Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT TRZECI

Odwróciła się na pięcie z oczami zaokrąglonymi strachem, przypominającymi tkwiące wciąż w łupinach orzeszki laskowe. Szybko jednak strach przeszedł w orzechowe zdziwienie. Przy drzwiach frontowych stał może piętnastoletni chłopiec pełen łokci i kolan, zupełnie jak Chrupek, głodzony pies sąsiadów. Kiedyś go im zabierze! Psa, nie chłopca.

– Ale mnie wystraszyłeś – powiedziała bardziej do siebie niż do niego.

– Czarownicy nie ma – powtórzył, zupełnie ignorując jej słowa. – Poszła sobie. Raczej nie wróci – dodał nabzdyczonym tonem i skrzyżował ręce na drobnej piersi.

– Dlaczego ją tak nazywasz? Nieładnie jest tak brzydko mówić o babci.

– Ona nie jest moją babcią. – Zmarszczył brwi na poły w złości, na poły w zamyśleniu.

– Oj, przestań. – Machnęła na niego ręką Modagwen, a kot miauknął przytakująco. – A czemu miałbyś tu być, gdybyś nie był jej wnukiem? Tak w środku lasu, z dala od innych zabudowań? – argumentowała logicznie jak zawsze. Szybko jednak olśniło ją, że chłopiec, znając tutejszych ludzi, może się obawiać, że i jego posądzą o bycie czarownikiem. – Mnie się nie musisz bać, ja wcale nie wierzę, że ona jest czarownicą – powiedziała uspokajająco.

– Nie? – zainteresował się, a oczy zalśniły mu, jakby właśnie wymyślił, jak spłatać komuś figla. Słyszał już parę rzeczy o tej dziewczynie, o której gadała cała wioska. Ciekawe, czy to wszystko było prawdą. – Czemu? – spytał ostrożnie, jakby jeszcze nie był pewien, co zrobić z cisnącymi się do głowy pomysłami, ale na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. Na coś się w końcu zdecyduje.

– No przecież nie ma czegoś takiego jak magia. – Spojrzała na niego wyniośle, w irytująco protekcjonalny sposób.

– Tak, a ja nie jestem żywiołakiem – powiedział sarkastycznie i w jednej chwili zmienił swój wygląd tak, by zobaczyła jego prawdziwą formę. Mogła całe życie nie trafić na magiczne stworzenie, ale już on jej pokaże. Jeszcze się setnie ubawi, gdy dziewucha ucieknie krzycząc z przerażania.

Stał, patrząc na nią z wyzwaniem w oczach, gdy ludzka skóra zamieniła się w pokrytą drobnymi łuskami, ociekającą wodą rybią skórę, włosy pozlepiały się, upodabniając do wodorostów, a zakończone ostrymi pazurami palce połączyła błona pławna. Darował jej tylko widok skrzeli, bo poza wodą były dość kłopotliwe. I czekał. Czekał… Czekał…

– No nie jesteś, nie jesteś – powiedziała bez większego zainteresowania Modagwen i postawiła kociaka na ziemi. Ten jednak wystraszony widokiem żywiołaka zaczął się jej wspinać po nodze. – Co ci się stało, głupi kocie? – zdziwiła się Modagwen, biorąc go z powrotem na ręce i gładząc uspokajająco. – Nie jest wasz? – spojrzała z pytaniem w oczach na chłopaka… i nic. Nie krzyknęła, nie wystraszyła się, nawet się nie zdziwiła. Zupełnie, jakby jego wygląd się nie zmienił.

Chłopak zaczął oglądać swoje dłonie, wystraszony, że nawet umiejętność przemiany zniknęła, odkąd został sam na wysychającym bagnie. Jednak dłonie, ramiona, nogi, wszystko wyglądało tak, jak trzeba. Nadal był żywiołakiem wody.

– Żartujesz sobie ze mnie? – spytał, nie mogąc zrozumieć, co się tu dzieje.

– Przepraszam – powiedziała zaskoczona Modagwen. – Naprawdę myślałam, że jest wasz… To znaczy, że należy do twojej babci…

– Dobra, ja rozumiem, że jesteśmy na końcu świata i magia tutaj jest słabsza, ale to niemożliwe, że ona nie widzi mojej prawdziwej formy – mruczał do siebie. – Jej pobratymcy wierzą dostatecznie mocno, bym miał z czego czerpać… Co ja mówię, jestem żywiołakiem! Czerpię moc z natury! – krzyknął z wrogością i podszedł z groźną miną do tej dziewuchy, która najwyraźniej była krótkowzroczna. Spojrzał jej prosto w oczy, ze zdziwieniem stwierdzając, że nie jest od niego niższa. Zamrugał wewnętrzną powieką, ale najwyraźniej ta tępa idiotka nie widziała także z bliska. Może faktycznie zbyt mało w niej było wiary, by dostrzec tak niewielką zmianę. W końcu nadal wyglądał na chudego dzieciaka, tylko takiego wytarzanego w bagnie.

– Rozumiem, że babcia wyjechała, ale naprawdę jesteś już dostatecznie duży, by wiedzieć, że trzeba się myć – powiedziała cicho, odstępując od niego dwa kroki.

– Co? – spytał, nie dowierzając własnym uszom. Był stworzeniem pochodzącym z wody, o co jej chodziło z tym myciem?

– Śmierdzisz bagnem – powiedziała wprost i pomachała sobie ręką przed nosem, jakby chciała odgonić przykry zapach.

Chłopak patrzył na nią chwilę z zupełnym brakiem zrozumienia. W końcu jednak uśmiechnął się triumfalnie. Skoro czuła zapach bagna, to znaczy, że jednak zarejestrowała jego metamorfozę, chociaż nie tym zmysłem, co trzeba.

– Jak każdy żywiołak! – powiedział z zadowoleniem.

– Przestań już z tym żywiołakiem. Nie ma czegoś takiego.

– Tak? To jakim cudem twoi wzięli mnie za ciebie, gdy wyniosłem tego kota z drwalni i podrzuciłem ci go pod dom?

– A więc to ty! – wykrzyknęła, skupiając uwagę nie na tym, co trzeba. Jakie to typowe dla ludzi. – To by wiele wyjaśniało… – szepnęła, nagle rozumiejąc przynajmniej część z zachowań sąsiadów.

– No raczej! Zamieniłem się w ciebie.

– Ależ ty masz wyobraźnię! – zaśmiała się.

– Zaraz ci to udowodnię! – powiedział zawzięcie i ponownie zmienił wygląd. Jego policzki i podbródek stały się okrąglutkie, oczy zmieniły barwę na orzechową i zmniejszyły się nieco. Łokcie i kolana zniknęły w pulchniutkich rączkach i nóżkach, a posklejane włosy wydłużyły się, zaplatając magicznie w dwa warkocze. Nawet jego obdarte ubrania przemieniły się w prostą i schludną sukienkę.

W jednej chwili Modagwen stanęła niby przed własnym odbiciem, a mimo to nie zauważyła tej zmiany. Zmarszczyła groźnie wysokie czoło i, cedząc słowa, powiedziała:

– To, że wydmiesz policzki, nie znaczy, że wyglądasz jak ja.

– Co?!

– Nie przeszkadza mi moja waga. Jeśli chcesz się naśmiewać, to proszę bardzo.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie widzisz, że wyglądamy tak samo?!

– Widzę tylko tyle, że zachowujesz się jak smarkacz. Którym zresztą jesteś. – Tupnęła nogą, a kot, oniemiały, odkąd na jego oczach przerażająca ryba na dwóch nogach przemieniła się w miłą, karmiącą mlekiem Modagwen, miauknął niepewnie.

– Skrzatów też nie widzisz? Mylisz je z małymi ludźmi?

– Jakich znowu skrzatów?

– A Smoków?

– Nie ma czegoś takiego jak Smoki! – zdenerwowała się Modagwen.

– No przecież przynajmniej raz w miesiącu przelatują nad waszą wioską! – krzyknął żywiołak, znowu przyjmując formę chudego chłopca. – Na pewno jakiegoś widziałaś. I jak to sobie tłumaczysz? Że przelatuje nad tobą olbrzymia kura?

– Może babcia cię po prostu porzuciła, bo uznała, że jesteś nienormalny? – spytała w końcu, nie mogąc zrozumieć niczego z tego bełkotu o kurach.

– To nie jest moja babcia! – wrzasnął chłopiec i także tupnął nogą. – I mnie nie porzuciła. Po prostu ruszyła na spotkanie z innymi. Ale mówiła, że już tu raczej nie wróci.

– Trzeba ją koniecznie znaleźć – powiedziała natychmiast Modagwen, a jej twarz rozpromieniła się, jakby wpadła na jakiś genialny pomysł. Jeżeli jednak tak było, to świetnie zatuszowała to tym absurdem o szukaniu starej czarownicy.

– Co? – wybełkotał tylko, całkiem zbity z tropu.

– Przecież nikogo innego nie masz, skoro mieszkasz tutaj. Sam podróżować nie możesz, więc pójdę z tobą…

Zawahała się, ale przecież był to najlepszy pomysł, na jaki wpadła od bardzo dawna. W końcu i tak nikt jej tutaj nie potrzebował. Poszukiwania zielarki były idealnym pretekstem, by się wyrwać z wioski, o czym od jakiegoś czasu nieustannie myślała. Modagwen była prawie dwukrotnie starsza od chłopca, mogła więc nawet udawać jego matkę. A dzieciak koniecznie potrzebował jakiegoś opiekuna, bo najwyraźniej całkowicie już mu się mieszało w głowie od tego siedzenia samemu. A przecież w żadnej z okolicznych wiosek nie mógł liczyć na opiekę jako wnuk zielarki. Tak, trzeba było go stąd zabrać. Towarzystwo dobrze mu zrobi, a i jej się przyda odmiana. Szczególnie po tej hecy z kotem.

– Jutro ruszymy szukać twojej babci – powiedziała tonem mówiącym: „postanowione, nawet nie próbuj się kłócić”.

– Co?! – wykrzyknął po raz nie wiedział już który.

– Będę udawała twoją matkę… Mam już prawie trzydzieści lat, a podobno wyglądam na więcej.

– Nie bardzo – mruknął pod nosem i wycofał się kilka kroków, uznając, że zasłyszana opinia wieśniaków o jej stanie psychicznym jest jednak prawdziwa.

– Albo możemy mówić, że jestem twoją starszą siostrą. Wezmę moje dwa psy, to nikt nas nie zaczepi. I Chrupka, bo go tu wykończą…

– O czym ty…

– Jutro rano ruszymy. Mówiłeś, że wiesz, dokąd poszła twoja babcia?

– To nie jest moja babcia! – krzyknął w akcie desperacji, ale Modagwen wcale go nie słuchała, pochłonięta planowaniem szczegółów.

– Największy problem, to jedzenie, ale moje psiaki świetnie polują, a ja całkiem nieźle strzelałam z łuku. Na pewno jakoś sobie poradzimy… Przydałby się osioł.

– Czemu mam wrażenie, że mowa o mnie?

– Mówiłeś coś?

– Nigdzie się nie ruszam – spróbował, ale nic to nie dało. Modagwen wyglądała, jakby znalazła się w swoim własnym świecie. Mógłby nawet przysiąc, że widzi wokół niej jakąś dziwną bańkę utkaną z szalonych wizji wariatki.

– Jak masz na imię?

– Mgiełka – bąknął.

– No to, Mgiełko, wyśpij się, bo ruszamy z samego rana – powiedziała i wcisnęła mu w ręce czarnego kociaka. – I przyzwyczajaj się nazywać mnie siostrą Modagwen – dodała, uśmiechając się do niego przyjaźnie, co zraziło go nawet bardziej, niż cała dotychczasowa rozmowa.

Chwilę później już jej nie było, a żywiołak stał z czarnym kotem w rękach i zastanawiał się, co zrobić z tą wariatką i jej dziwnym pomysłem. Mógł w zasadzie zwyczajnie uciec i mieć to wszystko z głowy. Ale z drugiej strony wciąż miał do spłacenia dług u starej czarownicy. Poza tym, co mu przyjdzie z siedzenia tutaj, skoro starucha nie planowała wrócić.

– Może to nie taki głupi pomysł? – spytał kota. – Trochę postrzelona ta dziewucha, ale chyba nie głupia, nie licząc tego, że jest ślepa na magię…

Nagle go olśniło. Tyle lat próbował spłacić dług u czarownicy, pomagając jej we wszystkim, a nic to nie dało. Skoro ani on, ani stara nie wiedzieli, co zrobić, to może wpadnie na to Modagwen, która świat widziała w zupełnie inny sposób?

– W sumie, już mi się tutaj znudziło. Równie dobrze mogę się ruszyć – wzruszył ramionami i postawił kota na ziemi. Głupie stworzenie było całkiem spokojne, gdy żywiołak pozostawał w ludzkiej formie. A mimo wszystko było mądrzejsze od Modagwen!

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy