Tagi

, , , , ,

Czar

[Świat Wiedźmy]

Czar - 00

 

FRAGMENT DZIEWIĄTY

Można wiele rozmawiać podczas długiej drogi i nie dowiedzieć się niczego o towarzyszach podróży. Benikaon i Sinaug nie mówili zbyt wiele, ale gdy dotarli do granic Królestwa Karpi, znali się niczym najlepsi przyjaciele.

Benikaon wiedziała, że Sinauga wychowywała babka, po tym jak jego rodzice zginęli w pożarze, który wybuchł gdy podłożyli ogień, by wykurzyć Smoki Ziemi z ich legowisk; wiedziała, że wymykał się z domu, by podglądać treningi łuczników i sam zrobił swój pierwszy łuk, by móc trenować i w przyszłości dołączyć do rekrutów, mając w pamięci to, co spotkało jego rodziców… Ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że pożar nie był wywołany przez żadnego Smoka i że śmierć rodziców była wynikiem ich własnych działań… Teraz, będąc daleko od miejsca, gdzie to wszystko się wydarzyło, zaczynał widzieć więcej. Ale wiedział też, że tylko dzięki wszystkim podjętym decyzjom dotarł aż tutaj.

Poznał także Benikaon, jej żal po stracie miasta, które pełne było magii, za którą i on tęsknił; poznał jej próbę nawiązania podobnej więzi z mieszkańcami miasta w Dolinie Pięciu Wzniesień; poznał jej niezwykłą wieź z Ignis, której wszędzie towarzyszyła i której obiecała bronić. Ignis chyba jako jedyny człowiek potrafiła zrozumieć elfa, który był tak samo samotny, jak Smok kontrolowany przez ludzką świadomość.

– Gdy się obudziłam, ona wpatrywała się we mnie tymi czerwonymi oczami, w których widziałam cień kryjącego się w niej Smoka, i miałam wrażenie, że oboje mówią do mnie w sposób, który tylko ja potrafię zrozumieć. Magowie-przemienieńcy zawsze czuli się wyłączeni ze swojej społeczności. Przez swoją klątwę nie potrafili nawiązywać trwałych więzi – powiedziała, patrząc na błękitne wody olbrzymiego jeziora, które rozciągało się przed nimi po sam horyzont. Byli na miejscu: jezioro w kształcie ryby stanowiło granicę Królestwa Karpi od strony Ziemi. – Dzięki tej dziwnej magii udało mi się do niej zbliżyć.

Spojrzeli na delikatnie falującą powierzchnię wody. Obydwoje wyczuli w jeziorze magiczne stworzenia, może nawet Smoki. Sinaug usiadł, opuszczając głowę. Łatwo było nie myśleć o Smokach, gdy żaden z nich nie znajdował się w pobliżu, ale właśnie dotarli do miejsca, w którym każde magiczne stworzenie mogło szukać schronienia.

Poczuł dłoń Benikaon na ramieniu. Spojrzał w górę i zobaczył jej pocieszający uśmiech.

– Zaufaj magii – powiedziała tylko. Skinął głową, ale nie był tak pewny przyszłości jak ona.

– Musimy znaleźć łódź. – Rozejrzał się na boki, mając nadzieję, że wypatrzy nabrzeże, ale nawet jego wspaniały wzrok nie przydał się na wiele: okolica była bezludna, nigdzie nie było żadnych zabudowań, ani nawet prowizorycznej przystani.

– Możemy też poprosić o pomoc.

– Co takiego?

– Smoki sobie pomagają, nie wiesz o tym?

– Chyba nie chcesz się zmienić?

– Nie muszę.

Sinaug patrzył, jak jej szmaragdowozielone oczy zalśniły, a maleńkie, okrągłe źrenice zwęziły się w pionowe, cieniutkie ziarna. Benikaon zawołała głośno niskim, gardłowym głosem o pomoc w przepłynięciu jeziora. Tylko przez ułamek sekundy widział lśniące kły i długi, ostry język jak u Smoka Wiatru. Dziewczyna odetchnęła głęboko i zachwiała się, jakby właśnie przebiegła kilka kilometrów. Przytrzymał ją i pomógł jej usiąść.

– Wszystko w porządku? Co zrobiłaś? Przemieniłaś się częściowo w Smoka?

– Nie, tak się nie da… Poprosiłam go, by krzyknął. Może to brzmi dziwnie, ale dość łatwo mi panować nad świadomością Smoka, bo znam ją jeszcze z czasów, gdy należała do Ignis.

– Czy Ignis nie zamieniała się w Smoka Ognia?

– Tak – powiedziała krótko, jakby to wszystko tłumaczyło. Sinaug domyślał się jednak, że wynika to z magii. W końcu żadna z nich nie była po prostu Smokiem, tylko czasami się nim stawały.

– Czy to naprawdę pomoże…

Ale jeszcze zanim skończył, falująca delikatnie powierzchnia wody zawrzała i po chwili wynurzyła się z niego podłużna głowa Smoka Wody z odstającymi niczym płetwy skrzelami. Sinaug odsunął się, a jego ręka instynktownie sięgnęła po strzałę, ale natrafiła na pustkę. Smok spojrzał na niego i elf zamarł. Nie chodziło o to, że Smok doskonale wiedział, o czym Sinaug myślał, ale o to, że obaj mieli takie same lazurowe oczy. Tak jak wcześniej w Smoku Wiatru dostrzegł Benikaon, tak teraz w Smoku Wody zobaczył siebie. Czy to w ogóle było możliwe? A może tylko po raz pierwszy dostrzegł w Smoku inną, żywą istotę, a nie tylko okrutną bestię.

– Przepraszam, że cię niepokoję – powiedziała Benikaon, a w jej głosie słychać się dało echo słów kogoś innego. Smok odwrócił swoje chłodne spojrzenie od twarzy Sinauga i skupił się na mówiącej do niego dziewczynie. – Chcemy dostać się do Królestwa Karpi.

– To w tobie drzemie nasza świadomość – odezwał się Smok, a delikatne łuski zalśniły w słońcu, gdy pysk poruszył się nieznacznie.

– Tak.

– W takim razie właśnie ciebie szukałem.

– Mnie? – zdziwiła się Benikaon, a echo zniknęło z jej głosu. Na brzegu znowu stała tylko elficka dziewczyna.

– Król Karp przesyła pozdrowienia i prosi was, byście odwiedzili go w jego zamku.

– Król? – zdziwili się obydwoje. – Skąd Król Karp wie…

– Wsiadajcie.

Sinaug zawahał się, ale widząc, że Benikaon bez strachu wchodzi do wody i siada na grzbiecie olbrzymiej bestii a Smok patrzy na niego wyczekująco, zdecydował się mu zaufać. Jako strzelec jeszcze nigdy nie spotkał Smoka Wody. Ze zdziwieniem stwierdził, że jego mocne łuski są jednocześnie miłe w dotyku i w jakiś dziwny sposób miękkie. Smoczy Kamień na jego czole miał głęboką, szafirową barwę, taką samą jak łuski, gdy nie padało na nie żadne światło. Grzebień na plecach służący za płetwę grzbietową ułożył się płasko, by mogli wygodnie usiąść.

Gdy tylko Smok upewnił się, że dwa elfy na jego grzbiecie objęły go dostatecznie mocno nogami, ruszył z gracją ku horyzontowi. Benikaon czuła się tak jak wtedy, gdy sama pędziła w przestworzach. Mimo zawrotnej prędkości stabilnie siedziała na smoczym grzbiecie i z zachwytem patrzyła na wysokie fale, jakie zostawiali za sobą. Sinaug także patrzył za siebie, za oddalającym się lądem. On na grzbiecie Smoka – tego nigdy się nie spodziewał.

Nie minęła nawet godzina, a zaczęli zwalniać, bo na horyzoncie pojawiły się pierwsze wyspy. Smok minął je slalomem w kilka minut i żadne z nich nie zdołało dostrzec niczego na brzegu, tak szybko się poruszali. Sinaug nie mógł w ogóle zrozumieć, jak komukolwiek udawało się zabić te Smoki, skoro poruszały się z taką szybkością. Z drugiej strony latające były równie szybkie i na każdego istniał sposób… Starał się odgonić od siebie te myśli – w końcu zostawił to życie za sobą, ale wrażenie, jakie zrobiła na nim bestia samo odsuwało mu obrazy z przeszłości.

W końcu Smok wpłynął między strome skały, na szczycie których stal ogromny zamek o nieregularnych ścianach. Bestia uniosła wyżej łeb i przednimi łapami zaczęła wspinać się po klifie. Benikaon pisnęła cichutko, zaskoczona tym dziwnym ruchem wodnego stworzenia. Spojrzała z przestrachem na ogromną, mocną łapę o ostrych szponach i z błoną pławną, która pojawiła się obok jej nogi. Na brzegu widzieli tylko jego łeb i długą szyję, ale Smok musiał być olbrzymi.

Zeszli z jego karku, gdy tylko sięgnął najwyższej półki. Czekał tam na nich przysadzisty krasnolud o miłym spojrzeniu. Benikaon odwróciła się, chcąc podziękować Smokowi, ale bestia już zniknęła pod wodą. Nawet nie zdążyła się mu przyjrzeć.

– Tędy proszę – powiedział krasnolud i wskazał im grotę. W środku nie było żadnych świateł, ale cała trójka świetnie widziała w ciemnościach.

Krasnolud opowiadał im niby przewodnik o starym klifie i zamku z rafy koralowej, który stanowił istny labirynt sal i korytarzy.

– Sala tronowa została specjalnie powiększona i przystosowana do potrzeb Króla Karpia – mówił niczym nakręcona zabawka, gdy ktoś stanął im na drodze.

Mały goblin z nieodgadnionym, a co zaskakujące nie ze złośliwym uśmiechem stał w przejściu. Krasnolud przerwał swoją opowieść i skłonił się z szacunkiem. Goblin skinął głową na krasnoluda i ten odszedł w milczeniu, żegnając się kolejnym ukłonem. Poszli za nowym przewodnikiem, nie mogąc wyjść spod wrażenia tego, że tak różne stworzenia żyją tutaj ze sobą w całkowitej zgodzie.

– Podoba wam się zamek? – spytał ich przewodnik miękkim głosem. Spojrzeli po sobie zdziwieni, bo oto najwyraźniej prowadzący je goblin był płci żeńskiej. Spotkanie goblinki nawet w siedzibie goblinów graniczyło z cudem, a co dopiero w zamku z rafy koralowej. Przypatrywali się jej zaintrygowani, ale z tyłu, w prostych ubraniach goblinów niczym nie różniła się od mężczyzn. Tylko na jej głowie połyskiwała ozdoba, która w żadnym razie nie mogła należeć do przedstawiciela płci męskiej.

– Jest niezwykły, pani – powiedziała ostrożnie Benikaon, pamiętając, że krasnolud złożył jej głęboki pokłon.

Goblinka odwróciła się, a w jej dużych, brązowych oczach błysnęło rozbawienie. Chociaż wyglądała tak jak wszystkie inne gobliny, to radosny uśmiech łagodził jej brzydką twarz, a mała, oksydowana tiara dodawała jej niespodziewanej w tych okolicznościach słodyczy…

– Wiele lat temu ta rafa znajdowała się na dnie jeziora, ale postanowiono stworzyć tu archipelag i wszystko, co wcześniej znajdowało się na dnie ujrzało światło dzienne. Rafa okazała się wspaniałym szkieletem dla zamku, a skrzynie ze złotem, które kiedyś ukryli tu piraci, przydały się, gdy zaczęto budowę miasta – mówiła gawędziarskim tonem. – Wcześniej na tym jeziorze była tylko jedna wyspa: Oko Karpia. Pewnie ja zobaczycie.

Spojrzeli na siebie, wyczuwając dziwną nutę w jej głosie. Jednak ich uwagę od sugestii, że niedługo sami zobaczą jedyną naturalną wyspę na tym jeziorze, odwróciło miejsce, w którym się znaleźli. Goblinka podeszła do ogromnej kryształowej tafli i zastukała delikatnie w jej powierzchnię. Spojrzeli na tę dziwną przeźroczystą ścianę, która odgradzała od nich większą część pomieszczenia. Po drugiej stronie były różnokolorowe koralowce i puste muszle, a na samym środku ogromna dłoń kamiennego posągu, którego reszta żadną miarą nie zmieściłaby się wewnątrz nawet gdyby cały zamek był jedną wielką salą.

– Czy to jest akwarium? – spytał goblinkę Sinaug.

– Tak. A także sala tronowa.

Najpierw nie zrozumieli jej słów, ale już po chwili wszystko stało się jasne. Zza ogromnych koralowców wypłynął olbrzymi, złocisty karp i zajął miejsce na kamiennej dłoni niczym na królewskim tronie. Na głowie ryby zalśniła korona, która była równie duża, co Benikaon i zapewne kilkakrotnie od niej cięższa.

Czar - 09(ilustracja autorki)

Gdyby o spotkaniu, w którym właśnie brali udział, opowiedziałby im ktoś inny, zapewne uśmieliby się setnie. Ale coś w ciemnym spojrzeniu czarnych, pionowych tęczówek sprawiło, że żadne z nich nawet nie pomyślało, iż padli ofiarami niewybrednego gobliniego żartu. W tej koronowanej rybie było więcej powagi, wdzięku i majestatu niż we wszystkich władcach, których kiedykolwiek poznali. Było w niej więcej dostojeństwa i potęgi, niż w najwspanialszych magach ich czasów. Sam widok złocistego karpia sprawiał, że kolana się pod nimi uginały, każąc ich dumnie wyprostowanym sylwetkom skłonić się w akcie pokory i uwielbienia, które nie było zapewne niczym nowym dla spoglądającego na nich stworzenia. Taka to była ryba!

– Oto jego wysokość Król Karp – zaanonsowała goblinka.

Klęcząc już skłonili nisko głowy, czując na sobie uważne spojrzenia karpia i goblinki. Zupełnie poważnie pomyśleli to samo: Król Karp na pewno robi rybi dzióbek.

 

Czar - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | OSTATNI | BONUS

Reklamy