Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT TRZECI

Zmęczone atrakcjami jakie zapewnił spacer do domu profesora bliźniaki zażywały drzemki w ramionach ojca i dziadka. Dżej udawała niezadowoloną z życia, ale Orf nie dał się zwieść. Wszyscy byli bardzo ciekawi tego, jak wygląda ziemskie miasto. Z jakichś powodów nie widzieli żadnego na nizinach ani nawet na wyżynach. Ludzkie osady znajdowały się w górskich dolinach. Te duże, jak wyczytali w informatorze, były gęsto zabudowane, tworząc coś na wzór znanych im bloków centralnych, w których znajdowały się jednostki edukacyjne, rozrywkowe czy konsumpcyjne. Oczywiście na Marsie wszystkie te usługi można było uzyskać także przez sieć, ale młodzi lubowali się w wychodzeniu z domów. Ziemska sieć nie była jednak na tyle wydajna, by… W zasadzie ziemska sieć ograniczała się do łączenia, gdy miało się do przekazania jakieś pilne sprawy. Najczęściej jednak ludzie tutaj po prostu wychodzili z domów i w całkiem prymitywny sposób spotykali się właśnie w miastach.

Mniejsze doliny były zajmowane przez rodziny, którym do czegoś potrzebne były łąki. Orf podejrzewał, że służą one do jakiegoś rodzaju rekreacji bazującej na wykorzystaniu zwierząt, ale nie rozpędzał się w swoich domysłach. Już sam fakt obcowania ze zwierzętami budził jego niepokój, a co dopiero przebywanie z nimi na co dzień. W ogóle nie mógł zrozumieć, a przecież wiedział, że Ziemianie robią takie rzeczy, jak można czerpać jakąkolwiek przyjemność z obcowania z czymś, co nie znajduje się na tym samym co on poziomie umysłowym. Już przebywanie z Dżej, która miała pusto w głowie, było dla niego uciążliwe.

– O czym tak myślisz?

Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na ojca, który zrównał z nim krok. Wzruszył tylko ramionami. Czy myślał w ogóle o czymś konkretnym?

– Na co ludziom te łąki? – spytał w końcu, patrząc w dół na ich dolinę.

– Uprawiają na nich rośliny, pasą zwierzęta…

– A nam po co te łąki? – spytał, wykluczając od razu pomysły z roślinami i zwierzętami jako absurdalne.

– Na razie to tylko potencjał – uśmiechnął się do niego tajemniczo profesor.

Orf zmarszczył czoło. Nigdy nie był jakoś wybitnie utalentowany jeśli chodziło o fizykę, ale miał wystarczającą wiedzę, by podejrzewać ojca o bredzenie…

– Chodzi o to – zaczął ostrożnie profesor, widząc, że syn go nie zrozumiał – że posiadanie ziemi daje nam pewne możliwości. To, co postanowimy z nią zrobić, jest kwestią naszej decyzji. Pamiętaj, Orf, że tutaj musimy pracować, by się utrzymać.

– Ja nie będę pracować! – krzyknęła Dżej, która od przybycia na Ziemię była bardzo wyczulona na brzmienie słowa „praca”. – O ile pamiętam, niewolnictwo zostało zniesione jeszcze przed kolonizacją Marsa!

– Ale jeszcze nikt nie wymyślił, co robić, by nie musieć nic robić – uciął krótko profesor, wiedząc, że w pewnych sprawach do jego młodszej córki nie docierają żadne logiczne argumenty. Do drugiej w sumie też nie…

– Czyli chcesz mi powiedzieć – zignorował tę wymianę zdań Orf – że pasanie zwierząt jest sposobem na utrzymanie się? – Patrzył na ojca z niedowierzaniem. Po co komu w ogóle zwierzęta? Na Marsie prawie ich nie było i jakoś wszystko działało.

– Mówiąc bardzo ogólnie: tak. Hodowla pewnych zwierząt, a zatem karmienie ich, dbanie o ich aktywność fizyczną, czesanie… Nie patrz tak na mnie, niektóre zwierzęta się czesze!

– To chyba nie jest normalne, nie sądzisz?

– To zależy, co chcesz zrobić z danym zwierzęciem. Ale ludziom sprawia to przyjemność, takie dbanie o zwierzęta…

– To już na pewno nie jest normalne. – Spojrzał na niego sceptycznie, widząc kątem oka, jak Tycjan kiwa głową.

Chwilę szli w milczeniu. Profesor patrzył w zamyśleniu na chmury, które leniwie sunęły nad ich głowami. W końcu spojrzał z uśmiechem przed siebie, jakby zamiast drogi widział coś zupełnie innego.

– Kiedyś… – zaczął tym swoim tonem, którym zawsze rozpoczynał swe opowieści o dzieciństwie spędzonym na Ziemi. Pogładził po głowie śpiącego Bazylego i uśmiechnął się do własnych myśli. – Gdy byłem trochę starszy od chłopców, miałem króliki. Były bardzo miłe w dotyku i ciągle jadły. Znosiłem im dużo zieleniny i patrzyłem, jak ją pożerają. Strzygliśmy je i z ich futerka robiliśmy wełnę. Zawsze się martwiłem, że marzną po tym strzyżeniu i w nocy zakradałem się do nich z kocem.

– Okropne! – wzdrygnęła się Dżej.

Profesor spojrzał na córkę z jakimś smutkiem. Nikt z jego towarzyszy go nie rozumiał. Ziemia była dla nich zbyt obca, nie znali tego życia, to wszystko brzmiało dla nich absurdalnie. Ale nawet nie podejrzewał, że w całej trójce rozbudził ciekawość co do tego innego życia, które teraz na nich czekało.

Orf spojrzał w górę na te puchate obłoczki gnane wiatrem i zastanawiał się, jak bardzo żywy królik różni się od tych zabawkowych, które pamiętał z dzieciństwa.

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy