Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

I Modagwen i Mgiełka byli pod wrażeniem tego, jak wygląda miasto. Nigdy dotąd nie zdarzyło im się być w żadnym, ale oczywiście oboje mieli jakieś swoje wyobrażenia na ten temat – ciekawym zbiegiem okoliczności: całkiem podobne.

Modagwen sądziła, że w mieście jest po prostu więcej ludzi i budynków, że słabiej zna się swoich sąsiadów, bo jest ich po prostu zbyt wielu, i że są oni mniej zabobonni. Wszystko zdawało się zgadzać poza tą zabobonnością. Na niemal każdym rogu widziała jakieś podejrzane kapliczki, albo słupy pokryte dziwacznymi symbolami lub przybrane kwiatami. A jeden budynek, który w pierwszej chwili uznała za rodzaj zabudowanego rynku, gdzie bez względu na pogodę odbywać by się mogły wszelkie zabawy i uroczystości, wypełniony był dziwnie poruszającymi się i mruczącymi ludźmi. Nie musiała znać tej obcej wiary, by wiedzieć, że jest to kolejny „magiczny rytuał”, który miał przed czymś obronić, lub zrobić inną wymyśloną rzecz.

Mgiełka także nie spodziewał aż się takiego nagromadzenia różnych obrządków. Wiedział, że nie tylko czarownice raz na jakiś czas zbierają się w grupy i coś tam robią, by zwiększyć swoją moc, ale to, co zobaczył w Kunam’Duru – jednym z dziesięciu miast kasztelańskich, znajdujących się pod bezpośrednią jurysdykcją Królowej – przeszło wszelkie jego wyobrażenia. Nie lubił tłoku i zgiełku, był stworzeniem magicznym czerpiącym siłę z natury i zamknięcie w miejskich murach było dla niego przeżyciem nie całkiem komfortowym. Z drugiej strony różnego rodzaju magia, którą wyczuwał w powietrzu, fascynowała go w jakiś niesamowity sposób. To nie było obrzeże, z którego razem z Modagwen pochodzili. Tutaj wiara w magię była skondensowana tak bardzo, że mimowolnie wypatrywał samoistnych czarów, które mogły pojawiać się niczym wyładowania elektryczne w czasie burzy. Nic takiego jednak się nie działo. Miasto było chronione przed podonymi wypadkami przez gęstą sieć magicznych słupów modlitewnych.

– Co dalej? – spytała chyba po raz pierwszy wszystkowiedząca Modagwen, gdy znaleźli się w końcu na placu miejskim, otoczeni ludźmi, którzy zdawali się ich nie dostrzegać.

– Twoje zwierzęta mają już nocleg – przypomniał jej o pozostawionych w podmiejskich psiarniach i stajni pupilach. – Chyba trzeba znaleźć jakiś dla… nas – powiedział, by znowu nie musieć się z nią kłócić o to, że śpi nie tak, jak ludzie.

– To pewnie kosztuje, a ja nie mam czym zapłacić… To znaczy mam jakieś pieniądze – wytłumaczyła się natychmiast. – Ale nie wiem, czy wystarczy na nocleg i jedzenie. To wszystko wygląda… drogo – przyznała po chwili z wahaniem.

– Mogę to załatwić – powiedział, ciesząc się na samą myśl o tym, jak ludzie zareagują na samotnego żywiołaka w samym środku kasztelańskiego Kunam’Duru.

– A niby jak? – spytała Modagwen zrezygnowana. – Chodź, poszukamy jakiejś mniej wystawnej dzielnicy…

– Biedacy mieszkają zawsze na północnych krańcach miast – powiedział tonem znawcy. Kiedyś stara czarownica opowiadała mu o miastach, a on udawał, że nie słucha. Ciekawe, czy już wtedy planowała zniknąć, wiedząc, że Mgiełka będzie jej szukał? Czarownice pod pewnymi względami były bardziej złośliwe od żywiołaków, a planowanie sprawiało im zawsze dużo przyjemności, mogła więc już od dawna wiedzieć, że będzie przez to wszystko przechodził. Mogła to zaplanować. Mogła nawet teraz czaić się za rogiem i śmiać złośliwie!

– Co się tak rozglądasz?

– Nie rozglądam się – powiedział, przeczesując wzrokiem tłum, ale czarownicy nigdzie nie było. Czy popadał w paranoję od tego natłoku wrażeń i odizolowania od lasu?

– Chodź, zobaczymy, czy masz rację.

Tak jak opowiadała czarownica, miasto było podzielone na kwartały, których dostęp do różnych udogodnień sanitarnych czy zaopatrzeniowych był wyznacznikiem ceny zakwaterowania a zatem także zamożności mieszkańców. Północne tereny położone na piachu, z dala od rzeki, z jednym tylko placem handlowym były najbardziej niegościnnym miejscem, jakie Modagwen widziała w życiu. Nawet jej biedna wieś prezentowała się lepiej od tego obrazu nędzy i rozpaczy. Przed żadnym z kamiennych domów nie było ogródka, bo po prostu nic nie rosło na tym piachu. Wodę z rzeki doprowadzono tutaj wąskim kanałem i tylko garstka budynków była podłączona do tego wątpliwej jakości źródła, co na tle innych części miasta było przykrym wyjątkiem. Zamiast tych dziwacznych słupów dzielnica była pełna podobnie ozdabianych głębokich studni, większość jednak już dawno wyschła. Ludzie czerpali wodę z małych zbiorników znajdujących się przy ogrodzonym kanale.

– Strasznie tu smutno – powiedziała Modagwen, gdy w końcu udało im się znaleźć jakiś tani nocleg. Pokój był ciemny i unosił się w nim śmieszny zapach. Nagle tak samo jak Mgiełka poczuła się, jakby została zamknięta.

– Długo chcesz tu zostać?

– Nie! – wykrzyknęła natychmiast. – Mówiłeś, że dokąd udała się twoja babcia?

– To nie jest…

– No dobra, dobra, ale dokąd poszła?

– Wydaje mi się, że zlot jest w leśnej świątyni na zboczu Huntnei.

– Jaki zlot?

– Czarownic. No to chyba oczywiste? – powiedział z wyzwaniem w oczach, zakładając ręce na piersi. – I zanim powiesz coś więcej, ona nie jest moją babcią tylko…

– Szczur! – wrzasnęła Modagwen i wskoczyła na krzesło.

– Co?

– Szczur! Tu był szczur! Taki wielki! – krzyczała. – Teraz wiem, czemu nie ma przechowalni dla kotów. Wypuść go! Niech go pożre!

– To mały kot. Nic nie zrobi dorosłemu szczurowi – zdziwił się Mgiełka i pogłaskał śpiącego w sakwie kota. – Zejdź z tego krzesła, bo zaraz się pod tobą zarwie…

– Ja nie zejdę do tego szczura…

– Co każe ci wierzyć, że szczur nie da rady wejść na to krzesło?

Modagwen zawahała się, bo odpowiedź nie była taka oczywista. Szczury chodziły po murach, jaki problem miała stanowić wspinaczka na krzesło? Myślała gorączkowo, wypatrując na brudnej podłodze wroga.

– Będę miała więcej czasu na reakcję – powiedziała, wytrzeszczając oczy do granic możliwości.

– I co zrobisz, skoro nie masz nawet miotły, żeby go przegonić?

Na to nie było odpowiedzi. Modagwen, niby ogłuszona przez to rzeczowe pytanie Mgiełki, zeszła z krzesła i rozejrzała się za jakimś kijem, ale w pokoju poza stołem, kilkoma krzesłami i dwoma siennikami niczego więcej nie było. Nakazała sobie zachować spokój, ale głos jej wciąż drżał, gdy się odezwała:

– Ty się nie boisz?

– Czemu? Jestem żywiołakiem… Jestem! – uciszył ją, nim zaczęła znowu te swoje głupoty o tym, co istnieje a co nie. – Nie boję się żadnych zwierząt. Poza tym czarownica miała u siebie szczura i wiem, że to bardzo mądre stworzenia. Nie pchają się na pewną śmierć. Pewnie po prostu przechodził obok.

– Przechodził obok, dobre sobie – prychnęła Modagwen.

– Możesz nie wierzyć w magię, ale chyba nie sądzisz, że zwierzęta nie myślą, tylko czyhają na ciebie w ciemnych kątach?

– No…

– Jeżeli tak, to czym różnisz się od tych, którzy zastraszyli małego kota, bo bali się, że należy do czarownicy?

Modagwen przez chwilę udawała rybę, na zmianę otwierając i zamykając usta. W końcu zrobiła nabzdyczoną minę, ale nic nie powiedziała. Mgiełka miał rację. Była tak samo uprzedzona do szczurów, jak ludzie z jej wsi do tego kociaka, którego Mgiełka miał w sakwie. Co prawda kociak nie był tak paskudny, jak ten wielki gryzoń, który przemknął jej między nogami… Ale przecież szczur nic nie zrobił poza tym przemknięciem. A mógł!

– Idę na spacer, to miejsce źle na mnie działa – powiedziała w końcu, ale głos nadal zdradzał, że jest o coś zła. Mgiełka wzruszył tylko ramionami i położył się na jednym z sienników.

– Mi nie przeszkadza bardziej niż reszta miasta – mruknął do znikających w drzwiach pleców Modagwen. A po kilku minutach ciszy krzyknął na całe gardło: – Nareszcie! Jak ja tęskniłem za spokojem! – I z błogim uśmiechem na twarzy pogrążył się w płytkim śnie.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy