Tagi

, ,

Opowieść Druga
Ci dziwni Ziemianie

[Opowieści Rodzinne]

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT SIÓDMY

Tycjan wniósł bliźniaki do domu. Chłopcy spali, zmęczeni całym dniem spędzonym na świeżym powietrzu i zabawą ze szczeniakiem, więc ułożył ich w łóżeczkach. W sumie ominęła ich pora drzemki, nie licząc tych kilkunastu minut, gdy spali na rękach jego i Maxa. Przykrył chłopców i przez chwilę przyglądał się spokojnym od snu twarzyczkom. Odkąd przybyli na Ziemię, bliźniaki nabrały rumieńców. Wbrew wszelkim obawom pobyt tutaj im służył.

Wrócił przed dom, gdzie szczeniak piszczał smętnie, pozostawiony zupełnie sam w wozie pełnym sadzonek. Tycjan zastanawiał się, gdzie go zabrać. Jeżeli faktycznie tak brudził, to pokój chłopców nie był chyba najlepszym miejscem. Poza tym, przecież to on chciał mieć psa! Tylko że Selena nigdy nie zgodzi się na to, by Kołtun mieszkał z nimi w pokoju. Zostawał tylko pokój gościnny…

– Już wróciliście?

Tycjan zesztywniał. Nie spodziewał się, że Selena wyjdzie przed kolacją. Czy widziała, że naczynia nie posprzątały się same? Odwrócił się powoli, starając się zapanować nad swoją twarzą, na której odmalowało się trupioblade przerażenie.

– Dotarły mikroskopy? – spytała krótko, zerkając na wózek, którego Tycjan w żadnym wypadku nie dał rady zasłonić…

– Profesor odebrał coś dla ciebie – przytaknął, natychmiast podając jej paczki.

– A co tam jeszcze masz? – spytała zbyt przyjaźnie, jak na gust Tycjana. Ta postawa znaczyła, że paczka od profesora nie zaabsorbowała jej w należytym stopniu. Selena z autentyczną ciekawością zerkała w kierunku wózka.

– Rośliny… Sadzonki. Pomyślałem, że posadzę kwiaty…

– Świetnie! Właśnie planowałam ściągnąć kilka potrzebnych mi roślin. Zajmiesz się nimi? – I chociaż pytanie to brzmiało bardziej jak rozkaz, Tycjan skwapliwie przytaknął, mówiąc, że wszystkiego dopilnuje. To był jego moment! Selena dostała mikroskopy i zapewnienie, że mąż zajmie się dla niej jakimiś roślinami. Nie trafi się lepszy moment, by powiadomić żonę o Kołtunie!

– Kupiłem też psa… – powiedział cichutko, ale nie uciekł wzrokiem. Obserwował twarz Seleny, na której… nic się nie zmieniło. Wychowana na Marsie kobieta wiedziała o zwierzętach tak samo mało jak on. Musiała jednak zdawać sobie sprawę z tego, że każde żywe stworzenie może brudzić… Oko drgnęło jej tylko raz i to nieznacznie, po czym Selena skrzywiła usta i, wzruszając ramionami, zaszczyciła szczeniaka, którego zademonstrował jej mąż, tylko przelotnym spojrzeniem.

– Masz pilnować, by nie brudził – powiedziała tylko, mrużąc oczy, co wyglądało dość groźnie, ale nie stało się nic więcej. Żadnej przemowy, żadnej złości, rzucania mikroskopami, nic. Była wyraźnie zmęczona i mogła po prostu nie mieć siły na większe demonstracje. Gdy wróciła do domu, Tycjan przez chwilę miał nadzieję, że coś powie, ale jedyne co usłyszał, to dźwięk zamykanych drzwi od łazienki. Selena nie była zachwycona perspektywą mieszkania pod jednym dachem z psem, jednak nie sprzeciwiła się temu.

– Słyszałeś? – spytał szczeniaka, nie wierząc temu, co właśnie się stało. Obsesja na punkcie czystości nie zniknęła całkowicie, o czym świadczył szum wody dochodzący z łazienki, ale reakcja Seleny sugerowała, że zmalała ona niepomiernie. Jeszcze kilka dni wcześniej żadne zmęczenie nie powstrzymałoby jej przed wyrzuceniem z domu psa w komplecie z mężem.

Tycjan postawił szczeniaka na ziemi, pozwalając mu potruchtać na grubych łapkach do domu i nasikać na jedyny dywanik, jaki mieli. Mężczyzna patrzył na to niewidzącymi oczami i jak maszyna ruszył, by posprzątać po szczeniaku. W jego głowie jednak odbywały się wyścigi myśli. I nagle dziwne zachowanie Seleny stało się dla niego jasne – jej obsesja, która nie miała ujścia w sterylnym świecie Marsa, musiała znaleźć jakieś racjonalne ujście na Ziemi, gdzie bakterie faktycznie istniały. Inaczej nie dało się tego wytłumaczyć!

Z uśmiechem zabrał się do mycia naczyń, by żona po wyjściu z łazienki nie wróciła do niej ponownie.

***

Orf postawił klatkę z czyżykami na oknie. Ptaszki fruwały po niej radośnie, ćwierkając dziwacznie. Chłopak nie wiedział, czy wzięcie ich było dobrym pomysłem, ale teraz, gdy ułożył się na łóżku i wpatrywał w złotą klatkę na tle błękitnego nieba, śpiew czyżyków dopełniał tę scenę w jakiś przyjemny sposób. Nie lubił muzyki. A przynajmniej nie usłyszał jeszcze takiej, która by mu się spodobała. Miał jednak dziwne przekonanie, że Ziemianie słuchają czegoś zupełnie innego niż to, co tworzono na Marsie. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale z niecierpliwością czekał na moment, gdy usłyszy tutejszą muzykę. Na pewno jakąś mieli!

– Co to za piski?

Arachne zajrzała do pokoju syna i uśmiechnęła się na widok czerwonych ptaszków śpiewających w klatce.

– Kochanie, nie sądziłam, że kiedykolwiek zdecydujesz się na jakieś zwierzątko! – powiedziała wesoło. – Wiesz, czym je karmić? Wracają do klatki, jak się je wypuści?

– Podobno dostałem wszystko, co jest potrzebne do utrzymania ich przy życiu – powiedział, zamykając oczy i wsłuchując się w ich świergot. – Tak szczerze, to ja bym na ich miejscu nie wrócił do klatki, gdyby już mi ją ktoś raz otworzył. Ale chyba któregoś dnia je wypuszczę… Na pewno będą szczęśliwsze na wolności.

Arachne uśmiechnęła się, słysząc tę dojrzałą wypowiedź syna. Max miał rację. Ich dzieci świetnie poradzą sobie na Ziemi.

 

Ci dziwni Ziemianie - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

Reklamy