Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT DZIEWIĄTY

Chmury zasnuły niebo i wisiały przygnębiająco nisko. Co jakiś czas ich pękate, szare brzuszki rozjaśniało wewnętrzne światło, ale żadna błyskawica nie pomknęła ku ziemi. Deszcz też nie padał, ale w powietrzu już wyczuwało się jego zapach. Modagwen zażądała postoju. Gdy tylko rozbili obóz, Mgiełka radośnie zaczął wspinać się po drzewach i skakać z gałęzi na gałąź, czego kobieta nie była w stanie w żadnej mierze zrozumieć. Zupełnie, jakby oszalał!

– Złaź, bo sobie coś zrobisz!

– Nic mi nie będzie! – wołał radośnie jak nigdy wcześniej.

– A jak piorun uderzy w drzewo na którym siedzisz? Pioruny zawsze uderzają w drzewa!

– Trudno nie trafić w drzewo, gdy się uderza znad lasu, prawda? – Zawisł na gałęzi tuż nad nią i wyszczerzył zęby w tym swoim złośliwym uśmiechu. – To moja ulubiona pogoda!

– A nasza nie! – Pogładziła po łbie Chrupka, który nie odstępował jej na krok. Bardzo bał się burzy, a Modagwen nie wiedziała, jak pomóc psu. Nie powinna mu dawać do zrozumienia, że strach jest w tej sytuacji dobrą reakcją, ale była to jego pierwsza burza poza domem i chciała jakoś pocieszyć biednego zwierzaka. – Zmokniesz! – krzyknęła jeszcze raz do Mgiełki, ale on przeskoczył już na kolejną gałąź, potem na następną, aż w końcu zniknął jej z oczu. – Wracaj, ty okropny dzieciaku! – wołała, a Chrupek zawtórował jej smętnym szczeknięciem. – Dobra, jak chcesz, ale jak połamiesz nogi, to na mnie nie licz! – wydarła się w kierunku lasu na całe gardło, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi.

Przeszła do prowizorycznego schronienia, które zbudowali z Mgiełką. Wyglądało jak koślawy szałas, ale Modagwen przymocowała do niego bardzo mocny, nieprzemakający materiał, który zwykle kładła pod koce, by nie zawilgotniały od ziemi. Teraz schowała się tam razem z psami i czarnym kotem, który chodził krok w krok za Gryzeldą, i tylko osioł musiał stać na deszczu. O ile zacznie padać.

Otuliła siebie i zwierzaki kocem, i wypatrywała Mgiełki. Chłopak jednak zniknął.

Żywiołaki wody pewnie lubią deszcz – przemknęło jej przez głowę. Szybko jednak zganiła siebie za te głupoty.

– Żywiołak, też mi coś!

Kolejne chmury zamigotały od wyładowań i Chrupek wtulił się w nią przerażony, a kot zastrzygł wąsikami, czując zmianę w powietrzu.

Modagwen wzięła w dłonie wisior od matki i tak siedziała, czując, że i ona zaczyna bać się burzy. Czym innym było oglądanie jej z okien przytulnego domu, a czym innym siedzenie w środku lasu i czekanie, aż jakiś zagubiony piorun trzepnie prosto w nią. Po raz pierwszy od opuszczenia wioski zatęskniła za domem i było jej wstyd, że tęsknota ta była spowodowana strachem.

W końcu zobaczyła pierwsze kropki na wysuszonej ziemi. Chwilę potem wszystko było już wilgotne, a deszcz tarabanił w jej schronienie. Kot wystawiał pyszczek, chcąc zobaczyć, co tak spada z nieba, i nie był zdecydowany, czy mu się to podoba, czy jednak nie. Psy ułożyły się na ziemi, próbując zasnąć, i tylko Chrupek wciąż się trząsł. O ośle starała się nawet nie myśleć, zła na siebie, że nie pomyślała o zabraniu jeszcze jednej płachty do okrycia zwierzaka. Ale przede wszystkim martwiła się o Mgiełkę. Pioruny waliły ze wszystkich stron, a dzieciaka nadal nie było. Wytężała wzrok ile mogła, ale gęsty deszcz ograniczał widoczność. Może powinna po niego pójść? Ale jak ona ma go niby znaleźć w tym lesie? Gdyby chociaż poszedł wzdłuż traktu…

Spojrzała w dół na wisior, w którym odbijał się każdy okoliczny piorun. Gdyby nie to, pomyślałaby, że kamień błyszczy swoim własnym słabym światłem. Ale przecież nie mógł.

No, chyba że był magiczny. Magiczne przedmioty czasami świecą wbrew wszelkiej logice.

Tylko że nie ma magii… – pomyślała po raz pierwszy z autentycznym żalem. Już teraz świat był interesujący i wiara w magię, wszystkie kulty, obrządki i rytuały, ubarwiały go w sposób, który z dnia na dzień coraz bardziej ją fascynował i przyciągał. A jak bardzo niesamowity byłby świat, gdyby magia faktycznie istniała.

***

Mgiełka szalał w deszczu, skacząc z gałęzi na gałąź i polując na pioruny. Głupcy myśleli, że błyskawice były domeną żywiołaków ognia, a tak naprawdę były one czystą energią natury, z której czerpać mogli wszyscy, jeśli oczywiście potrafili ją okiełznać.

Poszukiwania - 09

Poczuł, jak łuski na karku mu sztywnieją, stając dęba, a zaraz za nimi wszystkie pozostałe wzdłuż kręgosłupa, jeżąc się niczym grzebień grzbietowy u niektórych Smoków. Zamknął obie pary powiek i przygotował się do skoku. Wystrzelił między gałęziami i wyciągnął błoniaste dłonie, by złapać piorun w zakończone ostrymi szponami palce. Tym razem skoczył idealnie. Piorun leciał ku ziemi, gdy Mgiełka zatopił w nim swoje ręce. Zacisnął na nim pazury i trzymał jak mógł najdłużej, czując tę potężną moc natury, która dawała mu życie. W końcu puścił błyskawicę, by ta, znacznie już słabsza, mogła pomknąć dalej ku ziemi.

Z błogim uśmiechem na twarzy, o którego istnieniu Modagwen nawet nie miała pojęcia, wdrapał się na sam czubek targanej wiatrem topoli i bujał się na niej jakiś czas, wystawiając co chwilę rękę do przelatujących w pobliżu piorunów. W końcu zeskoczył z drzewa i, przenikając przez gałęzie, jak każdy przyzwoity żywiołak wody, razem z deszczem dotarł na ziemię. Stąd było już blisko do polanki, na której czekała Modagwen ze zwierzakami.

Gdy dotarł do niej, deszcz wciąż zacinał wściekle, a Mgiełka czuł całym sobą tę uporządkowaną moc, która cechowała naturę. Jednak na polance było jeszcze coś zupełnie innego, chaotycznego, pełnego nadziei i próśb, a jednocześnie dzikiego. Wyczuwał to bardzo wyraźnie dzięki rzęsistemu deszczowi docierającemu do każdego skrawka przestrzeni w tym lesie. Nigdy wcześniej żywiołak nie spotkał się z czymś takim. Patrzył na Modagwen, która trzymała w dłoniach lśniący własnym światłem wisior. Wyglądało to tak, jakby amulet zbierał te wszystkie prośby i nadzieje z rozgorączkowanego umysłu kobiety. A obok Mgiełka zobaczył ten sam cień, który towarzyszył Modagwen już w Kunam’Duru. Nie wiedział, czym on jest, ale czuł, że w jakiś szczególny sposób był połączony z samą Modagwen i że był w pełni od niej zależny. Mgiełka nie miał wątpliwości, że miał on coś wspólnego z tym jajem, o którym mówiła dziewczyna. Skoro jednak zamiast Smoka wyszedł z niego taki dziwny cień… to czym było to jajo?

Modagwen uniosła wzrok na Mgiełkę i jej twarz wykrzywił strach. Oto na polance zobaczyła istotę człekokształtną, z budowy podobną do Mgiełki, lecz bardziej niż chłopca przypominającą topielca o podkrążonych oczach, pozlepianych włosach i bladej cerze. Dłonie wydały jej się zakończone szponami, a skóra lśniła, jakby była pokryta łuską.

Tak wygląda żywiołak – przemknęło jej przez głowę.

Ale błysk ostatniego pioruna oświetlił zjawę i pokazał Modagwen zwykłe, ludzkie rysy przemoczonego do suchej nitki chłopca. Tylko Chrupek na jego widok zaczął drżeć silniej, a kociak znowu wskoczył jej na kolana, przerażony ponownym spotkaniem z dwunożną rybą.

– No nareszcie! Martwiłam się! – krzyknęła, gdy już odzyskała głos.

Mgiełka patrzył na nią przez chwilę uważniej. Ta dzika chaotyczna magia zniknęła tak samo jak stojący przy Modagwen cień, gdy ostatni piorun burzy uderzył niedaleko nich. Cóż to za dziwna magia towarzyszy tej kobiecie?!

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy