Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT DZIESIĄTY

Modagwen opuściła łuk rozczarowana. Nic dziwnego, że psy niuchały jej przy nogach. To nie był żaden zając, tylko żabie figle w krzakach.

– Jeszcze nie jestem tak głodna, by jeść żaby… – Skrzywiła się i rozejrzała na boki.

Ani tym bardziej chochliki – pomyślała przelotnie. Kiedyś zganiłaby się za takie pomysły, albo chociaż by je wyśmiała. Ale od czasu tej burzy, gdy przez chwilę Mgiełka wyglądał… nie jak człowiek, jakoś nie miała do tego przekonania. Oto ona, racjonalna do granic możliwości Modagwen, widziała coś takiego! Najpierw próbowała to zwalić na zmęczenie, głód, słabą widoczność… Ale nie umiała się oszukiwać. Nie była ani głodna ani zmęczona, a rzęsisty deszcz zamazuje szczegóły, a nie odmienia je w tak pokraczny sposób.

Jedyne, co była w stanie teraz zrobić z tym absurdem, to odgonić od siebie wspomnienie Mgiełki jako przerażającej zjawy z morskich głębin. A jednak w głowie pozostała jej odrobinę niestosowna w tych okolicznościach ochota na smażoną rybę. Trudno jednak o takie przysmaki w głębi lasu.

Wsunęła strzałę do kołczanu i spojrzała w górę. Była to już trzecia dolinka na drodze do tajemnego miejsca spotkań czarownic. Okolica była bardzo cicha, jakby nic nie zamieszkiwało tego lasu, ale przecież nie mogło to być prawdą. Widziała stare ślady różnych zwierząt, więc musiały gdzieś tu być.

– No, Gryzka – szepnęła do jamnika. – Rusz się! – Szturchnęła ją nogą, na co Gryzelda tylko warknęła leniwie. – Nic nie czujecie? – spytała z nadzieją. Ale psy tylko patrzyły na nią wyczekująco i kompletnie nic nie interesowało ich w tym dziwnym, cichym lesie.

Modagwen jeszcze raz spojrzała w górę, mając nadzieję, że wypatrzy jakieś gniazdo. Ręka odruchowo i jakby niezależnie od reszty nieruchomego ciała sięgnęła między lotki, ale zawahała się. Ptaszek był maleńki i szkoda było w ogóle zawracać sobie nim głowę. Patrzyła, jak gil o okrągłym, czerwonym brzuszku ląduje na gałęzi dokładnie na przeciwko niej i przekrzywia główkę. Potem pomachał skrzydełkami i przeskoczył na następną gałąź, potem na jeszcze jedną i kolejną, i cały czas patrzył w jej kierunku. Psy, widząc jej zainteresowanie ruchomym, czerwonym punkcikiem, poderwały się na łapy i zamachały wesoło ogonami, gotowe do zabawy.

– Mam iść za tobą? – spytała, w ogóle już nie myśląc o tym, jak głupie może być gadanie do ptaków. Wiele rzeczy przestało wydawać się jej głupimi od czasu wyruszenia w tę dziwną podróż. – Idziemy – powiedziała do psów i klepnęła się w udo, dając znak do wymarszu. – Tylko nie zaprowadź mnie do smoczego legowiska – powiedziała niemal poważnie.

Gil zawahał się, jakby nie tylko zrozumiał jej słowa, ale i uznał za dziwaczne. Zaraz jednak poderwał się do lotu, prowadząc ją w gęściejsze zarośla.

***

Mgiełka bawił się z kociakiem. Modagwen długo nie wracała, ale wcale go to nie dziwiło. Poszła upolować coś do jedzenia, a zwierzęta zawsze opuszczały okolice sabatów, bo nigdy nie wiadomo, co tam się mogło wydarzyć. A byli już prawie na miejscu. Kolejna dolina ścieliła się na południowo-zachodnim zboczu Huntnei. Nie zdziwiłby się, gdyby tam nie było nawet jednej gąsienicy. Jemu to nie przeszkadzało. Spożywał tylko towarzysko. Owszem, czasami nawet smakowało mu to ludzkie jadło, ale bez niego obywał się tak samo dobrze.

– Ciekawe, co podczas sabatu jedzą czarownice… – mruknął pod nosem, zdając sobie sprawę z tego, że i one nie będą miały niczego do upolowania. A przecież używanie magii jest męczące i nawet wegetarianki zawieszają swoją dietę, by nie paść z wycieńczenia w trakcie zlotu.

– Mają katering.

Mgiełka poderwał głowę w górę, słysząc znajomy świergot. Mały gil zleciał z gałęzi i wylądował tuż przed nim. Kociak wystraszył się i schował za Mgiełkę, patrząc czujnie na ptaszka.

– Byłem pewien, że jesteś w okolicy, ale Kimi mi nie wierzyła – powiedział zawadiacko gil. Mgiełka złapał kociaka za kark, by ptaszysko nie wydziobało mu oczu za to kocięce wścibstwo. Pamiętał tego złośliwego chowańca. Nie raz setnie się ubawili, robiąc sobie żarty z wieśniaków.

– Teraz wierzy? – spytał zwyczajnie, jakby obecność gila go nie zdziwiła. W zasadzie spodziewał się spotkania z którymś z nich prędzej czy później. W końcu chowańce zawsze podążają za swymi panami.

– Wierzy. A nawet rozumie, odkąd wie, że jest z tobą Modagwen.

– Raczej ja jestem z nią. To ona chciała szukać starej – skrzywił się Mgiełka na wspomnienie tamtego dnia.

– I tak się dałeś? Nie poznaję żywiołaka! – zaświergotał gil, którego imienia, tak jak żadnego innego chowańca, żywiołak nigdy nie poznał.

– Ostatecznie, nadal mam u niej dług, nie? A nie wyglądało na to, by planowała wrócić.

– Kto to wie… – zamyślił się gil i spojrzał w niebo. – Chyba jeszcze się nie zdecydowała, co zrobi po zlocie… Czeka na was – powiedział nagle.

– Czeka? – zdziwił się Mgiełka.

– No tak. Zlot zaczyna się za kilka dni. Ty nie masz tam wstępu, a Modagwen najpierw musi przejść inicjację.

– Czyli ona jest czarownicą! – zawołał Mgiełka z satysfakcją.

– Kto jest czarownicą?

Spojrzeli na Modagwen, która wróciła z kilkoma chudymi zającami. Kociak miauknął w beznadziejnym braku zrozumienia sytuacji. Modagwen też nie całkiem wiedziała, co tu się dzieje. Przed Mgiełką siedział ten sam gil, który wcześniej przegonił ją przez najgorsze chaszcze w lesie. Poznała go po nietypowych dla tych ptaszków maleńkich czarnych pędzelkach na okrągłej główce, które w świetle opalizowały czerwoną poświatą, nadając mu demoniczny wygląd ptaszyska z rogami. Aż miała ochotę napluć na rękę i przygładzić mu te zwichrzone pióra. A za tę wycieczkę po grzęzawisku i polu pokrzyw chętnie by też do niego strzeliła, gdyby nie to, że faktycznie doprowadził ją do zajęczych nor. Jakby był tresowany.

– To ty! – powiedziała wprost do niego.

Gil przytaknął zwięzłym „tak”, ale Modagwen nie wydawała się zaskoczona. Nie usłyszała w jego świergocie ludzkich słów.

– Pokazał mi, gdzie są zające… Chyba jest tresowany – powiedziała już do Mgiełki, ale wciąż przyglądała się ptaszkowi. Mogłaby przysiąc, że wykrzywił dziób z pogardą, gdyby nie to, że dziobu się tak wykrzywić nie da.

– Należy do Kiminoom – wyjaśnił Mgiełka i wyciągnął palec, na który gil wskoczył, uznając to za najlepszy rodzaj przekazu niewerbalnego potwierdzającego słowa żywiołaka.

– Myślałam, że czarownica ma szczura…

Mgiełka spojrzał na nią uważniej. Modagwen jeszcze nigdy dotąd nie nazwała starej czarownicą. Czy to bliskość uświęconego miejsca czarownic tak na nią wpłynęła?

– Kimi nie uwierzy! Dziewczyna zaczyna coś kumać! – zaświergotał z niedowierzaniem gil. – Tyle czasu starała się rozgryźć, czemu ona nie widzi świata takim, jaki jest, a tu proszę. Wystarczyło kilka tygodni w lesie z żywiołakiem!

– Nie ekscytuj się tak, to tylko przebłyski.

– Do kogo ty mówisz? – zdziwiła się Modagwen. W końcu oderwała wzrok od gila i spojrzała na Mgiełkę, mrużąc podejrzliwie oczy. Przez chwilę bała się, że znowu zobaczy go takim, jak wtedy, w czasie burzy, ale chłopiec wyglądał zwyczajnie. A może właśnie nie? Może to nie był jego zwyczajny wygląd?…

– Widzisz? Nie rozumie twoich słów – mówił dalej do gila Mgiełka.

Modagwen zmarszczyła brwi, ale nie skarciła dzieciaka. Wielu rzeczy już nie robiła. Rzuciła upolowane zające na ziemię i sięgnęła po nóż. W zasadzie nawet nie była zła. Miała w sobie znacznie więcej spokoju i dystansu, niż gdy wyruszali. Nie przeszkadzało jej już to jego dziwne zachowanie, jego wiara w magię i w to, że jest żywiołakiem. Nie przeszkadzało jej, że obgaduje ją razem z gilem…

Rzuciła im krótkie spojrzenie, ale nie odezwała się już nawet słowem. Żywiołak i gadający gil – co tu było do komentowania?

– Nie szkodzi – zaświergotał gil i wzleciał na gałąź. – Kiedyś zrozumie i pewnie będzie tego żałowała – zażartował i zniknął w lesie.

Mgiełka zaśmiał się pod nosem. O tak, jak to ptaszysko zacznie te swoje złośliwości, to Modagwen na pewno wyjdzie z siebie.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy