Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIĄTY

To były najnudniejsze dni w życiu Modagwen! Nic tylko szła, jadła, szła, jadła… Psiaki miały z tego wszystkiego więcej radości niż ona. Nawet osioł wyglądał na bardziej zadowolonego od niej, chociaż nic tylko szedł i skubał trawę.

Cała wizja pełnej przygód podróży, ciekawych miejsc, interesujących rozmów legła w gruzach, gdy po dwóch dniach enigmatycznych odpowiedzi na jej pytania, Mgiełka w końcu wydusił, że najbliższe miasto na ich trasie jest jakieś dwadzieścia dni drogi od nich i do tego trzeba okrążyć bagna. Wtedy Modagwen dała za wygraną. Nie mogła dłużej czekać, aż stanie się „coś”. Aż pojawi się ktoś na drodze, albo Mgiełka w końcu rozpocznie rozmowę. Dzieciak był strasznie małomówny, a Modagwen nie chciała go na siłę zmuszać do rozmowy. Ale dwa dni spędzone na ciągłym marszu, zabawie z psami, polowaniu, pieczeniu i spaniu w końcu dały się jej we znaki i Modagwen zaczęła paplać.

Potok jej słów zdawał się nie mieć końca. Opowiadała o wszystkim, co tylko przyszło jej do głowy. Najpierw mówiła o sąsiadach, którzy może upierdliwi i zabobonni, ale byli miłymi i pomocnymi ludźmi. Opowiadała o organizowanych regularnie zabawach i tańcach, o wyścigu świń, w którym kiedyś wystawiały z matką swoje prosiaki, o zbieraniu owoców w lesie w równonoc jesienną, i o tym jedynym razie, gdy mała Lucy wytarzała się ze swoim ukochanym w krzakach jeżyn i nie mogła potem siadać przez kilka dni…

W końcu Modagwen zaczęła opowiadać o sobie. O tym, jak dawno temu jak każdy dzieciak wierzyła w te wszystkie dziwne magiczne historie i na widok małych zwierzątek buszujących w paprociach wołała „elfy”, a cień rzucany przez chmury przypisywała Smokom. Opowiedziała o tym, jak w wieku trzynastu lat uciekła z domu na zachód, gnana jakąś dziwną potrzebą przeżycia przygody… Trochę tak, jak teraz…

– Ale już w pierwszej wsi trafiłam akurat na dwóch sąsiadów, którzy pojechali tam na targ i zabrali mnie z powrotem – powiedziała z westchnieniem żalu.

Innym razem opowiedziała o tym, jak przygarnęła swoje dwa psiaki: ogromnego i bardzo spokojnego doga o imieniu Bąbelek i zadziornego jamnika Gryzeldę, która, gdy tylko się zmęczyła, uwielbiała jeździć na grzbiecie osiołka Kłosa. Miała nawet specjalny wiklinowy koszyk, by nic jej się nie stało.

– A Chrupka zabrałam sąsiadom, bo go głodzili – powiedziała, głaszcząc rudego kundelka, który podbiegł na dźwięk swego imienia. – A teraz wygląda już lepiej. I jak nabrał energii, tak, Chrupeczku? – dodała świergoczącym głosem, jak zawsze, gdy mówiła do psów. – W sumie w domu nie było tak nudno – stwierdziła w końcu, porównując tę swoją wymarzoną przygodę ze wszystkim, o czym opowiadała od kilku dni milczącemu Mgiełce. – Wtedy przynajmniej czasem ktoś się do mnie odezwał.

Ale nawet na takie zaczepki chłopak nie reagował. Szedł obok Kłosa i wpatrywał się w ziemię, jakby nigdy nie widział niczego ciekawszego. W chlebaku, jedynej rzeczy, jaką ze sobą zabrał, trzymał czarnego kociaka i głaskał go co jakiś czas. Dzieciak w ogóle nie był przygotowany na tę podróż. Gdyby nie Modagwen, spałby na ziemi. Dobrze, że postanowiła mu pomóc znaleźć babcię. Zupełnie nie radził sobie sam.

– A jak miałam piętnaście lat – podjęła, gdy cisza zaczęła jej ciążyć – w starym domku drwala zamieszkała twoja babcia.

– To nie jest moja babcia – powiedział cicho Mgiełka, jak zawsze, gdy Modagwen wspominała o tym fakcie. Ale i ona nie reagowała na jego zaczepki.

– To zabawne, bo wszyscy się jej bali, a jednocześnie każdy chodził do niej po pomoc. Bo u nas nie ma medyka. Był kiedyś… – Jak zawsze płynnie przeszła do kolejnego tematu. – …ale jak byłam bardzo mała, to umarł nagle, a żadne z dzieciaków się u niego nie uczyło. Potem już nikt inny nie przyszedł na jego miejsce. Mało kto do nas przychodzi. Mój ojciec też pojawił się znikąd i tak samo sobie odszedł. Jak miałam trzy lata.

Mgiełka wciąż wbijał wzrok w ziemię, gdzie pod nogami kręciła mu się Gryzelda. Modagwen tymczasem spojrzała na zielony wisior. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką dziewczyna widziała w życiu. Kamień miał kształt nierówno ociosanej kropli. Był przeźroczysty, ale w środku miał skazę, która wyglądała jak chmura pyłu. Gdy z samego rana, tak jak obiecała, poszła nakarmić świnie, znalazła go na drzwiach chlewu z krótkim liścikiem od matki:

Należał do Twojego ojca.

Nie wiedziała, czemu matka oddaje jej jedyną pamiątkę po człowieku, który kiedyś był dla niej ważny, a którego sama Modagwen prawie nie pamiętała, ale zrobiło jej się bardzo miło, gdy zobaczyła, że matce jednak nie jest obojętne to, czy córka odchodzi, czy nie.

– Może kiedyś go spotkam. Mama mówi, że jestem do niego podobna…

***

To były najciekawsze dni w życiu Mgiełki! Pierwsze były co prawda ciężkie, bo Modagwen strasznie się rządziła: Teraz musimy coś zjeść! Co to jest, wypluj tę żabę! Nie możesz spać na ziemi! Chrupek jest zmęczony, zobacz, ledwo człapie! Ja też jestem zmęczona, musimy się zatrzymać. Osioł się zmęczył, zrobimy postój. Oczywiście, że musimy jeść trzy posiłki! Ty też musisz jeść trzy posiłki, jeszcze rośniesz! Co ci się nagle tak spieszy? Tu jest ładnie, zostaniemy dłużej. Wypuść kota, niech pobiega! Weź kota, bo o nim zapomnisz. Umyj się!

Po tej walce o dominację, której oczywiście nie przegrał, a tylko pozwolił tej głupiej Modagwen tak myśleć, wszystko jakoś zaczęło się układać. Dziewczyna opowiadała bardzo ciekawe historie. Była wręcz kopalnią anegdot, a usta się jej nie zamykały. Słuchał z zaciekawieniem i w pełnym skupieniu, grzecznie pomrukując na znak, że jest zainteresowany treścią. Czasami tylko Modagwen rzucała jakieś kąśliwe uwagi na temat jego małomówności, jakby szukała zaczepki. A przecież był żywiołakiem, a żywiołaki nie są erudytami i nie mówią dużo! Tylko że ona ciągle się upierała, że nie ma czegoś takiego jak żywiołaki i magia, i że czarownica jest jego babcią. Strasznie go to denerwowało, bo nie przepadał za staruchą.

Ale poza tymi nielicznymi wybrykami Modagwen, bardzo przyjemnie mu się z nią podróżowało. Zainteresował go też fakt, że dziewczyna nie pamięta swojego ojca, a ilekroć o nim wspomina, patrzy na kamień, który jej zdaniem wcale nie jest magiczny. To utwierdziło Mgiełkę w przekonaniu, że fakt, iż ta dziwaczka nie widzi świata takim, jaki jest, musi być wynikiem jakiegoś potężnego zaklęcia, i być może sam ojciec je na nią rzucił. Może nawet przypadkowo, skoro, opuszczając tę zapadłą wieś, zostawił w niej tak cenny przedmiot.

Mgiełka, jako magiczne stworzenie bardziej czuł, niż rozumiał zawiłości magii, ale znał kogoś, kto z pewnością byłby w stanie rozwiązać tę zagadkę, która zaczęła go strasznie intrygować. I właśnie razem z Modagwen tego kogoś szukali.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – wyrwała go z zamyślenia Modagwen.

Przytaknął cichutkim mruknięciem, ale ona jak zwykle nie usłyszała, tylko wzruszywszy ramionami zaczęła opowiadać o tym, jak Cylka wpadła do stawu, bo nie chciała dać jakiemuś capowi skonsumować swojego wianka z koniczyn i mleczy. Mgiełka śmiał się w duchu, wyobrażając sobie, jak głupie ludzkie dziecko obrywa od capa tylnym kopytem, ale, znając drażliwość ludzi, na zewnątrz zachował pełen spokój.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy