Tagi

, , ,

Opowieść Trzecia
Wyzwanie edukacyjne

[Opowieści Rodzinne]

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT DZIEWIĄTY

Kołtun kręcił się między nogami, spowalniając ich marsz. Tycjan starał się go jakoś uspokoić, ale znudzony czekaniem na nich pies ani myślał nie okazywać radości na widok swoich ludzi. Tak bardzo ich kochał! Nawet tego dziwnego człowieka z apetycznym złotym obwarzankiem na głowie. Jego lubił najbardziej, bo zawsze uciekał przed nim, bawiąc się w polowanie na nogę. Tycjan doskonale znał tę zabawę i robił co tylko mógł, by złapać Kołtuna, nim Selenę na poważnie zdenerwują te regularne gonitwy.

Ale po wizycie w szkole kobieta nie zwracała uwagi na niezdarnie próbującego oślinić jej stopę szczeniaka, tylko szła wolnym krokiem, pogrążona w swoich myślach. Profesor z Dżej i Orfem już skręcili do swojego domku, pozostawiając Tycjana w tej pełnej wzniosłych myśli ciszy. Na pewno były wzniosłe. Selena nigdy nie myślała o błahych sprawach. Na Marsie nie musiała, a tutaj zajmował się nimi Tycjan. O, na przykład teraz, gdy Kołtun zaaferowany równym rytmem kroków Seleny poślizgnął się i wpadł do kałuży. Tycjan wytarł mu łapki, zapiął smycz, by udaremnić szczeniakowi ponowne zbliżenie się do żony, a potem będzie musiał jakoś go umyć, nie korzystając z łazienki, którą na pewno po tak długim pobycie poza domem Selena natychmiast zajmie.

Właśnie takie proste sprawy dnia powszedniego zajmowały jego głowę. Potem będzie musiał zrobić obiad, pójść po bliźniaki, posprzątać… Może zostanie mu chwila na przekopanie jednej grządki?

– Pójdę po dzieci – powiedziała nieoczekiwanie Selena.

– Miały zostać u Mortimera na obiad – powiedział cicho. Selena zatrzymała się i spojrzała na niego w zamyśleniu.

– No to zabierz to do domu i umyj, bo jest brudne. Zjemy u dziadka.

– Ty z dziećmi?

– A ty nie chcesz iść na obiad? – spytała zdziwiona.

– No…

– To chyba nie zabierzesz tego brudasa do cudzego domu?

Tycjan patrzył na nią nie do końca rozumiejąc problem. Przecież ilekroć podczas spaceru z psem odwiedzał teściów czy dziadków, Kołtun zdołał ubrudzić się po drodze. Nikt nie miał mu tego za złe. Tycjan zawsze wtedy brał szczeniaka na ręce, zanosił do łazienki, wycierał, albo mył ku uciesze Kołtuna… Czasami mył też bliźniaki, bo dzieci robiły wszystko to, co pies i wchodziły w progi domu równie umorusane.

– Jest brudny – powiedziała dobitnie Selena, gdy cisza zaczęła się przedłużać.

Skinął głową, widząc, że jej melancholijny wyraz twarzy przechodzi w irytację. W zasadzie cały dzień dość dzielnie znosiła i to, że zmuszono ją do wyjścia z domu oraz towarzystwo tak Kołtuna, jak i obcych ludzi. Nie należało jej narażać na kolejne obrazoburcze informacje i to z tak drażliwej dziedziny, jaką była czystość. Jeszcze kiedyś zobaczy, że można „tego brudasa” umyć w dowolnej łazience. Poza tym przecież się bardzo starała. W końcu nie nazwała szczeniaka potworem. Chyba się do niego przyzwyczajała.

Zadowolony z wniosków, do jakich doszedł, ucałował żonę w policzek.

– Umyję go i przyjdziemy na obiad.

Potem pobiegł do domu, a Kołtun wydajac szczeknięcia podobne do dźwięków piszczałek, potruchtał za nim radośnie.

Selena patrzyła za mężem i walczyła z zalewającą ją falą złości. Pies. Na obiedzie! Wszędzie ten pies. Całymi dniami musi go znosić u siebie, a teraz nawet u dziadków. Czemu Tycjan go tak wszędzie ze sobą prowadza? I jak się cieszy, że go ma!

Patrzyła za radośnie drepczącą włochatą kulą i nie rozumiała tej fascynacji męża. Dzieci, to co innego. Dzieci lubią, jak coś jest kudłate i je przewraca. Dzieci wbrew wszelkiej logice lubią się nawet brudzić, to nic dziwnego, że nie przeszkadza im takie śliniące się coś. Ale kto to słyszał, by dorosły mężczyzna…

– Nie mieliście przyjść po chłopców po obiedzie?

– No mieliśmy – powiedziała rzeczowo Selena, witając się z babcią.

– Mama! – usłyszały wołanie z pokoju i dziki galop małych nóżek. – Mama!

Selena stała oniemiała, patrząc jak dzieci biegną do niej i tulą się stęsknione, jakby nie widziały jej kilka dni. A przecież gdy w domu zamyka się w gabinecie na całe przedpołudnia, to nie reagują w taki sposób.

Czy na pewno?

Usiadła na ziemi i przytuliła swoich chłopców jak nigdy wcześniej: ze świadomością, jak bardzo te maluchy potrzebują jej obecności w swoim życiu. Pogładziła rude główki i spojrzała na Letycję, która z przerażeniem spoglądała na swoją kochającą czystość wnuczkę siedzącą na podłodze… Nie tak do końca czystej podłodze – pomyślała z przerażeniem.

– Selenko…

– Kto przyszedł? – Mortimer wyjrzał z pokoju i słowa zamarły mu na ustach. Selena siedziała na podłodze. Niezamiecionej! – Seleno, co tu się dzieje? Czy źle się czujesz?

– Ja? – spytała z uśmiechem podnosząc wzrok na dziadka. – Może trochę. Chyba się za nimi stęskniłam. To pewnie przez te dzieci, które widziałam. Nie wyobrażacie sobie jak ich tam było dużo na raz! Oni w tej szkole mają pełno drzwi, za którymi są podobno niesamowite rzeczy, a za jednymi trzymają bardzo dużo małych dzieci w sali pełnej zabawek…

– Bawek! – podchwycił znajome słowo Bazyli.

– Tak, kochanie. Zabawki. Pójdziecie do szkoły i będziecie się bawić takimi małymi bakteriami! – powiedziała radośnie, a dzieci równie radośnie zaczęły podskakiwać, krzycząc niezrozumiałe dla dorosłych słowa.

Letycja spojrzała na męża i bezgłośnie spytała: – Bakterie?

Mortimer jedynie wzruszył ramionami, rozumiejąc z tego tak samo mało jak ona.

– Może wstaniesz z podłogi, co, kochanie? – zachęciła wnuczkę Letycja.

Selena kiwnęła tylko głową, ale nim wstała jeszcze raz przytuliła bliźniaki, po raz pierwszy od dawna odnajdując w tym prawdziwą przyjemność. Jak mogła tak całymi dniami zamykać się w gabinecie i nie spędzać czasu ze swoimi dziećmi? – pomyślała zaskoczona.

– Więc mówisz, że oglądałaś szkołę? – zagadnął Mortimer, prowadząc ją do najczystszego z pokoi. W zasadzie sądził, że to Tycjan przyjdzie po dzieci, więc dom nie spełniał wymogów czystości akceptowanych przez Selenę. Nic jednak nie dało się już z tym zrobić.

Ale Selena wydawała się nie zauważać rozrzuconych po pokoju zabawek, warstwy kurzu na meblach czy plam od soków i jedzenia, którymi Bazyli i Hadrian przyozdobili chyba już każde pomieszczenie. Szła prowadzona przez synów do dużej interaktywnej planszy holograficznej, by zobaczyć kolejną grę, jaką wymyślił dla nich Mortimer. Miało być bum-bum, jak zapewnił ją Hadrian.

– Tak. I będę mogła tam z nimi chodzić.

– Do szkoły? – zaniepokoiła się Letycja.

– Zachęcali nas, żebyśmy przychodzili. Dzieci podobno lepiej się czują, gdy członkowie rodziny są w zasięgu wzroku. Poza tym udokumentowano pozytywny wpływ czynnego udziału rodzica w procesie nauczania na tak wczesnym etapie rozwoju. Będziemy mogli się bawić bakteriami – powtórzyła z zachwytem, wspominając zabawki edukacyjne. – No i to chyba jasne, że muszę mieć kontrolę nad tym, co oni robią z moimi dziećmi! – powiedziała złowieszczo marszcząc brwi.

– Och, Selenko, to jednak ty – odetchnęła z ulgą Letycja i usiadła w fotelu, nie przestając ścierać plam ze stołu. Mortimer też się rozluźnił, nie ruszywszy się z miejsca, gdzie robił co mógł, by zasłonić wielką plamę na ścianie. Trzeba to będzie zamalować…

– No oczywiście, że ja, a kto inny? – obruszyła się kobieta, klaszcząc dłońmi, by zniszczyć holograficzną asteroidę. Ach ten dziadek, zawsze wymyślał jakieś gry dla małych astronautów. Z nią udawał, że lata na Księżyc.

 

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | OSTATNI

OPOWIEŚĆ PIERWSZA: DECYZJA PROFESORA

OPOWIEŚĆ DRUGA: CI DZIWNI ZIEMIANIE

Reklamy