Tagi

, , , , ,

Poszukiwania

[Las Mori’Anth]

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT JEDENASTY

Ptaki. Tylko na nie można było teraz liczyć. Mgiełka mówił, że to przez zlot czarownic zwierzęta opuściły okolicę. Ale konieczność opieki nad potomstwem, które nie nauczyło się jeszcze latać, sprawiła, że niektóre ptaki wciąż pozostawały w lesie blisko swoich gniazd. Gile do nich nie należały, a jednak ten jeden wciąż się wokół nich kręcił, co chwilę wpadając na pogaduchy z dzieciakiem. Modagwen irytowała się już na sam jego widok, jakby podświadomie czuła, że ptaszysko ją obgaduje.

– Patrz! Zaraz pęknie – ćwierkał do ucha Mgiełki gil, zerkając co chwilę na Modagwen, która już zgrzytała zębami. – Jakby wiedziała, że mówię o niej… – powiedział, podejrzliwie przeciągając słowa. – A może jest po prostu głodna?

Mgiełka nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Co znowu? – warknęła Modagwen. Odkąd to ptaszysko się pojawiło, chłopak ciągle się śmiał i bezczelnie kłamał, że nie chodziło o nią. Ale całe życie bycia obgadywaną za plecami nauczyło ją wychwytywać różne sygnały w mowie ciała obmawiaczy. Jak choćby tłumienie śmiechu, unikanie wzroku… – Dzisiaj chyba zjemy sobie pieczonego gila…

Żywiołak i chowaniec wybuchnęli głośnym śmiechem i dopiero po chwili do Modagwen dotarło, co powiedziała.

– O, bardzo to dojrzałe! Jedzenie gili, też mi zabawna gra słów! – Ale mimo tej reprymendy ona sama musiała powstrzymywać się od chichotania. – Lepiej niech ci ten smark wyćwierka, ile jeszcze mamy iść…

– Już jesteśmy na miejscu – powiedział, starając się uspokoić, Mgiełka. – W każdej chwili starucha może wyleźć zza jakiegoś krzaka.

– Trochę szacunku, jeśli łaska?

– Właśnie, trochę szacunku – powtórzył niczym echo słowa gila mocny, kobiecy głos.

– Czy to ona? – spytała zdziwiona Modagwen, widząc, jak psy i osioł zatrzymują się niby na komendę. Rozejrzała się, ale nikogo nie było tak na drodze, jak i między drzewami. A przecież słowa kobiety były głośne i wyraźne. Musiała być gdzieś w pobliżu.

– Wyłaź, starucho! – krzyknął Mgiełka, czujnie lustrując całe poszycie. Znał te zabawy czarownic, które uwielbiały takie cyrkowe sztuczki z donośnym głosem dochodzącym z jakiejś dziupli lub zadu tygrysa. Dramaturgia na najwyższym poziomie, chociaż jego zdaniem trochę kiczowata…

– Aleś się stęsknił – zaświergotał mu do ucha gil i poderwał się z jego ramienia. Patrzyli za chowańcem, który wleciał za jedno z drzew, by po chwili wyłonić się na ramieniu starej kobiety.

– Schudłaś! – powiedziała natychmiast Modagwen na widok starej czarownicy… zielarki… Na widok Kiminoom. Ale już gdy kończyła wypowiadać to słowo, wiedziała, że się myli.

Kobieta nie schudła, tylko przestała się garbić. Jej wysoka sylwetka wciąż mogła uchodzić za przystojną i być obiektem zazdrości niejednej młodej kobiety. Ręce jej nie drżały, włosy były gęste i lśniły jasno niczym księżyc, a nie odpychały szarym matem. I nos jakby jej zmalał. Magia – pomyślała Modagwen. Mogłaby pomylić ją z kimś innym, gdyby nie oczy Kiminoom: zielone, głęboko osadzone i przenikliwe. Nawet wygadana Modagwen czuła się niepewnie pod ich spojrzeniem, a mimo wszystko wracała do leśnej chatki czarownicy niby po lekarstwo dla matki, a tak naprawdę po to, by spędzić z kobietą trochę czasu…

Tak, teraz, gdy tak wiele czasu minęło od ich ostatniego spotkania, Modagwen mogła przyznać się przed samą sobą do tego, że brakowało jej towarzystwa starej kobiety. I nie chodziło o zwyczajne rozmowy. Miała wrażenie, że była między nimi jakaś nić porozumienia, jakby były ze sobą spokrewnione.

– Miło cię widzieć, Gweny – powiedziała z uśmiechem Kiminoom, stara zielarka z wioski… Czarownica.

– Ja… Ciebie również – odpowiedziała cichutko Modagwen, wciąż zdziwiona zmianą, jaka zaszła w tej kobiecie.

– Ekhem… – usłyszeli z drugiej strony drogi, gdzie zza kolejnego drzewa wyszła inna kobieta. Była równie stara co Kiminoom, ale znacznie wyższa i dużo szczuplejsza… w zasadzie przeraźliwie chuda. Jasne oczy wydawały się być ogromne w tej pociągłej twarzy i było w nich coś przerażającego, przez co obydwoje odstąpili krok do tyłu. Psy tymczasem, nie wiedzieć kiedy, podbiegły do niej, łasząc się przyjaźnie. Nawet Kłos, stary osiołek podszedł, by zaznać odrobiny pieszczoty pod jej papierowo bladą dłonią. Tylko kociak miauczał z sakwy Mgiełki i nie mógł z niej wyjść. – Może mnie przedstawisz swoim przyjaciołom, Kimi?

– Przyjaciele to wielkie słowo – mruknęła z błyskiem w oku Kiminoom. Modagwen uniosła brwi. Czy stara czarownica zawsze była taka… drwiąca? – Oto masz przed sobą, droga Gunen, dwoje moich sąsiadów. Ten mały, to Mgiełka.

– Ach, ten żywiołak, którego znalazłaś na bagnach.

– Dokładnie. Myślałam, że jakoś sobie poukłada życie, gdy go zostawię, ale najwyraźniej nie potrafi…

– Dobrze wiesz, że nie mogę wrócić do swoich, póki nie spłacę długu! – warknął Mgiełka, zaplatając ręce na piersi.

– Wiem też, że ci się do nich nie spieszy po tym, jak cię porzucili – odcięła się Kiminoom.

Modagwen patrzyła na nią z wciąż rosnącym zdziwieniem. Nie, to nie tak, że wcześniej czarownica była inna. Po prostu wtedy nie zwracała na to uwagi. Myślała, że ma do czynienia ze zwykłą starą kobietą, która jest zgryźliwa jak większość starych, samotnych ludzi. Ale teraz, gdy Kiminoom stała wyprostowana, bez oznak bólu pleców, kolan, rąk… Teraz jej zachowanie, mimo iż takie samo, odbierało się inaczej. Teraz ciężej było przymykać oczy na jej złośliwości. Teraz Modagwen miała przed sobą kobietę, która po prostu lubiła czasem komuś dopiec.

– A kim jest ten pulpecik? – spytała Gunen, wykazując się taką samą uprzejmością, jaka cechowała Kiminoom.

– To Modagwen – powiedziała zawieszając głos czarownica. O tak, teraz Modagwen nie wzbraniała się przed użyciem tego słowa. Coś w tej nowej Kiminoom sprawiało, że łatwiej jej było wierzyć w wersję Mgiełki. – Modagwen nie wierzy w istnienie magii, chociaż sama jest czarownicą – dodała tajemniczym tonem.

Kobieta zamrugała niepewnie, słysząc tę deklarację. Ona, czarownicą? Miałaby być kimś takim, jak ta stara zrzęda? Jeszcze czego. Ona w niczym nie przypominała starej Kiminoom! Różniły się jak, jak… Jak dwa kryształy… – przemknęło jej przez głowę. Miały inny kształt, lecz to coś, co je do siebie dawno temu zbliżyło, w swej istocie było bardzo głębokim podobieństwem, którego Modagwen nie rozumiała, ale przecież od zawsze czuła, a teraz, wbrew swojej woli, zaczynała dostrzegać.

Patrząca na nią z rozbawieniem Gunen nagle zmarszczyła brwi. Jej jasne oczy zmieniły kolor na intensywnie żółty, a to, co Modagwen uznała wcześniej za wielkiej urody haft, ruszyło się i zasyczało – na rękawach sukni Gunen znajdowały się małe węże, które teraz uniosły łebki i skierowały swe oczy, tak samo żółte jak te u czarownicy, w kierunku Modagwen. Pod tym świdrującym spojrzeniem pięciu par oczu Modagwen poczuła, że robi się przezroczysta, ale nie niewidzialna – zupełnie jak kryształ. Bezwiednie sięgnęła dłonią do amuletu i zacisnęła na nim palce.

– Och, to ciekawe… – powiedziała Gunen i, delikatnie odsuwając od siebie psy, podeszła dwa kroki w kierunku wciąż milczącej Modagwen.

– Ciekawe? – zwróciła się do niej z autentycznym zainteresowaniem Kiminoom.

– Ciekawe? – powtórzyli pozostali.

– Bardzo ciekawe – przytaknęła druga czarownica. – Pierwszy raz widzę kogoś, kto nie wierzy w magię, a ma własnego chowańca – powiedziała cicho, a jej słowa zawisły między nimi ciężkie jak letnie powietrze.

 

Poszukiwania - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI

Reklamy