Tagi

, , , , , , , , ,

Kim jestem?

[Utopia]

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT SZÓSTY

Wiatr targał gałęziami drzew i smagał krzaki. Niósł chłód w każdą, najwęższą nawet szczelinę. Nigdzie nie dało się znaleźć skrawka ziemi, który nie byłby niepokojony zimnymi podmuchami. Skalna półka zawieszona nad głębokim wąwozem była ostatnim miejscem, w którym jakiekolwiek stworzenie miałoby ochotę się znaleźć tego wietrznego wieczora. Ale to z niej rozciągał się najpiękniejszy widok w okolicy.

Chylące się ku zachodowi słońce ozłacało drżące na przyginanych wiatrem drzewach listki, nadając łagodniejszemu zboczu wygląd rozedrganej powierzchni złotego morza. Stroma ściana wąwozu natomiast niknęła w szarości zmierzchu, który wydobywał z nierównych krawędzi skał kształty upiorne i fascynujące zarazem. Leżące u samego wejścia do wąwozu miasteczko także spowite było już szarością kończącego się dnia i coraz więcej okien słało ciepły blask w gęstniejący mrok. W miasteczku już dawno zapadł zmierzch, ale w wąwozie dzień wciąż walczył z nocą.

Wiatr zagwizdał między skałami w tej samej chwili, w której u wejścia do wąwozu pojawiła się grupa dzieci. Chwilę potem stworzenie kulące się na skalnej półce wyciągnęło długą szyję, gdyż pomiędzy drzewami ozłoconego zbocza ktoś z głośnym chichotem zjeżdżał ku dnu starej doliny. Stworzenie spojrzało z zaciekawieniem na kolejną postać, która pojawiła się w wąwozie. Jeszcze jedno dziecko. Noc zapowiadała się interesująco.

***

W sumie było ich sześcioro: Gron, jego siostra Fanna i najmłodszy z piątki rodzeństwa ośmioletni Drum, który wygrał z pozostałymi dzieciakami, wyciągając najdłuższy patyczek, dzięki czemu przysługiwał mu honor dołączenia do nocnej wyprawy. Nigdy nie wychodzili wszyscy na raz. Ktoś przecież musiał udawać, że gada przez sen, żeby nie niepokoić matek nienaturalną dla ich wieku ciszą. Tuan szedł obok Grona, rozglądając się czujnie na boki. To samo robił idący tuż za nimi Szczerbaty. Mion zamykał grupę i tak jak pozostali czujnie rozglądał się na boki. Nie ukrywał przed nimi, czemu z taką chęcią dołączył do tej nocnej wyprawy.

– Mój ojciec spotkał strażnika, gdy był młody i już wtedy wiedział, że będzie kolejnym władcą. Też chciałbym wiedzieć o tym wcześniej.

– Ale przecież masz starszych braci… – zdziwił się na te słowa Gron. Sam był najstarszy, więc wiedział, że to on przejmie dom po rodzicach i będzie odpowiedzialny za resztę rodziny, gdyby któreś z nich wpadło w tarapaty. Po cichu obawiał się, że często będzie musiał wyciągać ich z kłopotów, zanim się usamodzielnią i zajmą własnymi rodzinami…

– Ojciec też nie był najstarszym synem. A w przeszłości zdarzało się, że nawet córki dziedziczyły tron. To strażnik o tym decyduje.

– No i tyle z planu szantażowania go, co Tuan? – zaśmiał się Szczerbaty. Tuan jedynie wzruszył ramionami. Złapanie strażnika było dla niego atrakcyjne tylko ze względu na doniosłość czynu, a nie koronę. Tutaj mu było dobrze. Ojciec zadbał o edukację jedynaka i Tuan był pewien, że kiedyś sam zostanie urzędnikiem swojego miasta. Nim to jednak nastąpi, chciał dokonać czegoś wielkiego. A w okolicy tylko schwytanie strażnika miało odpowiednią rangę.

– A co, jeśli strażnik nie wie jeszcze, kogo wybrać? Albo jeśli to nie ty? – spytała rzeczowo Fanna. Dziewczyna miała głowę na karku. W przeciwieństwie do chłopców nie bujała w obłokach. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie, bo Mion mógłby przysiąc, że potajemnie marzy o rzeczach ciekawszych niż te, które zaprzątały głowy wszystkich chłopców razem wziętych. W końcu nie mówiłaby o podróżach po innych krainach, gdyby było inaczej.

– To i tak wolałbym wiedzieć. Teraz wciąż się łudzę, że będę jak ojciec, nawet jeśli wszyscy mówią mi inaczej…

– Ktoś tam jest – mruknął Drum i pociągnął nosem.

– Gdzie?

Cała grupa zatrzymała się i zaczęła wypatrywać podejrzanego kształtu. Dno wąwozu było od dawna zacienione, ale trudniący się od tysięcy lat górnictwem Inoxyjczycy doskonale widzieli w ciemnościach. W skupieniu przeczesywali wzrokiem mrok, eliminując kolejne kształty, jako nienależące do żywych istot. Nie bali się. Z jakiegoś nieodgadnionego powodu żadne z nich się nie bało…

– No, tu jestem – usłyszeli w końcu czyjś głos i nagle spośród cieni wyszedł do nich chłopiec mniej więcej w wieku Miona. Wyglądał jak każdy inny dzieciak: miał bladą, zapewne piegowatą twarz, kręcone marchewkowe włosy, był trochę pulchny i ubabrany błotem. W ciemnościach nie widzieli dokładnie rysów jego pucołowatej twarzy, ale… jego oczy wydawały się rzucać jakieś złośliwe błyski spod groźnie zmarszczonych brwi. Nie uśmiechał się, chociaż przed chwilą się zaśmiał. Podszedł do nich pewnym krokiem, ale głowę miał pochyloną, jakby czaił się do skoku lub ucieczki – wyraźnie im nie ufał. Nie zdziwiło to jednak nikogo. Kto normalny podchodzi z zaufaniem do bandy dzieciaków spotkanej w środku nocy w górach?

– Nie jesteś z naszego miasteczka – powiedział wyzywająco Gron, ale opuścił rękę, w której trzymał gotowy do ataku kij.

– Bystry jesteś! Nie, jestem z północy. Uciekłem z domu – powiedział, gdy na twarzach zebranych nie odnalazł zrozumienia. – Mam na imię Kin – dodał i jego barki rozluźniły się. Cały się rozluźnił. Powiódł spojrzeniem po całej szóstce i uśmiechnął się, ale wciąż patrzył na nich jakoś tak złowieszczo mrużąc oczy.

– Nie byłem nigdy w północnych miastach – powiedział Mion, nim jeszcze reszta dzieciaków spojrzała na niego z pytaniem w oczach.

– Czego tu szukasz? – spytał zaczepnie Szczerbaty i oparł ręce na biodrach wyzywająco.

– A wy?

Zapadła cisza. W końcu Kin zaczął się śmiać bez powodu.

– Gdybyście widzieli wasze miny, o Bogowie! Na rudę, chyba nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, czego szukam w nocy w rezerwacie. Wszyscy szukają tutaj strażnika.

– No w zasadzie… – Drum pokiwał głową na tę logiczną argumentację. – No, to idziemy – wydał rozkaz i ruszył przodem. Starsi chłopcy spojrzeli po sobie, ale w końcu skinęli głowami w kierunku Kina i także ruszyli.

Chłopiec uśmiechnął się pod nosem i zrównał krok z Drumem.

– Ty tu rządzisz? – spytał zawadiacko, ale Drum zignorował to owiane kpiną pytanie. Wiadomo, że był za mały. Ale też ciężko było powiedzieć, że rządził tu ktoś inny. Po prostu zwykle byli jednomyślni… – Uciekłem z domu, bo wszyscy ciągle mną rządzili – powiedział Kin i spojrzał przez ramię na resztę grupy. – To, że mam dziesięć lat, nie znaczy, że nie umiem samodzielnie myśleć.

– Każdy potrafi myśleć. Ale nie każdy potrafi wymyślić coś mądrego – powiedział chłodno Drum, który zawsze był najbystrzejszy z całego rodzeństwa.

Kin zmełł w ustach przekleństwo i nic już więcej nie powiedział. Nie odłączył się jednak od nich. Nie był stąd, więc zapewne wolał nie ryzykować włóczenia się samemu w nocy po rezerwacie.

Dotarli do końca wąwozu akurat w chwili, gdy słoneczne promienie spełzły z ostatnich liści drzew porastających łagodne zbocze. Wyciągnęli maleńkie świetliste kamienie i potarli nimi o ubrania. Pod wpływem tarcia minerały zaczęły żarzyć się zielonkawym światłem. Wystarczająco jasnym, by oświetlić drogę, i dość słabym, by nie przyciągać uwagi nocnych stworzeń. Tak przynajmniej myśleli.

– Dokąd teraz? – spytała Fanna. Stali na rozwidleniu. Do tej pory przeczesywali rezerwat systematycznie, za każdym razem wybierając inną drogę. Wszyscy jednak mieli dziwne poczucie, że tym razem należy decyzję zostawić gościom. Problem był jednak w tym, że dziwnym zbiegiem okoliczności było ich dwóch.

– Poszedłbym w prawo – powiedział zdecydowanym tonem Kin, ale nawet nie drgnął. Wszyscy pozostali spojrzeli na Miona, jakby czekali na potwierdzenie słów Kina. Chłopiec spojrzał w ciemność czekającą na obydwu trasach. Wiedział jedno: jeśli strażnik nie zechce się z nim zobaczyć, to wybór drogi i tak nie miał większego znaczenia.

– W prawo – powiedział jedynie i ruszyli dalej, a wiatr zawył gdzieś w górze.

Kin i Drum wciąż prowadzili, jednak ich kroki, nawet mimo oświetlonej żarem minerałów drodze, stały się wolniejsze. Mieli wrażenie, że za każdym kamieniem coś się na nich czai, jakby ktoś ich obserwował. Drum kilka razy już wychodził w nocy do rezerwatu, ale nigdy nie czuł się tak, jak teraz. Niewielkie pocieszenie dawał mu fakt, że starszy od niego Kin też trzęsie się jak galareta. Przecież nie był stąd, miał większe prawo do strachu.

– Co tak wolno? – mruknął w końcu Tuan. Noc nie robiła się przecież dłuższa.

– Coś jest przed nami – powiedział ze zdziwieniem Drum, odkrywając źródło swego strachu. Co to za noc, że ciągle ktoś staje im na drodze?

– „Coś”? – spytali jednocześnie Mion i Szczerbaty.

– „Coś” nie brzmi zbyt uprzejmie… – szepnęła Fanna.

– Nieprawdaż? – usłyszeli głęboki głos dochodzący z ciemności przed nimi. A chwilę potem w słabą łunę światła rzucaną przez ich minerały wyszedł wielki, puchaty ptak.

Cała siódemka wstrzymała oddech, widząc, że głowa o ostrym, szerokim dziobie unosi się na długiej, opierzonej szyi, a ogromne ciało kołysze się na krótkich, masywnych nogach. Dziób i ostre szpony lśniły w świetle, a czarne pióra mierzwił nawet najlżejszy podmuch wiatru. Ptak szedł w ich kierunku powoli, z każdym krokiem obniżając łeb coraz bardziej, aż w końcu zatrzymał się tuż przed Drumem. Głowę trzymał tak nisko na wygiętej dziwacznie szyi, że stał z chłopcem oko w oko.

– Bardzo to nieuprzejme – powiedział złowrogo i pchnął dziobem tak mocno, że Drum się przewrócił. – Ale nie aż tak, jak chęć schwytania strażnika w jego własnym królestwie. – Ptak powiódł groźnym spojrzeniem po dzieciach i, nim którekolwiek zdołało cokolwiek zrobić, złapał Fannę za karczek sukienki, posadził ją sobie na grzbiecie i uciekł w noc.

Chłopcy stali z rozdziawionymi ustami, nie wierząc w to, co się stało. Mion jako pierwszy otrząsnął się z szoku.

– Wracamy – powiedział.

– A Fanna?! – zawołał Drum i łzy stanęły mu w oczach.

– Rezerwat to Królestwo Ptaków. Tylko strażnik może nam pomóc, a jedynie władca może mu cokolwiek rozkazać. Musimy jak najszybciej wrócić do miasta.

– To może się rozdzielmy? Pójdziemy za tym ptakiem i zostawimy ślady, żebyście szybciej nas odnaleźli.

– Ale…

– Tę część rezerwatu znamy całkiem dobrze – powiedział Gron, który wciąż patrzył w ślad za porwaną siostrą. – My ze Szczerbatym zostaniemy, wy wracajcie. Tuan świetnie zna drogę.

– No dobra…

– Kin, a ty? – spytał Drum.

– Żartujesz? To przecież był sam strażnik. Nie przepuszczę okazji, by go złapać! – powiedział z zaokrąglonymi szczęściem oczami i pobiegł w ślad za oddalającymi się Gronem i Szczerbatym.

– Mion, idziemy – Tuan potrząsnął jego ramieniem i puścili się biegiem do miasteczka.

Gdy ich oczom ukazały się pierwsze światła, Drum w końcu spytał, łapiąc ciężko powietrze w biegu:

– Myślisz, że to był strażnik?

– Niemożliwe. Tylko władca może dosiąść strażnika.

– Ale przecież wyglądał…

– Nie wiem – uciął krótko Mion.

Ptak mógł wyglądać jak strażnik, a raczej tak, jak wedle opowieści strażnik powinien wyglądać, ale to na pewno nie był on. Może to ktoś z jego stada? Ale miał nikomu o tym nie mówić, więc biegł dalej w milczeniu, chociaż bardzo chciał pocieszyć Druma.

– Może to tylko jakiś podobny ptak. Przecież było ciemno – powiedział w końcu, a Drum kiwnął głową, mając nadzieję, że tak właśnie było. Strażnik nie mógł być zły. Na pewno pomoże uratować Fannę, gdy tylko król go o to poprosi.

Chłopcy przyspieszyli, gdy tylko wbiegli między budynki. Dom urzędnika, gdzie zatrzymał się król, był w samym centrum miasteczka.

 

Wyzwanie edukacyjne - 00

 

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | OSTATNI

Reklamy