Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT DRUGI

Modagwen pomagała matce w wyszywaniu. Nie lubiła tej misternej roboty, ale nie miała nic lepszego do wyboru. We wsi nie była zbyt lubiana, bo w przeciwieństwie do innych nie wierzyła w te zabobony o magii, czarownicach, żywiołakach i innych wymyślonych stworach. Jako jedyna nigdy nie widziała żadnej magicznej istoty, nie padła ofiarą uroku, klątwy, nawet nie miała siedmioletniego pecha przez stłuczone lusterko, a ani razu nie splunęła przez lewe ramię. Z tego właśnie powodu była wioskowym dziwakiem i tylko matka jako-tako ją znosiła. Ale i ona bez większego entuzjazmu.

Jednak tego dnia sąsiedzi przeszli samych siebie. Od rana wszyscy kręcili się wokół jej domu i zaglądali przez okno. Gdyby nie to, że dzień był piękny i aż żal było się nim nie nacieszyć, zamknęłaby okiennice. Tym bardziej, że tuż przed południem zaczęły się jakieś pomruki, a nic tak nie denerwowało dziewczyny, jak mamrotanie.

– I jak tam kot, co? – spytał w końcu kołodziej, gdy Modagwen z uporem godnym osła ignorowała jego pochrząkiwania.

– Śpi – odpowiedziała krótko i zmierzyła go wrogim spojrzeniem. Skąd on wiedział o kocie? Nikogo nie było w wiosce, gdy mały, czarny kociak pojawił się w ogródku, miaucząc z przeraźliwą chrypą. Wzięła go do domu, nakarmiła i głaskała, aż się uspokoił. Zerknęła teraz na koszyczek, w którym biedak w końcu zasnął, zastanawiając się, skąd kołodziej wiedział?

– Dałabyś już spokój. Wiesz, że to niebezpieczne stworzenie.

– Niebezpieczne? To zwykły kociak. Nawet nie potrafi pić z miski.

– To kot czarownicy, dobrze o tym wiesz. Stary Jendrzej widział, jak przyszedł z lasu, akurat od strony jej chaty. Przypadek? Nie sądzę! To na pewno jej chowaniec.

Modagwen zmrużyła groźnie oczy i kołodziej ledwie siłą woli zapanował nad odruchem ucieczki, co nie było łatwe w przypadku bardzo zabobonnego wieśniaka. Modagwen z kolei z trudem zapanowała nad chęcią natłuczenia go po łbie za wygadywanie głupot przed południem.

– Oj uważaj, żebym ci go w nocy do domu nie wrzuciła.

– A! Czyli wierzysz, że jest niebezpieczny!

– Wystarczy, że ty wierzysz. Zejdź mi z oczu, bo nie ręczę za siebie!

Kołodziej ponarzekał trochę pod nosem, ale odszedł, wiedząc, że może mała, ale rękę ma ciężką. Jednak dom wciąż był obserwowany i co i rusz ktoś wsadzał łeb w okno. W końcu Modagwen narwała zielska w ogrodzie i zaczęła każdy wściubiony nos okładać tym wiecheciem, ale niewiele to pomogło. Gdy wszyscy porozchodzili się po domach na popołudniowy posiłek, Modagwen wymknęła się z domu z kociakiem i ruszyła do lasu. Jak dobrze, że u tradycyjnego wieśniaka zabobonny lęk zajmuje drugie miejsce po głodzie, bo nikt nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi.

Chata czarownicy niczym nie różniła się od ich chat. Tak samo była drewniana, kryta strzechą, z murowanym kominem. Otaczał ją warzywnik, a niedaleko była studnia. Przed dom wystawione było krzesło. Stało dokładnie w takim miejscu, by przez cały czas znajdować się w słońcu, gdyby akurat wyjątkowo nie padało. Czyli dokładnie w taki dzień jak ten.

– Oddam cię, to się uspokoją – powiedziała cicho do kota, głaszcząc go wciąż po łebku, a ten odpowiedział cichym miauknięciem. – Halo, jest tu kto? – krzyknęła, rozglądając się na boki. – Przyniosłam kota, chyba wam uciekł! – Ale nikt nie odpowiadał. Modagwen podeszła do drzwi i zapukała dziwaczną kołatką w kształcie liścia paproci. – Kot wam uciekł! – powiedziała zdecydowanym tonem i pchnęła drzwi.

Wnętrze chaty było przestronne i jasne. Na kominku leżały gotowe do podpalenia drwa, a przed nim stał duży fotel z przewieszonym przez oparcie kocem. W głębi, obok tylnego wyjścia było kilka szafek, nad którymi wisiały patelnie i rondle oraz suszyły się zioła. Słoiczki stojące na pułkach pełne były konfitur, soków i nalewek. Blaty były wyszorowane i wszystko miało swoje miejsce. Kuchnia zielarki, bo tak o starej kobiecie zawsze myślała logiczna Modagwen, nie mogła wyglądać inaczej. Baby z wioski mogły gadać co chciały, a i tak każdy wiedział, że przychodziły tutaj po różne lekarstwa, oferując w zamian swoją pomoc. Jej własna matka zaopatrywała się w mocną, ziołową nalewkę, która miała leczyć stawy, i w zamian za to cerowała zielarce ubrania. Ból stawów nie znikał, ale to pewnie dlatego, że matka zamiast wcierać, wypijała zawartość butelki. Ale oczywiście winna temu była czarownica, która ją oszukała. A mimo wszystko matka chodziła do niej regularnie.

Zrezygnowana podeszła do okien, by zerknąć, czy gospodyni nie zbiera ziół w cieniu lasu, ale nikogo tam nie było.

– Może zaraz wróci? – szepnęła do kociaka Modagwen.

– Nie wróci – usłyszała za sobą głos i aż podskoczyła ze strachu.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy