Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT SIÓDMY

Opuściwszy północny kwartał Modagwen ruszyła do centralnej części Kunam’Duru, chcąc otrząsnąć się nie tylko ze spotkania ze szczurem, ale i z tego nielogicznego przeświadczenia, że jest to okropne i podstępne stworzenie. Nie było jej łatwo, bo szczur wzbudzał w niej obrzydzenie, ale jeszcze gorzej czuła się na myśl o tym, że jest nieracjonalna. W zasadzie łatwiej jest znieść jedną noc z grasującym po pokoju szczurem, niż całe życie w przekonaniu, że jej racjonalność jest tylko złudzeniem.

– To tylko szczur. Szczur mi nic nie zrobi. On boi się mnie bardziej niż ja jego – powtarzała sobie, chodząc wąskimi uliczkami Kunam’Duru. – On pewnie po prostu nie spodziewał się, że ktoś jest w pokoju. Może to miły szczur. Może nawet dałoby się go czegoś nauczyć. Czarownica miała szczura i był mądry… – Zatrzymała się wpół kroku. – Zaraz! Jaka czarownica? Nie ma czarownic. Niech to, przez tego szczura miesza mi się w głowie! – wykrzyknęła i rozejrzała się na boki. Ale najwyraźniej w mieście nikogo nie dziwiło, że młoda kobieta mówi do siebie.

Co za dziwne miejsce – pomyślała i ruszyła dalej, odganiając od siebie myśli o podstępnych szczurach i nieistniejących czarownicach. Ale otaczająca ją rzeczywistość była równie wymagająca i pokręcona. Na każdym kroku widziała ludzi, których stroje lub dziwne malunki na ciele wskazywały przynależność do różnych grup etnicznych, wyznaniowych albo jeszcze innych, których istnienia Modagwen nawet nie podejrzewała. Widziała różnice między nimi, ale nic one jej nie mówiły. I chociaż prawdopodobnie w duchu wyśmiałaby ich niemądre poglądy, to źle czuła się ze swoją niewiedzą. W domu zabobonne lęki sąsiadów mogły być nieinteresujące, ale znała je wszystkie, bo w dzieciństwie karmiono ją tymi samymi bzdurami. Jednak tutaj, otoczona obcymi ludźmi chciała wiedzieć, co kryje się za ich dziwnym zachowaniem i wyglądem. Nagle obce obyczaje wydały jej się interesujące. Na przykład, czemu te trzy dziewczyny wiązały sobie wstążki we włosach? Czy chciały jedynie ładnie wyglądać, czy wiązało się z tym jakieś głębsze przesłanie? Czy były nowicjuszkami w jakimś zakonie? A może w ten sposób obchodziły jakieś święto natury? A może…

– Przepraszam – odpowiedziała odruchowo, gdy wpadła na kogoś. Spojrzała na młodą kobietę, która nawet nie zareagowała na jej słowa, tylko pognała dalej, powiewając za sobą czerwoną szatą, wyszywaną maleńkimi dzwoneczkami, których cichy metaliczny dźwięk wyraźnie odcinał się od gwaru ulicy.

Modagwen patrzyła za nią jakiś czas, a myśli pomknęły wąskimi uliczkami prosto do jej rodzinnej wioski, za którą nagle bardzo zatęskniła. Pamiętała swoje dwie przyjaciółki z dzieciństwa, z którymi chodziła do kowala, prosząc o podobne dzwoneczki. Wtedy wierzyły, że cichy dźwięk maleńkich instrumentów przywoła magicznych mieszkańców lasu. Gdy rodzice byli zajęci, chodziły nad strumień i dzwoniły nimi zawzięcie, wypatrując po krzakach jakiegoś ruchu, ale nic to nie dało. Dźwięk dzwonków nie przywołał żadnych stworzeń, nawet tych niemagicznych. Potem wszystkie trzy dorosły i przestały chodzić do lasu. Modagwen już nie wierzyła, a jej przyjaciółki za bardzo się bały, zdobywszy lepszą wiedzę o tym, co kryje się w lasach.

W końcu przypomniała sobie, że te same przyjaciółki zostały pogryzione przez szczury, które zadomowiły się w starym domu medyka. Trzeba było przewieźć je do sąsiedniej wioski, tak bardzo były chore. Wtedy okazało się, że szczury przenoszą choroby i że należy dbać o opuszczone domy, by nie było w nich brudu. Modagwen miała prawo nie lubić szczurów. Nie była w swym lęku zabobonna. Ale z jakiegoś powodu założyła, że wszystkie szczury są złe i nie potrafiła myśleć o nich inaczej. Czy to znaczyło, że jest taka sama jak inni, bojąc się czegoś, co wcale nie musiało być prawdą? A może to oni byli podobni do niej? W końcu nie każdą polną mysz brali za chochlika i nie każdą chmurę nazywali Smokiem. Była jakaś logika w ich zachowaniu: wszyscy identyfikowali te same stworzenia i zdarzenia jako magiczne. Była w tym pewna powtarzalność…

Modagwen zatrzymała się i spojrzała przed siebie, czując, że racjonalne wytłumaczenie wymyka jej się z rąk, i wtedy zobaczyła ogromne jajo o błyszczącej, niebieskiej powierzchni, przybrane girlandami kwiatów. Podeszła do niego jak zauroczona. Wiedziała, była przekonana… Bo przecież nie było innej możliwości: jajo musiało być rzeźbą. Ale przez chwilę Modagwen miała wrażenie, że jest prawdziwe. Przez ułamek sekundy chciała, by było prawdziwe. Wyciągnęła dłoń i położyła ją na chropowatej powierzchni i poczuła coś dziwnego, jakby jajo drżało delikatnie. A potem pękło.

Modagwen wystraszyła się i rozejrzała na boki, ale nikt nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Z przerażeniem spojrzała na jajo, które wyglądało jak rozchylający płatki tulipan, oplątany kolorowym nićmi pajęczyny.

– No pięknie, Gwen, zniszczyłaś je.

Uciekaj! Uciekaj! – zaczęło jej dzwonić w uszach… nie, w głowie. Potulnie usłuchała tego naglącego głosu rozsądku i krokiem, który miał niczego nie zdradzać, czyli jakby wciśnięto ją w gorset i postawiono na szczudłach, wmieszała się w tłum.

W głowie jej się kotłowało, ale myśli te nie miały żadnego sensu. Niebieskie jaja unosiły się na grzbietach szczurów, niczym w sennym koszmarze, a przecież nie śniła. Właśnie uciekała z miejsca zbrodni, przed ludźmi, którzy wcale jej nie gonili, którzy w ogóle nie wiedzieli, że zrobiła coś złego.

Już jesteś bezpieczna – przemknęło jej przez głowę, na końcu tego pochodu szczurów i jaj. Dysząc ciężko, oparła się o mur jakiegoś budynku. Dziewczynki ze wstążkami we włosach przeszły obok niej, śmiejąc się cichutko, jakiś mężczyzna rzucił jej niechętne spojrzenie, starszy pan zachwiał się i złapał ją za tyłek, by utrzymać równowagę. Ludzie mijali ją, ale prawie nikt nie zwracał na nią uwagi – ot, kolejna niepierwszej świeżości kobieta zmęczyła się od noszenia nadmiaru kilogramów. Była bezpieczna. Nikt niczego od niej nie chciał, nikt jej w zasadzie nie zauważał.

– To strasznie smutne – szepnęła w końcu, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo się jest anonimowym w obcym mieście, którego mieszkańcy się nie znają.

Świat jest wielki – pomyślała znowu. – Ludzie skupiają się tylko na tym, co znane. Obcy ich nie interesują.

Chyba, że mogą być groźni – weszła w rozmowę z samą sobą. – Magiczne stworzenia na przykład mogą być takim ucieleśnieniem lęku przed tym, co nieznane, nad czym nie ma się kontroli.

Ale czy na świecie nie ma wystarczająco wielu rzeczy, których można się bać? Dzikie zwierzęta, kamienne lawiny, burze, powodzie… Po co jeszcze magiczne stworzenia? – zdziwiła się tym niepodobnym do siebie tokiem myślenia. Ale jedyną odpowiedzią, jaką usłyszała w swojej głowie, był śmiech. Z kogo się śmiała? Z samej siebie?

– Niech to, co ten przeklęty szczur ze mną zrobił! – zdenerwowała się i tupnęła nogą.

Ale do północnej dzielnicy wracała z jakimś nowym przekonaniem, że wiara w magię sprawia, że ten straszny świat jest przynajmniej ciekawy. Czemu wcześniej na to nie wpadła? Czy nie łatwiej byłoby jej dogadywać się z sąsiadami, gdyby tak podchodziła do ich poglądów, a nie nagminnie ich krytykowała?

– Otrząsnęłaś się z tego szczura? – spytał zaczepnie Mgiełka. Chwila samotności dobrze wpłynęła na jego humor. Znowu miał chęć do psot, jak na żywiołaka przystało.

Spojrzał na Modagwen, chcąc jej powiedzieć, że szczur mieszka w pokoju obok z całą swoją wielopokoleniową rodziną, ale nie odezwał się. W Modagwen coś się zmieniło. Miał wrażenie, że widzi przy niej jakiś dziwny cień… ale nie taki przygnębiający, wręcz przeciwnie – Modagwen wyglądała na weselszą niż kiedykolwiek wcześniej.

– Jakoś sobie z tym poradzę. To tylko szczur, nie? – powiedziała tylko.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy