Tagi

, , ,

Opowieść Trzecia
Wyzwanie edukacyjne

[Opowieści Rodzinne]

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT DRUGI

Selena trochę nieprzytomnie wyjrzała ze swojego gabinetu, mając niejasne poczucie, że ktoś czegoś od niej chciał. Wiedziała, że Tycjan rano zaprowadził chłopców do dziadków. „Moich czy ich?” – przemknęło jej przez głowę. Bez względu jednak na odpowiedź, nieobecność dzieci w domu zdawała się zaprzeczać temu, by ktokolwiek mógł czegoś od niej chcieć. A już na pewno nie przed obiadem.

Tycjan upierał się na regularne rodzinne spacery po dolinie, argumentując to tęsknotą dzieci. Zgodziła się w końcu na godzinne przechadzki po obiedzie, przedłużające się czasami w wyniku wizyty u rodziny… Czasami nawet sprawiało jej to wszystko przyjemność i niemal nie irytował fakt, że nie może zajmować się swoimi badaniami. A gdy jednak czuła irytację, to powtarzała sobie, że robi to dla dzieci. Ale prawda była taka, że na tych koszmarnych przechadzkach dzieci były zajęte wszystkim dookoła włącznie z tym okropnym psem, a Selena całą swoją uwagę musiała przeznaczać mężowi, który ciągle jej o czymś opowiadał i jeszcze oczekiwał od niej naocznego zainteresowania tymi opowieściami.

Nie zmieniła jednak swojej decyzji co do uczestniczenia w tych przechadzkach. Świeże powietrze i ruch sprawiały, że po powrocie miała więcej energii do dalszej pracy. Poza tym, jak uczono ją jeszcze na Marsie, dla dziecka ważna jest już sama obecność rodzica, nie trzeba narzucać mu konkretnych interakcji, jeśli dziecko nie wykazuje nimi zainteresowania. Przytulała zatem chłopców, gdy wyciągali do niej rączki, i odpowiadała, gdy zadawali te swoje naiwne pytania o otaczający ich świat. Sama przy tym wiele się uczyła, bo Ziemia była równie obca dla niej co dla jej dwuletnich synów.

– Powinnaś chyba częściej wychodzić z tej samotni – powiedział wesoło profesor, patrząc w jej zaspane, jasnozielone oczy. Przetarła je odruchowo, czując, że zaczynają ją szczypać, jak zawsze, gdy wychodziła z jasno oświetlonego gabinetu.

– Tata? A gdzie są chłopcy? – Rozejrzała się, przekonana, że to jest powód tej niespodziewanej wizyty.

– U Mortimera…

– Aha. U moich dziadków… – Jedna zagadka mniej. – Czy coś się stało? Tycjana nie ma w domu?

– Jest – powiedział w ten swój irytująco oszczędny sposób profesor.

– Przyszedłeś z wizytą towarzyską? – dopytywała dalej, wiedząc, że gdy ojciec postanowi urządzić sobie z rozmowy zabawę w „dwadzieścia jeden pytań” jak to nazywał, to należy się z tym pogodzić i współpracować.

– Nie.

– Tato… – jęknęła i odgarnęła z czoła złote loczki, które wciąż wymykały się z praktycznego koka. Od kilku dni niemal nie spała, zajęta swoimi badaniami, do minimum ograniczając rutynowe czynności, do jakich należało między innymi czesanie się. Z całego obrządku dnia codziennego w mocy pozostawały już tylko kwestie higieniczne i żywieniowe. Praca pochłonęła ją bardziej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

– No dobrze. – Profesor ujął córkę pod ramię i poprowadził do salonu, gdzie na kanapach rozciągnęli się znudzeni życiem Orf i Dżej. – Idziemy z młodymi do szkoły. Pomyślałem, że też powinnaś pójść.

– Ja już ukończyłam szkołę – syknęła wrogo, a oko zadrgało w kierunku robiącej do niej miny młodszej siostry.

Już w domu rodzinnym nie dogadywała się najlepiej z rodzeństwem, a odkąd założyła własną rodzinę stosunki z Orfem stały się chłodne, a z Dżej zwykle zaczynały przerzucać się złośliwymi uwagami. Przez zmęczony pracą umysł przebiegło jej pytanie: czemu? Przecież kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Pomagała im w nauce, gdy tego potrzebowali. Lubili razem się bawić. A pewnego dnia wszystko się zmieniło i nikt nawet nie wiedział dlaczego.

– Przecież wiem! – zawołał ze śmiechem profesor. – Trzeba się przejść w sprawie chłopców.

– Są za mali na szkołę. Pójdą do niej za trzy lata – przypomniała dobrodusznie i już chciała się zbierać, zostawiając za sobą pytania o szlaki, którymi podążyły jej relacje z rodzeństwem, ale profesor wciąż trzymał mocno jej ramię.

– W miasteczku są takie… jakby to nazwać, nie używając ich nazwy…

– A co jest nie tak z ich nazwą? – zainteresowała się Dżej.

– Mniejsza o to. Małe dzieci, zanim pójdą do szkoły, są odprowadzane do takiego wielkiego placu zabaw, gdzie mogą poznać inne dzieci.

– Moje dzieci nie muszą nikogo poznawać! I ja też nigdzie się nie wybieram, tato.

– Kochanie – powiedział spokojnie profesor i Selena zatrzymała się wpół kroku, słysząc stanowczą nutę w jego głosie. Jej rodzeństwo wyprostowało się nagle, tak samo wyczulone na ten ton jak Selena. – Chłopcy jako jedyni z naszej rodziny mają szansę płynnie i bez większych problemów wejść w ten świat. Nie należy im tego utrudniać. Poza tym dobrze wiesz, że kontakty z rówieśnikami są bardzo ważne dla prawidłowego rozwoju. Nie mogą całych dni spędzać ze sobą. Potrzebny jest im kontakt z różnymi dziećmi.

– Dobrze, już dobrze. Ale po co ja mam iść oglądać ten plac zabaw?

– Jesteś ich matką.

– Jakoś nie widzę, by mama szła w sprawie szkoły. – Selena znacząco kiwnęła głową w stronę młodszego rodzeństwa. – Ja mam co robić, a Tycjana najwyraźniej bawi takie bieganie po Ziemi i przynoszenie do domu dziwacznych rzeczy i opowieści.

Selena starała się nie myśleć o tym kudłatym potworze, który rozpanoszył się w jej domu. Gdziekolwiek się obejrzała, ten stwór tam był i się ślinił. Albo sikał. Albo gubił sierść. Tycjan robił, co mógł, by w domu było czysto, ale roboty nie ubywało. Dzieci też z dnia na dzień stawały się coraz trudniejsze do opanowania. Może to nie taki głupi pomysł, by spotkały kogoś, kto ich zmęczy tak, jak one własną matkę…

– Arachne ufa mojemu osądowi i akceptuje podjęte przeze mnie decyzje – powiedział z uśmiechem pod nosem profesor. Dżej i Orf, wciąż milcząc, czujniej spojrzeli na ojca. Ten ton także znali. Ojciec sugerował siostrze coś, czego ta zapewne nie chciała słyszeć.

– Może chodźmy sami – włączył się nieśmiało Orf niejako w obronie niczego niespodziewającej się Seleny.

– Ja też ci ufam, tato – odezwała się równo z bratem Selena, bardziej skupiona na własnych myślach niż na słowach ojca. Jej umysł zaczął rozważać korzyści i minusy propozycji profesora… Inne dzieci na pewno są brudne… Chłopcy mogą nabrać złych nawyków. Trzeba ustalić poziom higieny w miejscu docelowym…

– Tak, ale o dzieciach decydują rodzice, nie dziadkowie – powiedział dobitnie profesor. Dżej zachichotała radośnie, a Orf tylko odchylił się na kanapie z westchnieniem rezygnacji. Próbował. Nikt mu nie powie, że nie.

– No tak… – Selena z namysłem spojrzała na ojca i po chwili zrobiła się czerwona na twarzy. Ojciec właśnie jej zasugerował, że nie pozwala Tycjanowi o niczym decydować. A przecież odkąd tu zamieszkali Tycjan decydował o wszystkim, co działo się w domu. Nawet te przeklęte spacery to był jego pomysł! I to ona nie pozwalała mu o niczym decydować? – Kochanie, idziemy do miasta! – krzyknęła w głąb domu. – Zrób coś z psem… – słowa zamarły jej na ustach, gdy Tycjan z radosną miną wbiegł do pokoju ze skórzanym rzemieniem, na którym prowadzał psa.

– To trochę daleko, ale najwyżej go poniosę! – powiedział uspokajająco, widząc, jak żona zamyka oczy, ukrywając nagły tik.

„Nie powiedziałam, że „my”! Nie powiedziałam, że ty też!” – myślała zrezygnowana. Ale nie potrafiła mu tego zabronić, gdy zobaczyła, jak się ucieszył. Z jakiegoś powodu i jej sprawiło to radość.

– I niby ja ci na nic nie pozwalam – mruknęła, mijając zmagającego się z rozbawionym psem męża.

 

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy