Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

Im bliżej domu się znajdował, tym mniej był pewien swego postanowienia. Poza tym, dostał nie to, co chciał. Podobał mu się duży pies o klapniętych uszach, spokojnym spojrzeniu i dostojnym kroku, a dostał chwiejącą się na krótkich łapkach kulę, która jedyne, co umiała robić, to lizać bliźniaki po twarzy. Jak dobrze, że Seleny przy tym nie było! Żadne zmęczenie nie powstrzymałoby jej przed zaciągnięciem chłopców do wanny.

– Czy to nie za dużo na początek? – spytał w końcu profesor, widząc, jak szczeniak turla się razem z jego wnukami, nie zważając na żadne sadzonki. – Taki maluch to dużo roboty…

– No przecież ich nie oddam… A, mowa o psie. Chciałem takiego dużego, podobno urośnie.

– Tak, ale będzie wymagał uwagi. Ciekawe, czy już go czegoś nauczyli.

– Nauczyli? Psy można czegoś uczyć? – zdziwiła się Dżej. Jeszcze nigdy nie widziała psa i do tej pory nie bardzo się tym interesowała. Na Marsie nie można było mieć w domu zwierząt, jeżeli nie miało się specjalnego pozwolenia i przeszkolenia w zakresie hodowli. Nikomu o zdrowych zmysłach nie chciało się więc załatwiać takich rzeczy dla wątpliwej przyjemności posiadania w domu kłębowiska futra i dystrybutora śliny. A na Ziemi proszę bardzo! Szło się do pierwszego lepszego sklepu i wracało się z psem. O ile to w ogóle był pies, bo nie wyglądał.

– Wiele zwierząt można czegoś nauczyć. Na początek, żeby nie wypróżniały się w domu…

– Tato! – zawołała z oburzeniem Dżej. Nie lubiła rozmów o funkcjach organizmu, szczególnie tych dotyczących wydalania.

– No taka jest prawda, kochanie. Psa trzeba tego nauczyć. Można go też nauczyć różnych sztuczek.

– Ty uczyłeś sztuczek te swoje króliki? – zapytał z zainteresowaniem Orf, ale profesor jedynie wybuchł śmiechem.

– Króliki? Nie! Nawet nie przyszło mi to do głowy! Ale mieliśmy psa, który biegał za piłką i czasami ją nawet przynosił.

– Też mi sztuczka.

– Faktycznie, mało przydatna. Ale można nauczyć psa, by czegoś pilnował.

– Na przykład bliźniaków?

– No, jeśli ich da się w ogóle przypilnować…

– Na razie nieźle mu to idzie – powiedział ze śmiechem Orf, pokazując na bliźniaki, które od dobrego kwadransa spokojnie bawiły się z Kołtunem.

Ci dziwni Ziemianie - 06

– Jak ja to wytłumaczę Selenie! – załkał nagle Tycjan, widząc już z góry ich domek.

Ale nikt nie miał pomysłu, jak Tycjan mógłby to zrobić. Szedł więc ze spuszczoną głową, wyobrażając sobie różne rodzaje furii, jakie zaprezentuje mu Selena, a nie było tego mało.

– Tata! Tata! Pać!

Spojrzał na bliźniaki, które próbowały wyrwać z paszczy Kołtuna dziwny płaski przedmiot, który dała mu Iris. Może nawet by się tym przejął, gdyby nie interwencja teścia.

– Książki nie są do jedzenia, Kołtun – powiedział profesor, głaszcząc szczeniaka po głowie. Chłopcy natychmiast poszli w jego ślady i, głaszcząc pieska, próbowali wymówić jego imię, co zabrzmiało bardziej jak „Kot Tun”. – Iris dała ci książeczkę o pielęgnacji roślin. To bardzo miłe z jej strony.

Tycjan wziął do ręki dziwny przedmiot i bezwiednie stuknął w niego palcem. Może by się zdziwił tym, że na Ziemi mają takie miękkie czytniki, ale w sumie czym była taka informacja wobec faktu, że psy rosną! No nie mógł nad tym przejść do porządku dziennego. Selena pewnie też nie uwierzy i wyrzuci go razem z psem, gdy ten faktycznie będzie wypróżniał się w domu. Po co mu to było?!

– Nie działa – powiedział smętnie, podając czytnik teściowi, ale profesor z błyskiem w oku zrobił coś, jakby zdejmował wierzchnią warstwę z powierzchni czytnika, potem kolejną i jeszcze jedną, a na każdej z nich były litery i obrazki.

– Jak to zrobiłeś?! – rzuciła się na czytnik Dżej. – Mój tak nie potrafi!

– To nie jest czytnik, to zwykła książka. Kiedyś, zanim pojawiły się czytniki, drukowano wszystko na pojedynczych kartkach… I zszywano, albo sklejano, żeby tworzyły jedną całość.

– Kartki? To jakiś rodzaj liścia? – spytał Orf, patrząc mu przez ramię.

– Nie… Nie całkiem. Jeśli was to interesuje, powiem wam, jak się wytwarza papier.

– Jak oni go zabarwili w taki sposób?

Profesor powiódł wzrokiem po wpatrzonych w niego twarzach. Każde z nich wiedziało, jak działają różnego rodzaju wyświetlacze, zarówno te w czytnikach, jak i te, z których stawiano ściany ich marsjańskich domów. Prawdopodobnie też orientowali się dość ogólnie, na czym polega zmiana wyświetlanego tła oraz w jaki sposób można to ręcznie modyfikować, bez korzystania z szablonów. Ale zwyczajne malowanie za pomocą pozyskiwanych z roślin czy minerałów barwników było dla nich tajemnicą.

Obserwowali go w milczeniu, gdy pochylił się, by zerwać kilka źdźbeł trawy i wtarł je w papier, zostawiając na nim zielone smugi.

Orf wyrwał mu książkę z ręki, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W zależności od tego, jak mocno ojciec docisnął trawę, taka była intensywność koloru. Dotknął palcem kolorowej ilustracji, przedstawiającej sposób przekopywania ziemi, jak głosił podpis. Różne odcienie brązu i szarości wyglądały, jakby nakładano je na siebie wielokrotnie, nim uzyskano zadowalający efekt, a jednocześnie faktura tego całego papieru była jednolita. Tylko w miejscu, w którym trawa zostawiła jasne smugi, wyczuć można było jakieś dziwne zgrubienia.

Podał książkę Tycjanowi, który poddał ją podobnym oględzinom. Bardziej jednak niż dziwna metoda zapisu, interesowały go same informacje. Indeks roślin rozbudzał w jego wyobraźni całkiem atrakcyjne wizje zagospodarowania okolicy domu, wystarczyło tylko dobrze zaplanować sadzenie konkretnych roślin tak, by okresy kwitnienia – to chyba czas, gdy pojawiały się kwiaty – nie nałożyły się na siebie, tylko płynnie wymieniały. Wtedy przez większą cześć roku będą mieli kolorowy ogród. Rośliny wokół domu na pewno przypadną Selenie do gustu, może więc przymknie oko na tego psa – pomyślał po raz setny.

– Zadowoleni z wycieczki? – zagadnął profesor, ale w odpowiedzi usłyszał tylko jakieś pomruki.

Żadne z nich nie było pewne, czy jest zadowolone. Głównym uczuciem, jakie przejęło nad nimi kontrolę, było zdziwienie. Pochodzili z Marsa, gdzie poziom edukacji był na dużo wyższym poziomie niż tutaj, a okazało się, że cała ta wiedza zupełnie nie przystaje do ziemskiej rzeczywistości. Czy zatem faktycznie Mars był na wyższym poziomie intelektualnym? Wszystkie te informacje o zwierzętach i roślinach – a kto wie, czego jeszcze nie wiedzieli! – były z pewnością dostępne, ale nie należały do podstaw edukacji. To, co z kolei oni wiedzieli na temat funkcjonowania różnych sprzętów, było zupełnie nieprzydatne na Ziemi, gdzie nawet maszyna myjąca naczynia nie dawała sobie z niczym rady. Może więc, jako społeczeństwo, wcale nie byli lepiej wykształceni od Ziemian. Może po prostu posiadali zupełnie inny zakres wiedzy?

– A ty coś sobie znalazłeś? – spytał w końcu Orf.

– Tak! Kawę! – powiedział z radością profesor. Wiedział, że po tylu latach na pastach proteinowych kawa nie jest najlepszym pierwszym wyborem, ale nie mógł się powstrzymać. Obiecywał sobie jednak, że potem będą warzywa. Szczególnie te zielone. Najbardziej tęsknił za znienawidzoną w dzieciństwie brukselką…

– Przecież mamy kawę.

– Nie macie pojęcia, co to jest kawa! – powiedział wyniośle i przycisnął do piersi paczuszkę, którą trzymał w dłoniach. Potem jednak uśmiechnął się do nich i dodał: – Zamówiłem też kilka książek. Mają mi je dostarczyć. A właśnie, Tycjanie, część z rzeczy, które zamówiła Selena, masz na wózku. Powinny odwrócić jej uwagę od innych zakupów. – Mrugnął do niego porozumiewawczo.

– Och, to dobrze… – westchnął Tycjan i uśmiechnął się radośnie. „Rzeczy”, o które męczyła ojca Selena, na pewno pochłoną całą jej uwagę. Pies był bezpieczny. Spojrzał na pogrążonego we śnie szczeniaka z jakąś większą niż do tej pory sympatią. Pogłaskał go po raz pierwszy i z zadowoleniem stwierdził, że jest przyjemnie miękki i ciepły. Bazyli i Hadrian zasnęli po obu stronach Kołtuna, każdy tuląc w objęciach jedną łapkę szczeniaka. Wszystko na pewno dobrze się ułoży.

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy