Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIĄTY

Orf patrzył na wózek pełen zielska i zastanawiał się, czy i on by czegoś nie chciał. Ojciec najwyraźniej miał jakiś zapas kredytów, za który przetrwają, nim faktycznie będą musieli znaleźć tutaj pracę. I chyba był już najwyższy czas na to, by zastanowić się nad jakimś zajęciem dla siebie. A przecież zanim coś wymyśli, powinien wypróbować różne opcje. Matka zawsze mu mówiła, żeby spróbował, zanim z czegoś zrezygnuje. Dotychczas jej nie słuchał, ale teraz te słowa zdawały się znacznie bardziej sensowne.

Rozglądał się więc na boki, szukając czegoś, co by go zainteresowało. Nie było tu jednak nic, co chciałby mieć. Tym, co najbardziej różniło go od młodszej siostry, był minimalizm. Podczas gdy Dżej regularnie przesadzała ze składaniem zamówień na coraz to nowsze gadżety, on zwykle nie zamawiał niczego, tylko zazdrośnie pilnował ulubionego miejsca pod szklanym dachem. Był próżniakiem, co na Marsie nie było taką znowu wielką wadą, tu jednak nawet jemu zaczynało to przeszkadzać. Mając tak wiele możliwości, zapragnął spróbować ich wszystkich. Nie bardzo tylko wiedział, jak się do tego zabrać.

Zatrzymał się w końcu przy klatkach, w których miotały się jakieś kolorowe kształty. Podszedł bliżej i ze zdziwieniem odkrył, że były to ptaki. Wciąż twardo stał na stanowisku, że posiadanie zwierząt jest absurdalnym pomysłem, ale te radosne, kolorowe stworzonka jakoś mało przypominały zwierzęta. Nie warczały, nie miały sierści, wyglądały całkiem schludnie… W przeciwieństwie do ryb nie były też oślizgłe, co zweryfikował zerkając do szklanego pudła – zapewne szklarni, skoro był to domek dla ryb – stojącego w głębi sklepu.

– Czesze się je? – spytał niezbyt rozsądnie, na co w odpowiedzi usłyszał głośny śmiech sprzedawcy.

– Ptaki?! Jeszcze by tego brakowało. Nie. Głównie się je karmi.

– I tylko tyle? – zdziwił się Orf, nie mogąc oderwać oczu od tej ruchomej tęczy. Ile różnych ptaszków mieszkało w tej jednej klatce?

– Jak się ma szczęście, to słucha się ich śpiewu.

Orf nigdy nie miał szczęścia. Za dużo wiedział o rachunku prawdopodobieństwa, by wierzyć w takie zabobony, ale na widok tych rozćwierkanych ptaszków przez chwilę chciał, by jednak szczęście istniało. Zapatrzył się na czerwonego ptaszka z czarną główką, który przysiadł z dala od reszty. Wskazał go sprzedawcy:

– A ten śpiewa?

– Jak kto lubi takie piszczenie, to owszem, śpiewa. Zapakować?

– Co zrobić?

– Pytam, czy go bierzesz, chłopcze? Wsadzę ci go do mniejszej klatki, dorzucę nasionek i będzie ci śpiewał od rana do nocy. Co, nie macie tam na Marsie ptaków, czy jak?

Orf wyprostował się i spojrzał z góry na mężczyznę o opalonej, zarośniętej twarzy. Chłopak próbował w tej szczecinie wypatrzyć cień uśmiechu, przekonany, że mężczyzna z niego kpi, ale jedyne co dostrzegł, to wytrzeszczone w pytaniu oczy.

– Nie hodujemy żadnych zwierząt, jeśli o to pan pyta.

– A to przykre – powiedział z westchnieniem mężczyzna i powachlował się częścią swojej garderoby. – Ptaka bym sam dla siebie nie wziął. Żadna to przyjemność. Ale bez psa nie wyobrażam sobie życia! Sam mam ich kilka.

– Aha…

Orf już stał w drzwiach, niezbyt przekonany do tego człowieka, ale w tej chwili zatrzymał się obok niego Tycjan. Wózek zapiszczał, gdy szwagier odłożył dyszel i z rozwartymi w podziwie oczami wpatrywał się w… jakieś futrzaste coś z językiem. Prawdopodobnie w psa.

– O właśnie! Psy! Pan widzę zainteresowany! – zaczął z entuzjazmem brodacz, czując okazję do sprzedaży.

– Ja? – zdziwił się Tycjan. Jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że całym sobą wprost krzyczy: „Chcę tę górę dyszącego futra!” – pomyślał ze śmiechem Orf i słuchał, jak sprzedawca zachwala psa. Że idealny w terenach górskich, że bardzo spokojny, cierpliwy, że wymarzony towarzysz zabaw dla dzieci! – Dzieci… Tak, dzieci… – powiedział Tycjan, patrząc z wahaniem na bliźniaki, które wychylały się z wózka, chcąc złapać za merdający ogon.

– Pies! – podchwyciły natychmiast nowe słowo i wyciągały rączki ile mogły. Psi ogon wydawał się bardziej niż apetyczny.

– No już, chłopcy, zostawcie psa – powiedział do nich Orf, ale bliźniaki ani myślały go słuchać.

– Dzieciom się podoba. Może Selena nie będzie miała nic przeciwko…

– Nam go nie wciśniesz, więc zastanów się dwa razy – przestrzegł go Orf, pilnując, by bliźniaki czasem nie wypadły z wózka.

– Ja…

Tycjan bił się z myślami. Czy to nie za wiele? Pies i kwiaty? Selena nie będzie zadowolona z takich innowacji. Pierwsze, co powie, to że pies jest brudny i przynosi bakterie, a potem zamknie się w łazience. A już tak rzadko miała te swoje ataki histerii i prawie wcale nie przesadzała z myciem rąk. Tycjan nie chciał, by znowu opowiadała mu o tym, jakie straszne choroby mogą ich spotkać. Z drugiej strony, kto wie, czy faktycznie cokolwiek jej przeszło, czy ten spokój nie był wynikiem niewyspania. Poza tym, przecież i tak to on sprzątał w domu. Ile dodatkowej pracy niby będzie z psem? A może żona nie zauważy w ogóle takiego psa. Owszem, był duży, ale Selena ostatnio nie interesowała się niczym, poza tymi… rzeczami.

– To jak, bierze pan?

– Tak! – powiedział zdecydowanym głosem Tycjan w tej samej chwili, w której Hadrian wreszcie pochwycił psi ogon. Zwierzę spojrzało na chłopca bez emocji i odsunęło się, bez większego trudu pozbawiając rudzielca futrzanego berła.

– I słusznie! Każdy dzieciak powinien mieć psa. Psy to dobre stworzenia. A berneńczyki to w ogóle skarby! – mówił mężczyzna, pakując jakieś dziwne rzeczy na wózek. Nie musiał być najlepszym sprzedawcą zwierząt, by wiedzieć, że ci z Marsa kupią wszystko, co im się wciśnie. Wrzucił więc na wózek psie miski, wór karmy, szelki ze smyczą, kilka zabawek, bo psy lubią gryźć.

– Dużo tego jak na jednego psa…

– Je i bawi się jak każde inteligentne stworzenie – uciął krótko sprzedawca, myśląc, co by tu jeszcze… grzebień! – Trzeba go czasem wyczesać. Ptaki to co innego, ich się nie czesze – powiedział, znacząco spoglądając na Orfa. A potem wręczył Tycjanowi małe, puchate coś, mówiąc, że wabi się Kołtun.

– Ale… Ale… – zająknął się Tycjan. – Wolałbym dużego… – Wskazał na psa, który wciąż pozostawał obiektem westchnień jego synów.

– Jeszcze pan będzie żałował, jak szybko urósł.

– Co proszę?

– No, szczeniak. Sprzedaję szczeniaki. Urośnie i będzie taki sam, zaręczam panu. Mam hodowlę.

Orf i Tycjan spojrzeli na siebie, nie bardzo rozumiejąc, co mężczyzna ma na myśli, mówiąc, że pies urośnie. To one nie są jakiejś standardowej wielkości?

– No, te pana chłopaki kiedyś też urosną i będzie pan żałował, że tak szybko – zaśmiał się mężczyzna, nie będąc pewnym, czy oni tak na serio, czy się z niego nabijają.

– Da pan tego czerwonego ptaszka, co? – powiedział nagle Orf, by odwrócić uwagę mężczyzny od ich najwyraźniej niedorzecznego pytania.

– Czyżyka?

– Tak. Z klatką.

– Proponuję wziąć dwa, bo nudzą się same.

– Dobra, niech będą dwa – uciął krótko Orf, bojąc się, że kolejnym pytaniem już całkiem się zbłaźni.

Kto by w ogóle wpadł na pomysł, że psy też bywają małe?! A może wszystkie zwierzęta rosną jak ludzie? Czyżyki też? Czy ten się nagle rozrośnie tak, że przestanie się mieścić w klatce?

– Szczęścia życzę! – Mrugnął do niego sprzedawca, wręczając mu dużą klatkę i pełno dziwnych rzeczy, które najwyraźniej były bardzo potrzebne czyżykowi do godnego życia.

– To najdziwniejszy dzień w moim życiu – powiedział krótko Orf, gdy już dostatecznie oddalili się od brodacza, a Tycjan przytaknął mu skinieniem głowy. Spojrzał na bliźniaki wtulone w puchatą kulkę, która podobno miała urosnąć do preferowanych rozmiarów dużego psa.

– Wiedziałeś, że psy są najpierw małe?

– Stary, odkąd weszliśmy do tego miasta, okazuje się, że w ogóle niewiele wiem.

– Dzięki. Bałem się, że tylko mnie coś ominęło w trakcie edukacji.

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy