Tagi

, , , , , ,

Pod wiatr

[Las Mori’Anth]

Pod wiatr - banerek

FRAGMENT JEDENASTY

Gwen czuła delikatnie wbijające się jej w ramię szczurze pazurki. Ale odkąd maleńka łapka dotknęła jej ręki, Gwen nie czuła już obrzydzenia. Czuła gdzieś w głębi niskie buczenie, takie samo jak to w czasie rytuału. Czyżby to jej chowaniec reagował na chowańca Kiminoom?

– Jesteś pewna, że chcesz iść ze mną? – spytała Salliki, odwracając się po raz kolejny. Musiały iść równym krokiem, by kryształy mogły chronić ich obie, a odkąd weszły między pierwsze płonące pnie nie było to łatwe. Zwalone drzewa tarasowały ścieżkę, a ogień wciąż otaczał je szczelnie. Bardzo szybko zdjęły narzucone wcześniej na siebie swetry i teraz szły ubrane tylko w to, czego nie godziło się zdjąć.

– Jesteś pewna, że wiesz, co zrobić?

– Nie – przyznała Salliki, odsuwając magicznym kosturem kolejną płonąca gałąź. Jak dobrze, że Noah miał go ze sobą i bez jednego słowa pozwolił go zabrać. Fakt, że powiedziała, że prosi o niego mistrz Tornel zdecydowanie pomógł, ale przecież nie było czasu na tłumaczenia. Przekazywany w jego rodzinie kij był niezniszczalny i teraz Salliki doskonale wiedziała, czemu: dzięki jakiemuś zaawansowanemu zaklęciu jego natura nie ulegała zmianie, dlatego nie rozpadał się, nie nasiąkał wodą, ani nie stawał w ogniu. Idealne narzędzie do przesuwania gałęzi w obecnych warunkach.

– W takim razie chyba powinnam tu być… – powiedziała Gwen, ale sama zdziwiła się słysząc swoje słowa. – Tak czuję… – dodała, przechodząc pod kolejną płonąca gałęzią.

– On mówi, że wszystko będzie dobrze – usłyszała w lewym uchu.

– On? – zdziwiła się Salliki, ocierając pot z czoła. Potrójna ochrona, jaką były otoczone – bo ciotka na pewno rzuciła zaklęcie ochronne na swojego chowańca – pozwalała im w miarę bezpiecznie iść przez ten pożar, ale nic nie było w stanie ochronić jej przed tym gorącem.

– Twój chowaniec – przytaknął prosto do ucha Gwen.

– Słyszysz, co on mówi? – zdziwiła się Gwen.

– Nie wszystko… – przyznał szczur. – Ale jestem dość długo chowańcem, by znać kilka sztuczek.

– Czy wiesz… kim on jest? – spytała z nagłą nadzieję Gwen. Ilu godzin jej było trzeba, by z powątpiewania przejść do absolutnej pewności, że magia istnieje? Wolała nawet nie stawiać sobie tego pytania…

– Nie… Nasza komunikacja w tej formie jest bardzo ograniczona, ale czuję, że bardzo szybko rośnie w siłę. Wraz z tobą. Gdyby przyszedł do ciebie, gdy byliśmy z Kimi w twojej wsi, moglibyśmy ci znacznie lepiej pomóc.

– Może to nie był najlepszy czas? – zasugerowała pocieszającym głosem Salliki.

– Być może – przytaknął szczur i z dumą, która udzieliła mu się od jego czarownicy, spojrzał na Salliki. Będzie z niej wspaniała czarownica. Była dzielna i miała bardzo rzadką i potężną magię. Mogła przewyższyć nawet Kiminoom!

– Jak to możliwe, że jesteś starszy od Kimi? – spytała nagle Gwen, przechodząc nad kolejnym pniem. Zakasana spódnica zaczepiła o jakąś gałąź, więc Gwen bezceremonialne szarpnęła materiałem, wydzierając spory kawał.

Słysząc pytanie Salliki rzuciła Gwen przerażone spojrzenie, ale ona nic sobie z tego nie zrobiła. Miała wrażenie, że… zna się ze szczurem od lat. I do tego pytanie pojawiło się na jej ustach tak samo spontanicznie, jak wcześniejsza odpowiedź dla Salliki. Teraz już wiedziała, że jest to pytanie, które chciała zadać i ona, i jej własny chowaniec. To było coś dziwnego… Czuła, że jej świadomość jest jakby głębsza, pełniejsza o rzeczy, których przecież nie mogła wiedzieć. A jednak wiedziała, że musi tu być z Salliki, że znajdą sposób, by powstrzymać ten pożar i że może zadać szczurowi to pytanie.

– Obydwoje jesteście bardzo… ciekawi świata – zaśmiał się szczur, zadowolony, że ten paskudny gil nie słyszy. Ale doskonale wiedział, że ptaszysko obserwuje ich sponad płomieni. Kimi nie musiała mu o tym mówić, nigdy nie przekazywała im nawzajem swoich myśli, ale byli jej chowańcami tak długo, że pewne rzeczy po prostu wiedział o tym pyskatym robalożercu.

– Domyśliłam się już… – sapnęła Gwen, gdy odskoczyła od płomienia, który buchnął z jej lewej strony, machinalnie zasłaniając dłonią uczepionego jej ramienia szczura. – Wiem, że nie mogę pytać o imię chowańca – powiedziała już spokojnie, widząc, że płomień nie zrobił im krzywdy. – Ale nie sądziłam, że i to jest nieodpowiednie pytanie.

– Nie ma w nim nic nieodpowiedniego – pokręcił główką szczur i wtulił się szyję Gwen, wdzięczny, że go ochroniła. Nie zdenerwował się, że pogładziła go w odpowiedzi po miękkim futerku. Znał ją od dawna, z czasem zaczął ją postrzegać jak zbuntowaną córkę Kimi, która za nic nie chciała słuchać o magii. – Urodziłem się zwykłym szczurem. No, na tyle zwykłym, na ile zwykłe może być stworzenie, które ma potencjał do bycia chowańcem. Byłem ciekawy świata i raz bardzo odważnie, mimo ostrzeżeń mojej rodziny, postanowiłem zwiedzić ludzki dom. Mieszkająca w nim kobieta była czarownicą i chyba już wtedy wiedziała, że jestem… inny. Karmiła mnie, więc przychodziłem regularnie. Zabierałem ze sobą rodzeństwo… Czarownica niedługo potem zaszła w ciążę. Gdy Kimi się urodziła, miałem trochę ponad rok. To dużo jak na szczura. Ale nadal byłem ciekawski i gdy czarownica nie patrzyła, wspiąłem się do kołyski i wtedy to się stało. Nie spojrzała na mnie ani nic, po prostu machnęła rączką i trafiła na mój ogon. W jednej chwili stałem się jej chowańcem. W następnej sekundzie jej matka stała już przy kołysce. Obserwowała wszystko przez szparę w drzwiach. Była zadowolona i pierwszymi słowami, jakie do mnie wypowiedziała… pierwszymi, które zrozumiałem, było: „Dziękuję. Proszę, opiekuj się nią razem ze mną”. Teraz w prawo – zakomenderował i kobiety zeszły ze ścieżki. – To było dziwne usłyszeć prośbę z ust człowieka, a jednocześnie wiedziałem, że należy mi się pewien szacunek.

– Chowaniec od razu wie, jak być chowańcem? – spytała z zainteresowaniem Salliki.

– Ależ nie! Uczymy się tego tak samo jak nasze czarownice magii. Czujemy wiele rzeczy, ale nie wszystkie od razu rozumiemy. Tak jak teraz, czuję wiele z tego, co czuje twój chowaniec, Gwen, ale nigdy nie spotkałem się z ukrytym chowańcem, chociaż słyszałem o takich przypadkach. Chowańce porozumiewają się w swój własny, magiczny sposób, ale w tym przypadku jest to dużo trudniejsze… Ale nie martw się, Gwen. On nad tobą czuwa. Nad wami obiema.

– Nade mną też? – Salliki zatrzymała się w pół kroku.

– Wasza magia rezonuje, więc to oczywiste, że wasze chowańce czują odpowiedzialność za drugą czarownicę. Ja też martwię się o Gunam – przyznał cichutko szczur.

– To musi być niesamowite mieć więź z chowańcem.

– Jest to na pewno dziwne uczucie… – przyznała Gwen, analizując na miarę swoich możliwości to, co czuła. – No idź, od stania wcale nie jest chłodniej – powachlowała się ręką.

– Daleko jeszcze?

– Nie, za tamtym… krzakiem, którego już nie ma.

W kilka kroków dotarły do miejsca, które wskazał im szczur.

– Z wami droga była znacznie przyjemniejsza – powiedział z zadowoleniem szczur i wyciągnął łebek, by zerknąć na kryształ. – Potrójne zaklęcie ochrony w tym kryształy wokół was a nie przy Kimi to zupełnie inna jakość spaceru. Muszę przyznać, że bardzo sobie ceniłem też widoki. Nie często można oglądać pożar z tej perspektywy.

– To raczej mało rozrywkowa sceneria – powiedziała kwaśno Salliki, pochylając się nad kryształem, na którym nie było nawet jednej rysy… Za to widać w nim było widoczek. Mistrz Tornel był tak biegły w swej sztuce, że potrafił zamykać zaklęcia w taki sposób, że tworzyły maleńkie obrazy w kryształach. Ten przedstawiał pole namiotów… i krzywą beczkę. To wtedy musiał poczuć magię związaną z rytuałem.

Pod wiatr - 11

– Chowańce mają dziwny gust – usłyszała słowa Gwen. – Jestem przekonana, że ten gil lubuje się w widoku cierpiących ludzi – powiedziała, jakby miała coś konkretnego na myśli.

– Gdy żyje się tak długo, odnajduje się przyjemność w coraz dziwniejszych rzeczach – przytaknął poważnie szczur. – Ale to ptaszysko od początku było wredne – mruknął pod wąsem.

– Nie dziwi mnie to… I co? Masz jakiś pomysł na ten kryształ? Może zabierzemy go stąd…

– Jeśli centrum pożaru się przeniesie, to promień pozostanie niezmieniony, czyli przetransportujemy jedynie pożar w inne miejsce, zostawiając za sobą zwykły ogień… Ciężko mi się w tym gorącu skupić. Wiesz, to strasznie dużo nowych… bodźców. Cały ten płomień jest magiczny.

– I gorący… – bąknęła Gwen.

– Przecież po to wzięłyście mnie – przypomniał o sobie szczur i wyciągnął łapki. – Mogę sprawić, by połączenie między kryształem a pożarem zostało… zerwane. Oczywiście w kontrolowany sposób: pożar zostanie tutaj, a kryształ będzie można zabrać. Ale nie mogę nawet na chwilę go wypuścić.

– No to nie możesz siedzieć na ramieniu… – zawahała się Gwen. – Wiem, że to może nieodpowiednie dla nas obojga, ale chyba stabilniej ci będzie tutaj, co? – wskazała na swój dekolt.

– O, zdecydowanie! – szczur szybciutko zbiegł do wycięcia w jej bluzce i umościł się między jej piersiami. Zszokowana tak szybką decyzją Gwen z otwartymi szeroko oczami spojrzała na Salliki. Było to najdziwniejsze uczucie jakiego doznała: mięciutkie futerko szczura łaskotało jej dekolt, a jego długi ogon owinął się pod jej lewą…

– O bogowie! Żałuj, ze nie widzisz swojej miny.

– Żałuj, że nie czujesz jego bijącego serduszka – powiedziała Gwen, niepewna, czy powinna być zła, przerażona czy rozbawiona. Było to jednocześnie dziwne i miłe uczucie, mieć przy sercu żywe stworzonko, które epatowało ciepłem i magią… Ciche buczenie, które czuła w sobie przybrało na sile, ale było przyjazne. Jej chowaniec nie widział w zachowaniu szczura nic złego, więc i ona postanowiła się tym nie przejmować.

Salliki z głupkowatym uśmiechem wcisnęła za dekolt Gwen kryształ, widząc, jak szczur obejmuje go i układa głębiej, by mieć pewność, że nie wypuści go z łapek. Przemieszczający się żywioł miał większą moc, niż ten statyczny, mógł nawet przebić się przez ich zaklęcia ochronne.

– Dobra, możemy iść? – spytała Gwen, czując się dziwnie z tak obficie wypełnioną bluzką.

– Tak – powiedział szczur i w pełnym skupieniu wpatrywał się w kryształ. Gwen poczuła dziwne mrowienie rozchodzące się po jej ciele od miejsca, w którym siedział szczur. Było podobne do tego w jej palcach.

– Dobra, wydaje mi się, że najbezpieczniej będzie pójść tam, dalej od obozowiska – wskazała Salliki i ruszyły ostrożnie przed siebie.

Gwen całą swoją uwagę skupiała na tym, by iść spokojnie, by nogi stawiać na stabilnym podłożu i by nie oberwać nisko rosnącymi gałęziami. Salliki odsuwała kosturem co tylko mogła z ich drogi, ale jej uwaga była mimo wszystko podzielona. Zastanawiała się, co może zrobić z tym kryształem. Nie miała mocy, by go zniszczyć. Nie miała mocy, by ponownie uwięzić w nim zaklęcie. Nie mogła nawet oderwać go od tego zaklęcia, zostawiając zaklęcia wzmacniające w samym krysztale… Co mogła zrobić?

Zerknęła na kryształ, który szczur ciotki kurczowo trzymał w łapkach, skupiając całą swoją uwagę na tym, by żywioł pozostał w jednym miejscu. Widziała, jak jego białe futerko wilgotnieje z wysiłku. Gwen co jakiś czas podciągała rąbek bluzki, by mieć pewność, że nie zgubi pasażera. Jej zdziwiona wcześniej twarz była teraz pełna troski. Salliki cieszyła się, że były tu razem. Przy Gwen czuła, że wszystko może się udać.

W końcu zobaczyła skraj pożaru. Jak każdy magiczny płomień ten też miał wyraźną granicę. Jedno drzewo stało w płomieniach, drugie było soczyście zielone. Odeszły jeszcze kawałek, bo nie wiedziały, z jaką prędkością promień zaklęcia się powiększa.

– To co teraz? – spytała Gwen, patrząc w dół na ciężko oddychającego szczura. Czuła doskonale, że jego serduszko bije szybciej niż na początku, a małe płucka pompują powietrze dużymi wdechami. Chowaniec musiał być ogromnie zmęczony, ale nawet nie drgnął, gdy się zatrzymały.

– Nic nie wymyśliłam – przyznała Salliki.

Gwen chciała odetchnąć głębiej, ale powstrzymała się, by nie utrudniać dodatkowo zadania szczurowi. Wolała go też nie ruszać, by nie zburzyć jego skupienia. Zamiast tego spojrzała wysoko ponad głową. Łuna znad pożaru była jasna, ale widziała gdzieś tam nad sobą blade gwiazdy na tle kobaltowego już nieba. Niedługo nadejdzie świt… Ile czasu minęło, odkąd Salliki ją obudziła? Ale nie czuła się zmęczona. Czuła jakąś wewnętrzną siłę.

Położyła dłoń na splocie słonecznym. W uszach odbijało się jej to niskie buczenie, a pod ręką czuła drżenie o tej samej częstotliwości. Zupełnie jakby jej ciało było strunami głosowymi jej chowańca.

Uśmiechnęła się, dostrzegając ponad sobą dwa jasne punkty. Kilka godzin temu wyglądały inaczej i trzeba było magii pięciu czarownic, by je zobaczyła. Może ten rytuał to sprawił, a może to kwestia jej wiary jak powiedział niedawno szczur. Nie było to jednak ważne, ona wiedziała, co musi zrobić. Skinęła głową w jego kierunku i z uśmiechem spojrzała na Salliki, wyciągając do niej ręce.

Salliki nie wahała się nawet chwili. Złapała ją za dłonie i teraz także ona usłyszała niski dźwięk, takie samo buczenie jak w trakcie rytuału. Gwen wierzyła, że jej się uda, ona też musiała uwierzyć. Patrzyła jej w oczy, czuła, jak magia Gwen pulsuje między ich palcami, jak rezonuje z jej własną, aż w końcu wszystko stało się jasne!

– Już wiem, co mam zrobić.

Pod wiatr - banerek

POSZUKIWANIA

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | OSTATNI

Reklamy