Tagi

, , , , ,

Czar

[Świat Wiedźmy]

Czar - 00

 

FRAGMENT PIĄTY

Czas zdawał się płynąć obok, gdy razem przemierzali las. Benikaon szła za łucznikiem, jakby niosła ją magia nie stopy. Skąd w ogóle wiedziała, że nieznajomy jest łucznikiem, skoro miał przy boku krótki, ludzki miecz z niezwykłej, iskrzącej się w świetle stali? Ona sama pochodziła z plemienia, w którym wojownicy parali się jedynie walką wręcz. Nie używali kuszy ani łuków, nie miotali nawet kamieniami, ani nie używali magii na dystans – taka była ich wielowiekowa tradycja. Po ich wyprostowanych plecach, miękkich ruchach rąk i bezszelestnym chodzie można było jednak odgadnąć, że każdy z ludu Benikaon, nawet młoda kobieta, był w stanie obronić się przed atakiem dowolnego przeciwnika. Od pokoleń przemierzali Świat jako jedni z najbardziej wziętych najemników, ale zawsze wracali do niewielkiej wioski w samym środku olszowego lasu na Kontynencie Powietrza… A przynajmniej tak było do czasu, gdy Benikaon skończyła trzynaście lat. Wtedy właśnie ludzkie państwo Romay napadło ich i wybiło niemal co do jednego. Oszczędzone w tej rzezi dzieci zostały wzięte do niewoli, garstka, w tym Benikaon, uciekła. Długo szukała swoich, ale nie było to łatwe w czasach, gdy nie wyczuwała jeszcze magii otoczenia – była wtedy za młoda. Tułała się po lesie wiele miesięcy, nie tracąc nadziei, ale jedynymi stworzeniami, jakie znalazła, były cyklopy, które wciąż zamieszkiwały okolicę, mimo nieustających prób pozbycia się ich przez Romayańczyków.

Pewnie w końcu ktoś by ją dopadł – ludzie, by zasiliła szeregi ich niewolników, lub cyklopy, by wzięła udział w obiedzie jako danie główne – ale trafiła do miejsca, które, chociaż zamieszkiwane przez ludzi, bardziej przypominało jej osady elfów. Położone w Dolinie Pięciu Wzniesień miasto pozostawało niezdobyte dzięki znakomitym łucznikom i udoskonalonym przez nich długim łukom. To właśnie tych wyborowych strzelców przypominał jej spotkany w lesie mężczyzna. Gdy go zobaczyła, Benikaon poczuła ulgę, której nie doczekała się wtedy, gdy miała zaledwie trzynaście lat. Poczuła, że nie jest sama. A przecież nie była już dzieckiem, a on nie pochodził z jej plemienia. Znamię na jego ramieniu miało ostre linie przywodzące na myśl zakończone grotami słoneczne promienie, a jego skóra była jasna niczym śnieg.

Uniosła głowę z jakimś irracjonalnym przekonaniem, że zobaczy wirujące w powietrzu białe płatki, ale zamiast tego widziała igrające na drobinkach kurzu promienie Słońca. Zamknęła oczy, których ciemna zieleń niepostrzeżenie przeszła w tak blady seledyn, że łatwo byłoby go pomylić z bielą. Poczuła tę delikatną magię przenikającą Świat, otulającą każdy najdrobniejszy pyłek wirujący w powietrzu, poczuła magię swego towarzysza: bardzo delikatną elficką moc, jak na wojownika przystało, ale jasną jak samo Słońce, z którego czerpał jego lud. Już nie była zagubioną trzynastolatką, która nie umiała używać magii przodków. Gdyby jej lud wciąż istniał, Benikaon należałaby do elity jego magów, nie potrzebowała bowiem nawet widzieć, by dostrzegać magię.

– Wszystko w porządku?

Otworzyła oczy, które znowu miały ten głęboki odcień zieleni. Mężczyzna patrzył na nią z niepokojem, więc kiwnęła głową.

– Te rany… – Wskazał siniaki na ramionach. – Gobliny?

– Nie – powiedziała zbyt ostro, niżby tego chciała.

Jej dłoń powędrowała do niedawnej rany, która, dzięki maści goblinów, pozostawiła po sobie tylko tan bolący wylew. Benikaon zawsze była zbyt ufna i wiele razy żałowała swoich decyzji, a mimo wszystko wciąż wierzyła w dobre intencje otaczających ją stworzeń. Teraz też szła bez słowa z mężczyzną, który ją zestrzelił. Nie była głupia. Wiedziała, czego szukał w lesie i dlaczego. Był doskonałym łucznikiem, a jego delikatna magia światła wciąż tańczyła na grotach strzał, które pozostały w goblinich tunelach. Jej lud nigdy nie przyłączył się do tej wojny, czując solidarność z innymi magicznymi stworzeniami, w tym także ze Smokami. Czemu na Kontynencie Ziemi elfy tak, jak ludzie były żądne smoczej krwi? Czemu ta wojna dogoniła ją po raz drugi?

– Nie? – zdziwił się, przyglądając się uważnie jej twarzy. Widział w niej smutek, którego nie rozumiał. – Co się tam stało? W tych tunelach?

– Gobliny mi pomogły.

Sinaug patrzył na nią nie dowierzając. Czy ona kłamała? Gobliny nie pomagają sojusznikom ludzi. W ogóle nikomu nie pomagają. Czemu miałyby zrobić wyjątek dla tej obcej elfickiej dziewczyny?

Benikaon doskonale wiedziała, jaką drogą podążają jego myśli. Te kilka zdań, jakie wymieniła z hersztem tutejszej hordy, dało jej jasny obraz sytuacji geopolitycznej tego regionu. Z jakiegoś powodu elfy sprzymierzyły się tutaj z ludźmi, a niewiele było stworzeń na Świecie, których gobliny nienawidziłyby tak, jak ludzi…

– Ten Smok, którego szukałeś… – zaczęła ostrożnie, uważnie patrząc w jasną twarz wojownika. Widziała, że chciał spytać, skąd ona wie o Smoku, skoro najwyraźniej jego upadek spędziła w gobliniej kryjówce, ale w końcu zrezygnował i czekał na to, co powie dalej. – Czemu na niego polowaliście? – spytała ostro.

– Trwa wojna – powiedział krótko.

Nawet nie zauważyła, kiedy puścił jej rękę i odsunął się dwa kroki. Milczące porozumienie, które nawiązało się między nimi gdy ich oczy się spotkały, rozwiewało się z każdym wypowiedzianym słowem. Ale mimo dystansu, jaki się między nimi pojawił, Sinaug zapragnął uratować coś z tego niesamowitego poczucia bliskości z innym elfem, którego nie czuł od tak dawna. Wypuścił z płuc powietrze, które wstrzymywał w napięciu już jakąś chwilę. Poczuł, jak mięśnie karku się rozluźniają, gdy zdecydował się wyjaśnić tej obcej dziewczynie swoją sytuację.

– Smoki Ognia spaliły moją wioskę.

„Szukam zemsty” – krzyczały jego błękitne oczy.

– Tam, skąd ja pochodzę, Smoki były przyjaciółmi – powiedziała natychmiast Benikaon, unosząc wyżej głowę, jakby rzucała mu wyzwanie. – Odkąd ludzie wypowiedzieli im wojnę, pomagaliśmy naszym przyjaciołom jak mogliśmy. Ale gdy ludzie dotarli do naszych lasów, gdy uznali je za swoją własność, łaskawie pozwalając nam – prawowitym mieszkańcom – nadal w nich mieszkać, zaczęły padać pytania, żądania, w końcu groźby. Mój lud zginął, bo stanęliśmy po stronie Smoków, jak na istoty magiczne przystało – powiedziała chłodno, chcąc mu przypomnieć, kim jest i jak powinien postąpić. A potem opowiadała o innych magicznych stworzeniach, które także nie odwróciły się od Smoków: – Cyklopy nawet nie rozumiały tych prześladowań, trolle zostały zepchnięte na Powietrze za rzekę, gdzie nie było ziemi, tylko lista skała, mniejsze stworzenia: gobliny, wróżki, chochliki – wszyscy kryli się w strachu przed ludźmi, ale żadne z nich się nie ugięło. Nawet ogry odmówiły współpracy, chociaż nieraz walczyły ze Smokami o tereny. Ale żadne magiczne stworzenie nie chciało brać udziału w tej wojnie.

– Nam wojnę wypowiedziały same Smoki… – zaczął, jakby się tłumaczył, ale jego głos, głos dumnego wojownika, był słaby i nie było w nim przekonania.

– One same? Czy może ktoś je do tego zmusił? – spytała z wyrzutem.

Sinaug chciał uciec przed jej oskarżycielskim spojrzeniem. Chciał uciec przed tym pytaniem, podważającym wszystko, czym się kierował w życiu, ale nie mógł, zupełnie jakby ta dziewczyna zmusiła go do spojrzenia prawdzie w szmaragdowozielone oczy. Smoki nie atakowały mieszkańców tego kontynentu z własnej woli, tak samo jak ludzie nie wypowiedzieli wojny tylko tym magicznym stworzeniom. Wypowiedzieli wojnę tym, którzy tak potwornie wykorzystywali Smoki do własnych celów. Wypowiedzieli wojnę Wielkim Demonom.

 

Czar - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI | BONUS

Reklamy