Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT CZWARTY

Miasto przeraziło Tycjana. Nigdy nie lubił tłumów i hałasu, a tego właśnie było tu pod dostatkiem. Cieszył się, że bliźniaki były na smyczach, inaczej na pewno by je zgubił, bo jego synowie rwali się do miasta równie radośnie co do wahadłowca, gdy opuszczali Marsa.

– Chłopcy, chłopcy… – ale jego osłabiony przerażeniem głos nie przebył nawet połowy odległości, jaka dzieliła go od dzieci.

– Muszę iść do urzędu, ustalić kilka rzeczy…

– Tak, tak, idziemy – powiedział z przestrachem do teścia Tycjan i z jakąś nową mocą zaczął ciągnąć za smycze ku radości bliźniaków.

– Nie musicie mi towarzyszyć, chcę tylko ustalić, co zrobić z niepotrzebnymi sprzętami w domu…

– One są potrzebne! – oburzyła się Dżej. – Każ im je naprawić albo wymienić.

– Niepotrzebne – powiedział twardo profesor. Tycjan patrzył na niego z wahaniem. Teść miał jakieś plany i nie chciał, by mu w tym przeszkadzano. Mógł się nie znać na przekazie niewerbalnym, ale bezbłędnie odgadywał, kiedy ktoś nie życzył sobie jego obecności.

Spuścił głowę i znowu poczuł się… samotny? Chyba tak. Odkąd zamieszkali na Ziemi coraz częściej się tak czuł. Póki byli w dolinie, w domu, gdzie Selena zamykała się na całe dni z tymi swoimi rzeczami, sądził, że to całkiem normalne. Gdyby na Marsie Selena miała pracę, to ich życie właśnie tak by wyglądało: ona zamykałaby się w pokoju do pracy, a on robiłby coś… pewnie bawiłby się z bliźniakami. Tutaj oprócz tego jeszcze sprzątał. Wszystko było jak należy – wmawiał sobie.

Ale teraz nie był w domu, nie był sam z bliźniakami, a miał wrażenie, jakby wszyscy wokół niego mieli jakieś ciekawe zajęcia, a on tylko czekał… No właśnie, na co?

Tylko że Orf i Dżej czuli się dokładnie tak samo. Z zaciekawieniem rozglądali się na boki, ale mieli wrażenie, że cały otaczający ich świat odgrodzony jest od nich szybą, że nie należą do niego. Zupełnie nie rozumieli tego, co się wokół nich działo. Ludzie byli dziwacznie ubrani, jakby mieli na sobie więcej niż jedno ubranie i dziwne ozdoby na rękach i we włosach… Całe miasto było pełne kolorów i szczegółów, które wymykały się percepcji, ale w świadomości tworzyły jakiś magiczny świat, za którym wszyscy troje tęsknili od dzieciństwa, gdy jeszcze czytano im bajki.

– Ojciec zostawił nam jakieś kredyty – powiedział w końcu Orf, gdy cisza, która zawisła między nimi, zaczęła być nie do zniesienia, a mijający ich ludzie już przestali udawać, że się im nie przyglądają i nie komentują odmiennego wyglądu nowych sąsiadów.

– A co, masz ochotę coś tu kupować? – spytała pogardliwie Dżej, instynktownie przyjmując tę arogancką postawę względem otaczającego ją świata. Na Marsie nigdy nikt nie wytykał jej palcem!

– Może ubrania? – zasugerował cicho Tycjan i pobiegł do bliźniaków, którym tubylcy robili coś niepokojącego z policzkami.

– Jacy słodcy chłopcy! – szczebiotały kobiety na widok uśmiechniętych bliźniaków.

Tycjan, nie odzywając się nawet słowem, wziął ich obu na ręce i szybkim krokiem oddalił się od tych przejawiających kanibalistyczne skłonności stworzeń. A Selena tak nie wierzyła w to, że zapewni im bezpieczeństwo! – pomyślał dumy z siebie, nie widząc, że Bazyli przyjaźnie macha na pożegnanie tym niebezpiecznym kobietom.

– Nie będę się upodabniała do tych dzikusów – syknęła Dżej, gdy szwagier ponownie znalazł się w zasięgu jej głosu.

– Jakoś do swoich dzikusów się upodobniłaś – powiedział zgryźliwie Orf, przypominając siostrze, z czego wynika jej obecny strój.

– Sam jesteś dzikusem – odburknęła, ale szybko potruchtała za nim, bo lepszy jeden znajomy dzikus niż tłum obcych.

Pełen nowej wewnętrznej siły, dzierżąc w każdym ręku radośnie opisującego mijane rzeczy dwulatka, Tycjan ruszył za Orfem i Dżej krokiem pewnym i zdecydowanym. Wchodził za nimi do różnych sklepów pełnych kolorowych rzeczy, które w ogóle nie przemawiały do ich marsjańskiej estetyki. Co innego bliźniaki, im podobało się wszystko. Biegały po sklepie między wieszakami pełnymi materiałów, grzebały w koszyczkach z dziwnymi świecidełkami i wąchały wszystkie kolorowe kwiaty, a niektóre próbowały zjeść.

Widząc ich entuzjazm, Tycjan postanowił dać sobie szansę. Pochylił się nad kwiatami i wciągnął w płuca ich zapach. Nagle, niby za sprawą magii, wyobraził sobie ziemię przed ich domem obsadzoną nimi. Widział już, jak sam układa je w jakiś ładny wzór. Czy Selena też ucieszyłaby się z kwiatów pod oknami?

– Już jestem. Coś się wam spodobało?

I wtedy Tycjan zauważył, że profesor patrzy na otaczający ich świat zupełnie inaczej. Odnajdywał w tym całym chaosie coś znajomego, coś, za czym tęsknił od dawna. On to wszystko znał, chciał tu wrócić. W przeciwieństwie do nich nie stał za szklaną szybą. On był częścią tego świata, nawet jeśli nie przypominał Ziemian.

– Pięknie pachną – powiedziała pojednawczo Dżej, której nic się do tej pory nie podobało. – Możemy wziąć je do domu?

– Oczywiście – uśmiechnął się do niej profesor. – Musimy też znaleźć jakieś wazony, bo chyba żadnych nie mamy.

– Wazony? – zdziwiła się Dżej.

– To są cięte kwiaty, muszą zostać wstawione do wody, wtedy dłużej postoją.

Wszyscy troje patrzyli na niego w osłupieniu, a profesor ze smutkiem pomyślał, jak wiele oczywistych dla niego rzeczy nie było przydatnych, a zatem nie uczono ich na Marsie. Botanika, którą wykładano dopiero w ramach przeszkolenia w jednej z firm odpowiedzialnych za pozyskiwanie związków organicznych, niewiele mówiła o tym, czym są kwiaty, czemu tak bardzo różnią się kolorami i kształtem, ani po co wydzielają zapach.

– Myślałam, że są trwalsze…

– To nie są maszyny, kochanie.

– Na naszej łące cały czas są jakieś kwiaty… – zaczął niepewnie Tycjan. – Może takie też mogłyby rosnąć…

– Mogłyby, tato?! – spytała z entuzjazmem Dżej.

Tycjan przyglądał się, jak niedawny cień smutku na twarzy profesora ustępuje uśmiechowi. Skinął głową i wskazał im dziwne woreczki wypełnione różnymi kuleczkami oraz pojemniki pełne małych listków.

– Trochę to zajmie, ale możecie zasadzić kwiaty przed domem. Ale trzeba o nie dbać. Trzeba przekopać ziemię, użyźnić ją, regularnie wyrywać chwasty, podlewać…

Z każdym słowem profesora mina Dżej stawała się coraz mniej ciekawa, a w jej dłoniach pojawiały się kolejne cięte kwiaty. Orf na ten widok uniósł brwi, ale powstrzymał się przed kolejną ciętą uwagą pod adresem jej lenistwa. Wiedział, że sam nie jest lepszy, nie należało więc prowokować uszczypliwości pod własnym adresem.

Zupełnie inaczej przemowa profesora podziałała na Tycjana. Perspektywa dbania o kwiaty wydała mu się atrakcyjna, szczególnie w porównaniu ze sprzątaniem domu. I tak, gdy Dżej sięgała po coraz to inne kwiaty, on wyciągał ręce po bliżej nieokreślone sadzonki i nasionka. Widząc to, profesor uśmiechnął się i przywołał gestem sprzedawczynię.

– To wszystko? – zdziwiła się kobieta, patrząc na naręcze kwiatów i stos sadzonek. Zmarszczyła brwi, patrząc na to, co złapał Tycjan, a w ślad za nim jego synowie. – Te się nie nadają. Za wcześnie, by je sadzić… – powiedziała, patrząc podejrzliwie na tych nowych, o których huczało całe miasteczko. – Chyba że w szklarni.

– W czym? – zainteresował się brzmieniem tego słowa Orf.

– Szklarnia. Taki domek ze szkła – zdziwiła się na ten brak podstawowej wiedzy kobieta. – Jest w nim cieplej niż na zewnątrz i rośliny ciepłolubne mogą spokojnie rosnąć. W waszej dolinie nie ma czegoś takiego.

– Wie pani gdzie mieszkamy? – zdziwił się Tycjan.

– Wszyscy wiedzą, gdzie mieszkacie. To małe miasteczko, wszyscy się tu znają. Ja jestem Iris – powiedziała z bladym uśmiechem. – To mój sklep. Od pokoleń uprawiamy kwiaty i warzywa. Jeżeli chcecie założyć ogród, mogę wam pomóc.

– Naprawdę? – ucieszył się Tycjan. Dżej i Orf spojrzeli na siebie zdziwieni na tę nieoczekiwaną otwartość szwagra, profesor tymczasem uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu. – Selena nie miałaby nic przeciwko, gdybym zajął się ogrodem, prawda?

– Nie, na pewno by nie miała. Dżej pewnie też by się ucieszyła, co, kochanie?

– Może być – powiedziała obojętnie, ale wszyscy zobaczyli w jej oczach radosne iskierki. Iris uśmiechnęła się wesoło, jakby do tej pory miała przed tym jakieś opory, i odłożyła większość wybranych przez Tycjana skrzynek.

– Na początek wystarczą wam te. – Sięgnęła po kilka innych i jakiś dziwny płaski przedmiot. Profesor uśmiechnął się pod nosem na ten widok, ale nic nie powiedział. – Chcecie wózek?

– O tak, Iris, bardzo by nam się przydał – odpowiedział natychmiast profesor, wiedząc, że zaraz padną pytania o to, co to jest wózek.

– Tylko zwróćcie mi go niedługo – poprosiła, pomagając bliźniakom wsiąść na niego, jak gdyby nigdy nic, sprytnie wyjmując z ich rączek to, co wcześniej pochwyciły.

– Dziękujemy.

– Chłopcy, ostrożnie, nie poprzewracajcie niczego – powiedział Tycjan, z przerażeniem patrząc na to, jak dzieci skaczą między sadzonkami.

– Spokojnie, proszę pana, póki ich nie zadepczą, to nic się nie stanie – zaśmiała się Iris i pogładziła chłopców po główkach.

– Aha… – bąknął tylko Tycjan i sam także pogłaskał synów, zdając sobie sprawę, że nigdy tego nie robił. – Miło było panią poznać… Jestem Tycjan – powiedział nagle, zupełnie nie wiedząc czemu. Na Marsie ludzie się ot tak sobie nie przedstawiali.

– Was również. Powodzenia z ogrodem! – Pomachała za nimi. Dziwni byli ci ludzie z Marsa, ale nie aż tak przerażający, jak myśleli niektórzy.

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy