Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT CZWARTY

Modagwen nie przypuszczała, że tak genialny plan okaże się aż tak trudny do wcielenia w życie. Nigdy nie opuszczała wioski na zbyt długo. Nawet gdy jako dziecko uciekła, to w najbliższym miasteczku trafiła na sąsiadów, którzy odprowadzili ją tego samego dnia. Może dwa razy nocowała poza domem, gdy musiała udać się na targ do odległego miasta. Zwykle matka podróżowała z którymś z sąsiadów, czasem jednak stawy bolały ją tak bardzo, że zużywała więcej lekarstwa niż zwykle, a wtedy nie nadawała się już do niczego.

Ale dwudniowa podróż to było nic w porównaniu z opuszczeniem domu na… nie-wiadomo-jak-długo. Gdzieś w zakamarkach podświadomości czaił się pomysł na to, by nigdy nie wrócić, ale niewiele to zmieniało w obecnej chwili. Czy wyruszała na kilka tygodni czy na całe życie, musiała zabrać tak samo dużo rzeczy.

– Potrzebuję osła, mamo – powiedziała znad talerza, gdy wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy zdołała zapakować w dwa mocne wory służące do transportowania mąki.

– Gdzie kot? Utopiłaś? – spytała z nadzieją matka.

Modagwen spojrzała na nią w zamyśleniu. Nie zdziwiła jej ta postawa, w końcu matka była normalna, taka jak wszyscy. Ale jej pytanie postawiło pod znakiem zapytania los kociaka. Czy Mgiełka… – Co za idiotyczne imię! Chyba ją nabierał. – …zabierze zwierzaka ze sobą? Kociak był za mały, by zostać sam i to w pobliżu tych wszystkich zabobonnych ludzi, ale był też za mały, by z nimi ruszyć… Swoją drogą, ciekawe czy Chrupek da radę? Najwyżej będą robić więcej przerw.

– Dziewczyno, mówię do ciebie!

– Nie martw się, kota już nie ma w okolicy.

– Co to znaczy? – spytała podejrzliwie kobieta, wiedząc, że córka nie raz oszukała wszystkich, mówiąc te swoje pół-prawdy. – Oddałaś go czarownicy?

– Zabieram go ze sobą. A zielarka gdzieś zniknęła.

– I dobrze! – wykrzyknęła radośnie matka, ale chwilę potem wykalkulowała, że nie ma co liczyć na tanie lekarstwo i trzeba będzie rozejrzeć się za bimbrem. Biednemu zawsze zwiążą nogi – pomyślała z niechęcią. – Kiedy wracasz?

– Nie wiem – przyznała Modagwen.

– Jakbyś wracała, to pamiętaj, że bolą mnie stawy – powiedziała, spoglądając znacząco.

– A co z osłem?

– A na co mi ten twój osioł?

Modagwen spojrzała na matkę. Faktycznie, osioł był jej. Pomagał jej czasami ciągnąć większą zwierzynę, którą wystawiły jej psiaki. Tylko dzięki temu jakoś wiązały z matką koniec z końcem. Czy ona sobie bez niej poradzi? Ale spojrzała na wydłubującą kawałek mięsa spomiędzy zębów kobietę i wzruszyła ramionami. Taka kolej rzeczy – dzieci opuszczają rodziców, a ci jakoś muszą żyć dalej. Poza tym matka miała dwie siostry i trzech braci, u których ciągle przesiadywała. Modagwen nie była jej do niczego potrzebna. Były sobie obce, odkąd skończyła dziesięć lat…

– Czy chcesz, by coś zrobić? Bo wyruszam z rana.

– Mogłabyś nanieść wody – powiedziała rzeczowo matka. – I nakarmić rano prosiaki.

– Nakarmię – przytaknęła.

– I dokończ naprawiać tę sukienkę, którą zaczęłaś. Wiesz, że nie lubię rozgrzebanej roboty.

– Już prawie skończyłam. Będzie gotowa do oddania.

– No i dobrze.

Spojrzała na córkę w jakimś zamyśleniu. To nie tak, że jej nie lubiła. Po prostu się nie dogadywały. Modagwen zachowywała się czasem jak wariatka, ale w gruncie rzeczy była dobrą i mądrą dziewczyną… w zasadzie już kobietą. Tylko odkąd skończyła dziesięć lat i zaczęła tak się upierać, że nie ma żadnej magii, ciężko było z nią wytrzymać. Od rana do nocy tylko ciągłe: „Mamo, przestań pluć przez ramię, to nic nie daje!”, „Mamo, to tylko zwykła żaba, nie ma chochlików!”, „Mamo, to tylko pies, zostaw go!”. Strach było puścić ją samą, by jakiś „pies” nie utopił jej w bagnie. Trzeba było zamykać ją w domu, by nie włóczyła się po okolicy. Strach o dziecko w końcu jednak przerodził się w niechęć. Skąd więc ten nagły smutek?

– Nie wrócisz już, co?

– Nie wiem, mamo – powiedziała szczerze.

W młodości matka Modagwen była bardzo piękną dziewczyną, o gęstych, kręconych włosach koloru miedzi i brązowych, wesołych oczach. Jej pociągła twarz nadal nosiła znamiona ogromnej urody, chociaż obecnie była blada i poznaczona zmarszczkami, wyrzeźbionymi grymasem chronicznego bólu stawów. Kiedyś wysoka, teraz garbiła się od pracy, a stawy rąk były już trochę powykręcane. Córka w żadnej mierze nie była do niej podoba z tą swoją tuszą i niskim wzrostem. Tylko kolor ich włosów wydawał się być podobny, gdy czas odebrał już puklom matki dawny blask.

– Mówiłam ci o ojcu?

– Niewiele – zdziwiła się Modagwen. Odkąd pamiętała, matka ignorowała każde pytanie o ojca.

– Może go tam znajdziesz – powiedziała enigmatycznie matka, a jej zmęczone oczy nabrały jakiegoś smutnego wyrazu.

– On żyje?

– O tak, na pewno! – zapewniła ja matka i odgarnęła włosy z twarzy, dyskretnie zasłaniając dłonią uśmiech.

– Wiesz coś o nim?

Kobieta pokręciła tylko głową. Jedyna rzecz, jaką o nim wiedziała, nie przyda się córce. Zresztą mówiła o tym tyle razy, a Modagwen tylko wywracała oczami, słysząc te historie. W końcu przestała opowiadać i zbywała milczeniem wciąż ponawiane pytania.

Modagwen już chciała spytać, o czym matka myśli, ale chwila prysła, gdy młynarz wsadził łeb do pokoju.

– Co z kotem?

– Zabierze go ze sobą – powiedziała krótko matka znajomym, zrzędliwym głosem. Ale przez krótką chwilę, przez ułamek sekundy Modagwen miała wrażenie, że patrzy na nią porozumiewawczo, jakby dzieliły tajemnicę.

– Umrzemy! Wszyscy umrzemy! – zabiadolił młynarz, drżąc na samą myśl o nadejściu nocy.

– Kiedyś na pewno… – mruknęła pod nosem Modagwen i ruszyła po wiadro na wodę.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy