Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT ÓSMY

Miasto za dnia było hipnotyzujące z tymi wszystkimi kolorami, ciągle spieszącymi się ludźmi i obcymi dźwiękami ich słów i zaklęć. Nocą urzekało delikatnym światłem latarni wiszących nad ulicami i tych stojących wokół placów, ci sami ludzie, którzy w ciągu dnia gnali w sobie tylko znanym kierunku, nocami nabierali tajemniczego wyrazu oświetleni chłodnym latarnianym blaskiem, a wesołe dźwięki niosły się echem między budynkami, mieszając się w zupełnie inny, bardziej harmonijny niż za dnia sposób. Ale o świcie miasto nie miało żadnego uroku. A przynajmniej nie dla Mgiełki, wyciągniętego spod koca wbrew własnej woli. Wszystko było teraz dla niego szare i niesprawiedliwe.

– Do tej pory nie przeszkadzało ci poranne wstawanie – warknęła Modagwen, która z niewyspania robiła się zgryźliwa. – Co, przyjemnie spać pod dachem? Nie chce się znowu nocować pod gołym niebem? – Spojrzała na Mgiełkę, który tylko z pozoru zachowywał się tak samo jak wcześniej. Ale podróżowali razem już wystarczająco długo, by Modagwen nauczyła się rozpoznawać w jego skromnej mimice różne grymasy. Jedynym wyjątkiem był złośliwy uśmiech, ten rozpoznawał u dzieciaka każdy, kogo spotkali na drodze. Wszystkie inne emocje prawie nie zmieniały jego oblicza.

– Żywiołaki nie nadają się do miasta – powiedział sennie, ignorując wywracającą oczami Modagwen. – Szybciej się męczę z dala od lasu, potrzebuję więcej snu.

– Zaraz będziemy w lesie, to akurat się podładujesz – powiedziała złośliwie, machając ręką na te jego niedorzeczności. Jak chciał się upierać, to ona nie będzie mu w tym przeszkadzała. Widocznie chłopak lepiej się czuje z tymi wymyślonymi historiami. Odda go babce i już!

I co dalej? Dokąd pójdzie? Nie chciała wracać do domu. Podobało jej się takie włóczenie po lesie, nawet z tym milczącym Mgiełką. Podobało jej się miasto z jego dziwactwami. Inne na pewno będą podobne. Zawsze chciała zobaczyć słynące z koronek Sutan’Kri i małe miasteczka wokół morza północnego. I tak bardzo marzyła o zobaczeniu stolicy, nad którą podobno górował bajeczny pałac Królowej. Tak wiele rzeczy było na świecie, a ona tyle lat zmarnowała na siedzeniu w domu. Czemu nie wyruszyła wcześniej? Co ją powstrzymywało?

– A czemu tak wcześnie ruszamy? – Głos Mgiełki wdarł się w jej myśli tak niespodziewanie, że przez chwilę nie wiedziała, gdzie się znajduje. Jakby te pytania o przyszłość przeniosły ją w te wszystkie miejsca, które chciała zobaczyć. – I czemu nie przez centrum miasta?

– Narozrabiałam – przyznała się niechętnie.

Mgiełka ożywił się nieco i wbił w nią te swoje zielone ślepia wyczekująco. Westchnęła w końcu i rozejrzała się na boki, by upewnić się, czy nikogo nie ma w pobliżu. W końcu zaczęła bardzo cichutko:

– Znalazłam takie wielkie, niebieskie jajo. Rzeźba! – dodała, by wyjaśnić wszelkie nieścisłości. Sobie również. Od tego spaceru strasznie ją korciło, by myśleć o tym jaju… nielogicznie! – Podeszłam i dotknęłam jej… – przeciągnęła żałośnie ostatnie słowo, ale Mgiełka patrzył na nią z tym samym irytującym wyczekiwaniem. – Nie wolno dotykać rzeźb!

– Nie? Dlaczego?

– No… W sumie… W każdym razie nie chodzi o to, że jej dotknęłam, ale o to, że ona wtedy pękła! A w środku była pusta… – powiedziała przestraszona, jak bardzo ten opis pasuje do tego głupiego przekonania, że rzeźba była smoczym jajem. A przecież wcale w to nie wierzyła!

– Mówiłaś, że jajo było niebieskie? – spytał Mgiełka zupełnie bez związku.

– No takie raczej szarawe z niebieskim połyskiem. Ale co to za różnica? Popsułam je, rozumiesz?

– Ciekawe… – Zamyślił się, ale nie powiedział już nic więcej, chociaż teraz to Modagwen wpatrywała się w niego z takim samym wyczekiwaniem, z jakim on patrzył na nią jeszcze przed chwilą. – I teraz uciekasz, bo boisz się, że cię znajdą? – upewnił się.

– No… – przyznała niechętnie. W końcu to ona była dorosła i powinna zachowywać się odpowiedzialnie, a zamiast tego narobiła sobie kłopotów.

– Nie przejmuj się. Jeśli to była rzeźba, to teraz na pewno wygląda lepiej. Wyklute jaja są ciekawsze. A jeśli to było prawdziwe jajo…

– Co ty mówisz! Jaki ptak składa takie wielkie jaja? – Nie musiała jednak słyszeć prychnięcia Mgiełki, by wiedzieć, co on o tym myśli. To musiało być jajo Smoka! To znaczy… Mgiełka w to wierzył. Ona nie!

– Smoki są bardzo rodzinne, rzadko kiedy można znaleźć porzucone jajo – powiedział, nie przejmując się coraz żałośniejszą miną Modagwen, która prawdopodobnie przetłumaczyła sobie jego słowa na: To była cenna rzeźba, kretynko! – Trzeba magii, by Smoczątko z takiego jaja się wykluło. – Spojrzał na nią znacząco, co Modagwen odczytała jako: Trzepnęłaś je za mocno, kretynko!

– Dlatego właśnie opuszczamy miasto – wydusiła w końcu z siebie.

Nadzorcy stajni i psiarni byli tak samo zachwyceni pobudką jak wcześniej Mgiełka. Wydali im zwierzęta i, zerkając z niechęcią, zamknęli za nimi bramę. Mgiełka w jednej chwili poczuł, jak wracają mu siły. Obejrzał się na miasto z uśmiechem. Nawet mu się tam podobało, ale nocowanie było błędem, szczególnie w tej biednej dzielnicy, która bardziej przypominała przystosowany do skromnych warunków mieszkalnych pustynny grobowiec. Środowisko zupełnie nieodpowiednie dla żywiołaka wody. A do tego szczury urządziły sobie jakąś rodzinną fetę i strasznie hałasowały za ścianą. Modagwen także się obejrzała i ku swemu zdziwieniu zamiast ulgi, że udało jej się uciec, poczuła radość na myśl o tym, że jeszcze tu wróci. W końcu nawet wracając do domu będzie musiała przekroczyć mury Kunam’Duru.

– W sumie, czuję się jakaś… szczęśliwsza – powiedziała ni to do siebie, ni to do Mgiełki. – Taka mniej pusta…

– Bo się nażarłaś ciastek – odpowiedział bez większego zainteresowania, ale nie spuszczał z niej podejrzliwego spojrzenia. Od czasu tego spaceru, na którym musiała rozbić jajo, była jakaś inna. Czyżby przegapił to, że Modagwen miała magiczne umiejętności? Inaczej żadną siłą nie przebiłaby twardej jak stal skorupy smoczego jaja. Tylko że gdyby jajo pękło, to musiałby pojawić się też Smok. Wszyscy wiedzieli, że Smoczego jaja nie da się ot tak zniszczyć. Trzeba bardzo konkretnych umiejętności, a tych Modagwen na pewno nie posiadała. Co zatem się tam wydarzyło? Rozbiła jakąś pustą w środku rzeźbę? W końcu rękę miała mocną.

– Gdzie jest ta Huntnei?

– Niedaleko – powiedział krótko i podszedł do Kłosa, łapiąc jego uzdę. – Widzisz te góry na horyzoncie?

– Słabo. Las zasłania, wiesz?

– No w każdym razie to jedna z nich.

– Huntnei to góra?

– Tak…

– Mam się wspinać po górach?

– Nie narzekaj. Sama mnie zmusiłaś do szukania czarownicy. – Ruszył z Kłosem przed siebie, psy zrównały z nim krok i tylko Modagwen została z tyłu z nieszczęsną miną.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy