Tagi

, , ,

Opowieść Trzecia
Wyzwanie edukacyjne

[Opowieści Rodzinne]

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT SIÓDMY

Dżej przemierzała korytarze i schody szkoły, tupiąc zawzięcie. Niedoczekanie ich, jeśli myślą, że ona będzie się tu uczyć! O, jeszcze im pokaże, co o tym myśli. Choćby miała całą tę szkołę przemienić w proch, to nie będzie uczyła się z tymi szczylami! To nie jej wina, że się tu przeniosła! To nie jej wina, że te durne testy nie odzwierciedlają jej wiedzy! Co to w ogóle były za pytania: Jak działają podaż i popyt? Nigdy nie słyszała o takich maszynach, to jak miała wyjaśnić ich mechanizm? Albo to: Jak rozmnażają się rośliny? Produktywnie, a jak niby? Skąd ona ma wiedzieć, co to są pływy? Może jakieś produktywnie rozmnażające się rośliny?!

– Zadławcie się tymi pływami! – krzyknęła na całe gardło i kopnęła jakiś pojemnik, wysypując z niego górę śmieci. – Nawet nie zamierzam tego sprzątać! – warknęła nie wiadomo do kogo i ruszyła dalej.

Po kilku krokach zdała sobie sprawę z tego, że nie wie, gdzie jest. I dopiero wtedy dotarło do niej w pełni znaczenie słowa „labirynt”, o które ten bezsensowny test także pytał. Teraz wiedziałaby, co odpowiedzieć: to ona została w nim uwięziona…

Zaczęła na oślep skręcać w małe korytarze, chodzić w górę i w dół po schodach, ale nie widziała w tym budynku żadnej logiki. Przecież nie był tak wielki, gdy do niego wchodziła. Skąd tutaj w ogóle tyle pięter?!

– Ty jesteś z tej drugiej planety, co? – usłyszała jakiś leniwy głos, schodząc z kolejnych schodów. Rozejrzała się i zobaczyła kogoś siedzącego na ławce pod ścianą. – No, nie bój się, nie gryzę – powiedziała dziewczyna… Chyba dziewczyna.

Dżej sprawiało duży kłopot rozpoznawanie cech Ziemian. Ich ubrania miały w sobie tyle logiki, co ten przeklęty budynek. Postrzępione, nierównomiernie dopasowane, z licznymi elementami dyndającymi i wypukłymi… Ot choćby ten osobnik miał na sobie jakiś rodzaj czarnego skafandra z dziwnym zygzakiem na przedzie. Ale już spodnie luźne, jakby dwa zielone worki pełne dodatkowych skrawków materiałów w przygnębiających kolorach błota. Skrawki te zwisały, jakby spodnie były poszarpane, a miedzy nimi bujały się różnokolorowe przedmioty, dzwoniąc i odbijając światło. O butach Dżej wolała nie myśleć, bo nawet w najśmielszych snach nie wpadłaby na pomysł, skąd taki cudak jak ten dorwał obuwie wojskowe!

Twarze także nie pomagały jej w rozpoznawaniu cech osobniczych. Przede wszystkim nie było żadnego wzorca długości włosów dla określenia płci. Zresztą, ciężko mówić o długości, gdy część włosów jest krótka, a pojedyncze pasma sięgają ramion, łopatek, pasa… Istna dżungla! Najdziwniejsze jednak były grzywki. Ta obecnie przez nią obserwowana była długa i zakrywała połowę twarzy, która pewnie jak u większości Ziemian pokryta była barwnikami lub, jak podejrzewała Dżej, zaczęła je sama wytwarzać na wzór opalenizny… Tylko że w różnych kolorach! Czym bowiem była kolorowa pigmentacja skóry, w porównaniu z wróżkami z bajek? Czy ją też to spotka? Czy nagle jej uszy zaczną zielenieć? A może urosną jej skrzydła? Kto wie, jak ich ciała zareagują na to Ziemskie promieniowanie?

– Jestem, a co? – spytała w końcu, udając nonszalancję, tak jak to podpatrzyła u Orfa.

– Znudziło wam się tam? – Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Dżej z satysfakcją pomyślała, że udało jej się ustalić przynajmniej płeć. Nie mogła się mylić. Faceci tak się nie szczerzą. Oni robią to jakoś inaczej…

– Przyjechaliśmy na wakacje.

– A jasne… – zgodziła się podejrzanie szybko i wyciągnęła przed sobą nogi w dziwnych spodniach.

Dżej przyglądała się z niejakim zafascynowaniem całemu jej strojowi pełnemu tych drobiazgów podoczepianych bez żadnego sensownego schematu. Czy to był jakiś złożony kod, pozwalający przekazywać informacje o swoich preferencjach? Może w ten sposób próbowali naśladować mieszkańców Marsa?

– I w wakacje idziecie do szkoły?

Wyrwana ze swoich myśli Dżej nie wiedziała, co powiedzieć. Znała ton, jakiego użyła nieznajoma aż za dobrze: leniwy i kpiący. Orf ciągle tak do niej mówił, chcąc okazać jej swoją wyższość, starszeństwo i dystans do jej „śmiesznych problemików”. Najeżyła się i odwróciła na pięcie, ale śmiech dziewczyny kazał jej zawrócić.

– W porównaniu z tym, czego uczyłam się u siebie, tutejsza szkoła to zwykła kpina! – powiedziała wyniośle, prostując się na całe swoje 159 centymetrów. – Uczycie się o jakichś pływach i labiryntach, a wątpię, by ktokolwiek z was wiedział cokolwiek chociażby o fizyce kwantowej.

– Oho, jaka poważna. – Z twarzy dziewczyny nie schodził kpiący uśmiech. Odgarnęła z oczu czarną grzywkę, odsłaniając metalowy przedmiot lśniący w brwi. Dżej odstąpiła o krok, widząc ten dziwny rodzaj tortur, jakim kiedyś poddano dziewczynę. Ale ta nawet nie mrugnęła, gdy metalowe kółko zakołysało się zahaczone przez włosy. – A długie te wakacje?

– Nie wiem – powiedziała bez zastanowienia, wpatrując się w metalowy przedmiot. Czy na nim kołysał się jakiś koralik?

– Super sprawa z takimi wakacjami – powiedziała pojednawczym tonem dziewczyna. – Jestem Luna. – Wyciągnęła rękę do Dżej, ale brak zrozumienia tego gestu skłonił ją do opuszczenia jej z powrotem na ławkę. – Całe miasto o was gada.

– Nie ma o czym.

– No właśnie. Ale może się to zmieni, jak będziecie się częściej pojawiać wśród ludzi.

– A po co mielibyśmy…

– Tak tylko mówię. Nie gryziemy, serio.

Dżej patrzyła na Lunę nie do końca przekonana. Dziewczyna wyglądała, jakby wygrzebała swoje ubranie ze śmietnika, zaraz po ucieczce z sali tortur. Czarne włosy sprawiały wrażenie niechlujnych, ciągle spadały na twarz i zasłaniały oczy, które także miały jakiś nienaturalny kolor… I chociaż Luna przywodziła na myśl dzikie zwierzę, to jednak wszystkie te dziwne elementy jej wyglądu w jakiś nieodgadniony sposób pasowały do siebie. Z każdą chwilą Dżej odnajdywała w tym zestawieniu kolorów i kształtów coraz większą harmonię.

– Jestem Dżej.

– Miło cię poznać. – Uśmiech tak dalece odmienił twarz Luny, że Dżej odważyła się przysiąść obok.

– Na co tu czekasz?

– A… Wezwano mnie na dywanik… No, nie popisałam się na zajęciach i chcą ze mną na ten temat porozmawiać – wytłumaczyła, widząc, że Dżej nie rozumie zwrotu z dywanem. Może na Marsie nie mają dywanów?

– A co zrobiłaś?

– Przywaliłam jednemu palantowi w głowę sztalugą.

– Czym?

Luna zaczęła się śmiać tak głośno, że z kilku pomieszczeń wynurzyły się głowy proszące o ciszę.

– Pytasz o to, czym go zdzieliłam, a nie za co, albo czy mu nic nie jest? – spytała, przecierając oczy ręką i rozmazując przy tym dziwne kolorowe wzory wokół nich. – O cholera, ale się zapomniałam. – Spojrzała na swoje kolorowe dłonie. – Polubiłam cię, Dżej – powiedziała, wycierając rękę w spodnie. – Jakbyś się zdecydowała tutaj uczyć, to wpadnij do sali muzycznej. Wszyscy mnie tam znają.

– Jasne… – bąknęła Dżej, przerażona widokiem zielonych i czarnych smug rozchodzących się od oczu Luny. Czyli to nie była naturalna pigmentacja. Ona musiała sama nakładać sobie na twarz te kolory. A może to czwartoklasiści używali na niej swoich kredek? Co to za szkoła, która pozwala na takie rzeczy? Czy w kolejnych klasach uczą się z kolei przekuwania czyichś twarzy? A dalej co? Łamanie rąk i nóg?! Nie odważyła się jednak spytać.

– Luna – usłyszały wezwanie z pokoju, przed którym siedziały.

– Nie upiecze mi się… – powiedziała dziewczyna z westchnieniem. – A, jak chcesz znaleźć stąd wyjście, to idź za tymi jasnymi strzałkami na ścianach – mrugnęła do niej, znikając w drzwiach.

Dżej siedziała jeszcze chwilę oszołomiona tym spotkaniem z Ziemianką. Dopiero gdy uspokoiła pędzące ku przeraźliwym wizjom ludzkich tortur myśli, rozejrzała się za strzałkami. Kierując się nimi trafiła wreszcie do holu głównego.

 

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy