał, poklepał Tycjana po ramieniu i bąknął coś w stylu:

– Wszystko w porządku. Zagapiłem się tylko…

I wtedy bliźniaki, straciwszy zainteresowanie jakimś skaczącym, zielonym paskudztwem, gnane naglącą miłością do rodziny, rzuciły się na Orfa, przypominając o swojej obecności. Chłopak z ręką wciąż opartą na ramieniu Tycjana padł na szwagra jak długi, i obaj wylądowali w pobliskiej kałuży. Widząc to, bliźniaki popędziły dołączyć do tej wybornej zabawy, chlapiąc na wszystkie strony i krzycząc jeden przez drugiego.

Profesor i Dżej stanęli w drzwiach, przyglądając się, jak Orf i Tycjan próbują wstać, ale rozbawione bliźniaki zdołały ich już tak oplątać swymi smyczami, że gdy jeden się ruszył, drugi znowu lądował w błocie.

– Dobrze, że w tym tygodniu zmywam naczynia, a nie piorę – krzyknęła złośliwie Dżej.

– Chyba trzeba im pomóc… – zasugerował profesor, ale nic nie wskazywało na to, że coś zrobi. Stał z rękoma założonymi na piersi i próbował wymyślić, jak się do tego zabrać, by samemu nie wylądować w błocie… – Chłopcy, chodźcie do dziadka – zawołał w końcu i bliźniaki, chlapiąc jeszcze kilka razy, spróbowały wygramolić się z błota. – Słonko, przynieś mi nóż.

Gdy wreszcie Tycjan i Orf, cali w błocie, zdołali wyplątać się z uciętych smyczy, Dżej pogoniła siostrzeńców do łazienki. Chłopcy przyjęli to z entuzjazmem, spodziewając się zabawy w fontannę, którą to atrakcję zawsze w takich przypadkach fundował im ojciec. Dziewczyna nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że wszystko było dla nich takie interesujące.

– Mamy kilka zapasowych ubrań, przebierz ich – powiedział profesor, podając jej białe dziecięce kombinezony.

– Ja? Obu?!

– No, teraz chyba jednak się ubrudziłeś – powiedział ze stoickim spokojem Orf, gdy tak stali z Tycjanem przed domem, przypominając dwie grudy błota.

– Nie żartuj – odburknął gorzko, ale po chwili obaj zaczęli się śmiać, myśląc dokładnie o tym samym: gdyby tylko Selena to widziała!

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy