Tagi

,

A jednak wolałabym nie dożyć tego dnia, chociaż wiem, że statystycznie byłoby to bardzo wysoce nieprawdopodobne.

Umarł Sir Terry Pratchett

Ryzykując liczne otarcia o chropowatą powierzchnię banału, w opisie swego obecnego nastroju muszę zawrzeć opis pustki. Trochę tak, jakby gdzieś blisko centrum mojego świata wyobraźni pojawił się maleńki otwór, a potem zaczął rosnąć i rosnąć… I w jakiś niepokojący sposób łypał swoim wygłodniałym okiem na rzeczywistość. Prawda dociera do mnie powoli, ale nieubłaganie.

Można sobie zdawać sprawę z tego, jak się rzeczy mają (wybaczcie, że nie nazywam ich po imieniu), ale wciąż mieć nadzieję, że to się będzie ciągnęło, że choroba da jeszcze chwilę oddechu. Przyznam się, że tak zupełnie egoistycznie liczyłam na jeszcze kilkanaście, albo chociaż kilka książek ze Świata Dysku. Uwielbiałam Ricewinda (tak, ja z tych! ^^’ ) i piszczałam radośnie na każdą wzmiankę o Bagażu. Lubię wracać do opowieści o nich.

Innym zostawię analizowanie tego, jak realne dzięki swemu oddaleniu od ideału były Jego postaci, jak mistrzowsko posługiwał się sarkazmem, jak żonglował fizyką i magią. Jego Czytelnicy doskonale o tym wiedzą, pewnie dostrzegają też znacznie więcej niż zawodowi recenzenci, których Jego książki nie zdołały oczarować. Mną zawładnęły jednak do tego stopnia, że obecny stan chyba najlepiej jest porównać z pogrążeniem się w Piekielnych Wymiarach. Jest ciemno, przygnębiająco, zewsząd czają się Stwory, które chcą pochłonąć rzeczywistość… Nie wiem, jak Ricewind dał radę spędzić tam tyle czasu!

***

Przepraszam Was bardzo za lakoniczność, a także za sam wpis. Unikałam do tej pory pisania o świętach czy rocznicach, bo przecież chodzi o opowieść, czasami o przemyślenia jej dotyczące, a nie o dywagacje na temat moich poglądów czy zwyczajów. Ale teraz po prostu musiałam. Umarł jeden z moich ulubionych Autorów i chciałam poświęcić mu te kilka słów.

Lila.

Reklamy