Tagi

, , , , , ,

Pod wiatr

[Las Mori’Anth]

Pod wiatr - banerek

FRAGMENT TRZYNASTY

Sallikinuam miała skwaszoną minę. Od trzech dni była bohaterką sabatu i od trzech dni cierpiała. Miała dopiero siedemnaście lat, a ostatnie trzy spędziła na nauce pod okiem chyba najznamienitszego czarownika na świecie i w sposób, który pozostanie na językach wszystkich czarownic, po raz pierwszy użyła swojej mocy. A wcale nie chciała znaleźć się na sabacie pod Huntnei. Wcale nie wierzyła w to, że towarzystwo innych czarownic jej pomoże. Wierzyła natomiast, że zostanie pośmiewiskiem, ale stało się inaczej.

Znalazła się czarownica, której towarzystwo jej pomogło. Salliki nie wiedziała jak, ale czuła, że Gwen użyła swojej magii, by jej pomóc w tamtej chwili i chyba nieświadomie wciąż jej używała, bo postępy w używaniu tego rzadkiego talentu jakim Salliki dysponowała były ogromne. Nawet mistrz Tornel patrzył na nią z dziwną miną, gdy udawało jej się bez większych problemów zmieniać naturę różnych zaklęć, które podsuwał jej od rana do nocy.

Z drugiej strony odczytywanie tej natury nie było już takie proste. Chociaż praca nad jej unikalnym talentem szła świetnie, to już postępy w podstawowej magii nie były tak znaczące. W zasadzie można by powiedzieć, że stały w miejscu. Zmysł wzroku nadal nie dostroił się do jej magii. Czy powinna poprosić Gwen o pomoc?

– Nie bądź niecierpliwa, Salliki – zganiła się cichutko i poprawiła na siedzeniu.

Od rana siedziała jak na szpilkach. Jeszcze niedawno z niechęcią myślała o ostatnim dniu sabatu, w którym tradycyjnie odbywała się ceremonia przypisania. Chwila, w której Rada Czarownic rzuca stare zaklęcie, pozwalające odnaleźć swoje magiczne rodzeństwo, czarownice i czarowników, których magia rezonuje. Salliki bała się tej chwili, bo jej ukryta magia mogła nie odpowiedzieć na zaklęcie i zostałaby sama na wielkim placu, wytykana palcami, niechciana… Ale teraz wiedziała, że ma swoją siostrę. Magia Gwen rezonowała z jej własną od chwili, w której się spotkały. Dlatego tak szybko nawiązały nić porozumienia, dlatego nie zawahała się, by powiedzieć jej o swoich związkach z Kiminoom, dlatego mimo wcześniejszej niechęci poszła na rytuał Gwen. To wszystko podszeptywała jej własna magia, która już wtedy musiała odpowiedzieć na także ukrytą magię Gwen. Może właśnie to było powodem, dla którego ich moce rezonowały?

Kiedyś spytała mistrza, od czego zależy ta więź między czarownicami. Pamiętała, że skupione na polerowaniu kryształu dłonie Tornela zamarły, gdy usłyszał to pytanie. On nigdy nie miał takiego połączenia z nikim innym. Bardzo szybko otrzymał tytuł mistrza-nauczyciela, ze świadomością, że gdy znajdzie swoje magiczne rodzeństwo będzie musiał z niego zrezygnować… i chyba czekał na to. Lubił uczyć innych, widziała to. W każdym miejscu, do którego przybywali, młode czarownice prosiły go o porady, a on chętnie ich udzielał. Ale chyba czegoś mu brakowało.

– W zasadzie nie wiadomo, co o tym decyduje, Salli. Niektórzy uważają, że podobieństwo w mocy, dzięki czemu można rzucać potężniejsze zaklęcia, inni, że właśnie najważniejsze są różnice, dzięki którym moce się dopełniają, dając większy wachlarz możliwości. Ja jednak uważam… – powiedział cicho i uśmiechnął się do czegoś, co tylko on widział na szklistej powierzchni żółtego kryształu. Pamiętała, że uśmiech ten był jednocześnie smutny i jakby… przewrotny? Nadal nie potrafiła go nazwać, chociaż miała go wciąż przed oczami. – Moim zdaniem decyduje o tym charakter czarownicy. Jeśli macie w sobie to coś, dzięki czemu potraficie się nawzajem wspierać, wtedy wasze moce się harmonizują i zaczynają rezonować.

– To dziwna teoria mistrzu…

– Dziwna? – spojrzał na nią w zamyśleniu.

– No tak. Zupełnie nie bierze pod uwagę samej magii.

– Może masz rację… – zawiesił głos. – Ale to jest jedyna rzecz, jaka jest wspólna dla wszystkich tych magicznych rodzeństw, jakie widziałem, Salli. Choćby nie wiem jak głupie rzeczy robiły, zawsze mają wsparcie w swoich siostrach i braciach. A wierz mi, że widziałem wiele głupich pomysłów – zaśmiał się i wrócił do polerowania kryształu.

– Może mistrz ma rację – pomyślała. Od pierwszej chwili czuła jakieś porozumienie z Gwen, chociaż jej moc wcale nie drgnęła, gdy się spotkały. Jej magia była tak samo uśpiona jak dzień wcześniej, rok temu i jak w chwili gdy zobaczyła Gwen z oddali, gdy przybyła z ciotką… Jej moc nie drgnęła, a mimo wszystko coś je do siebie przyciągnęło. Czy Gwen też tak to czuła?

– Gotowa? – usłyszała i zobaczyła głowę Gwen w wejściu do swojego namiotu.

– Pamiętam czasy, gdy nie byłaś tak entuzjastycznie nastawiona do rytuałów – powiedziała złośliwie i wstała z krzesła, otrzepując śnieżnobiałą suknię, którą dostała od ciotki.

– Zamierzchła przeszłość, co? Całe trzy dni temu – mrugnęła do niej Gwen, a w jej uśmiechniętej, pucołowatej twarzy pojawiły się dwa dołeczki. Była bardzo podobna do ojca. Nawet poczucie humoru miała takie jak mistrz Tornel. Oczywiście gdy tylko pozwalał sobie na to, by nie być poważnym mistrzem. – W zasadzie przyszłam, bo mam już dość słuchania tego przeklętego gila. Działa mi na nerwy jak nikt, a wychowywałam się wśród naprawdę denerwujących ludzi.

– Działa na nerwy wszystkim – powiedziała z westchnieniem Salliki.

To była miła odmiana widzieć uśmiechy w oczach mijanych czarownic i czarowników gdy ją pozdrawiali. Było jej też smutno na widok mieszanych na ich twarzach, gdy przenosili wzrok na Gwen. Nikt nie wiedział, jaki miała ona udział w zniknięciu pożaru. W zasadzie nawet Salliki do końca tego nie rozumiała, a bardziej czuła, że nie dałaby rady, gdyby nie Gwen. Ale smutek natychmiast ją opuszczał, gdy widziała, że Gwen zupełnie nic sobie nie robi z tego, co wszyscy o niej myślą. Już wiedziała, że w swojej wsi zawsze uchodziła za dziwaczkę, przez to, że nie widziała magii i wtedy też jej to nie przeszkadzało. Miała ogromną pewność siebie, którą Salliki w niej podziwiała.

Główny plac był tym razem większy, bo nie otaczały go ławki dla gapiów, a nieba nie przysłaniała ogromna płachta. Kręgi na ziemi były już wyrysowane i w odpowiednich miejscach leżały już stare kamienie z Somanne, miejsca, z którego pochodziły czarownice. Każdy członek Rady Czarownic pełnił pieczę nad jednym z takich kamieni. Wyglądały one jak zwykłe, szare otoczaki, chociaż Somanne leżała daleko od mórz i jezior, a kamienie pochodziły z licznych w okolicy jaskiń. Mówiono, że zaklęta w nich jest taka sama magia, jakiej używały czarownice. Salliki z ciekawością spojrzała na najbliższy z kamieni, gdyż do tej pory nigdy nie dane jej było ich oglądać. Na ostatnim zlocie miała zaledwie dwa lata…

Zdziwiło ją to, że kamienie są tak małe, że można było ukryć je w zaciśniętej dłoni… Czy faktycznie była w nich moc? Szara powierzchnia kamienia wyglądała zwyczajnie. Wzrok Salliki nie wyłapał niczego interesującego, ale gdy tylko skupiła swoją uwagę na kamieniu, poczuła dziwny, ostry zapach, coś pomiędzy solą morską a świeżą cytryną… Co to mogło znaczyć? Potem cichy dźwięk setek dzwoneczków zaczął jednocześnie drażnić jej uszy i przyspieszył bicie serca. Czy to jest właśnie magia czarownic w naturalnej postaci? Czuła, jak powietrze omija kamienie, nie chcąc się nawet o nie otrzeć, jak ziemia pod nimi drży, jakby chciała od nich uciec. Znowu przypomniała sobie stare przysłowie: Gdy czarownice się spotykają, natura nasłuchuje. Miała jednak wrażenie, że natura raczej usuwa się, jakby nie chciała spotkania z tą dziwną magią. Czemu tak było? Czy ich magia była czymś obcym naturze? A przecież uświęcone miejsca czarownic, takie jak zbocze Huntnei były właśnie dziewicze, tak bliskie naturze, jak to tylko możliwe. Czy to drżenie ziemi było jednak pozytywnym objawem?

– Nie ruszaj – usłyszała wesoły głos za sobą. Nawet nie zauważyła, kiedy ukucnęła do kamienia. Makneh z rozbawieniem patrzył na nią. Oblała się rumieńcem, gdy tak się jej przyglądał. A przecież akurat w jego zachowaniu względem niej nic się nie zmieniło. Nigdy nie traktował jej z wyższością, ani z pobłażaniem, nigdy nie patrzył na nią smutno czy ze współczuciem… – Kiminoom nie daruje ci takiego złamania etykiety – dodał, patrząc na nią znacząco. Wiedział, że Kiminoom była jej ciotką. Jako uczniowie tego samego mistrza wiedzieli o sobie dużo.

– Pokusa jest duża – odpowiedziała z uśmiechem i jakąś nową pewnością siebie. Z zaciekawieniem przyjrzała się rumieńcowi, który z kolei oblał twarz Makneha i zdziwieniu w jego oczach. Trwało to jednak tylko chwilę, nim pokręcił głową ze śmiechem.

– Wiem, ostatnio czułem podobną – przytaknął jej. Patrzyli tak na siebie przez kilka chwil, nim w końcu Salliki wyprostowała się i skinęła głową.

– Chciałabym rozumieć, co znaczy to, co teraz słyszę… – Rozbawiło ją jego zdziwione spojrzenie, więc wyjaśniła szybko. – Moje zmysły dostrajają się do magii, ale nie umiem interpretować tego, co mi dostarczają. Np. co znaczą te dziwne mieszanki zapachów, albo dźwięki, albo dziwne uczucie w całym ciele… Od trzech dni zalewają mnie te nowe doznania i ich nie rozumiem. A te kamienie – wskazała na kamyczek, przy którym stali. – One są najdziwniejsze z tego wszystkiego. Ale faktycznie trochę podobne w jakiś sposób do nas, czarownic.

– Niesamowite… – powiedział tylko. – Kiedyś mistrz Tornel opowiadał mi o tym, jak to jest używać zaklęcia, które zostawił mu jego mistrz, ale albo nie mówił wszystkiego, albo twoja magia jest dużo bardziej złożona niż magia starego mistrza.

– Albo po prostu jeszcze nie panuję nad tym chaosem – zaśmiała się. Makneh odpowiedział jej uśmiechem i skinieniem głowy.

Gdy odszedł myśli Salliki podążyły za nim. Podkochiwała się w nim od dawna i równie długo nie chciała tego przyznać przed samą sobą, zawstydzona, że ona, czarownica bez magii, ośmiela się mieć uczucia do jednego z najzdolniejszych młodych czarowników. I nagle wszystko się zmieniło. Nagle desperacja jej uczucia zniknęła, zmieniając się w coś… cieplejszego. Podziw wymieszany z sympatią. Czy to nadal było zauroczenie, jak zdarzało jej się nazywać to, co czuła na jego widok? A przecież nie mogła powiedzieć, że uczucia związane z odkryciem jej własnej magii i więzi z Gwen całkowicie zastąpiły jej to dawne młodzieńcze uczucie do Makneha. Gdy zobaczyła rumieniec na jego twarzy, poczuła przyjemne ciepłe uczucie w sercu.

– Ciekawe, czy naturę uczuć też będziesz mogła dostrzec – usłyszała za sobą głos Gwen.

– Chciałabym – powiedziała bez cienia zażenowania. – Bo nie wiem, co teraz czuję – zaśmiała się.

– Mało kto wie, co czuje – powiedziała z pewnym zastanowieniem Gwen. – Czy każdy ma swoje miejsce w tym kręgu? – zmieniła nagle temat.

– Tak – powiedziała natychmiast Salliki. – Od centrum po spirali ustawiamy się według wieku. Zaklęcie podąża po tej spirali od zewnątrz ku środkowi a potem promieniście od centrum do zewnętrznego kręgu po liniach wyznaczonych przez kamienie…

– Zazdroszczę ci tego, że będziesz to wszystko czuła – powiedziała szczerze Gwen. – Ale kto wie, może ja też coś poczuję…

– Jak nic głód – usłyszały dźwięczny głos gila. – Cud, że już czegoś nie… – nie dokończył, bo szybka niczym wiatr Gwen złapała go w locie i ścisnęła, aż wytrzeszczył oczka. – Ty paskudna…

Salliki zaśmiała się w głos. Nie chciała tego nikomu mówić, ale zobaczyła to. Łuna szmaragdowozielonej magii towarzyszyła ręce Gwen, gdy w jednej sekundzie złapała krążącego wokół niej gila. Kobieta używała magii nieświadomie w najbardziej absurdalnych momentach!

– Oczka mu wyszły z orbit. Uważaj, bo pęknie.

– Nie kuś – powiedziała ze złośliwym uśmiechem Gwen, nim wypuściła gila z ręki.

– Ty paskudna, stara panno! – zawołał z bezpiecznej wysokości. – Zobaczysz, umrzesz stara, zgorzkniała i samotna! – wołał, odlatując w kierunku lasu.

– Nie omieszkam przyjść do ciebie po nauki, by się wszystko spełniło! – krzyknęła do niego, ale w jej głosie nie było złości, tylko rozbawienie. Oczy Gwen lśniły radością. Gil mógł ją irytować, ale cieszyło ją to, że go rozumie.

Zaczęło się wokół nich robić tłoczno. Wszystkie czarownice i czarownicy zajmowali swoje miejsca. Gwen oddalała się coraz bardziej po spirali od Salliki, ale gdy już każdy zajął swoje miejsce zobaczyła, że w zasadzie stoją niedaleko, oddzielone raptem jedną osobą. Do Rady czarownic należały w większości najstarsze z nich, ale nie było to zasadą. Salliki nie znała dokładnych kryteriów, ale wiedziała, że ciotka dostała się do Rady w wieku zaledwie trzydziestu ośmiu lat, a i ona nie była rekordzistką w tej dziedzinie. Obejrzała się przez ramię i napotkała radosny wzrok Gwen. Ceremonia przydziału nie będzie dla niej kolejnym powodem do wstydu. Już nigdy nie będzie się wstydzić. Nie miała czego.

Dwadzieścia jeden głosów w jednym chórze zaczęło inkantować zaklęcie. Salliki z każdym słowem słyszała zmianę, jakby głosy z ludzkich przechodziły w ptasie, a potem w bardzo wysokie częstotliwości. Powietrze pod jej palcami drżało, ziemia sprawiała wrażenie miękkiej niczym bagno, ale mimo wszystko nadal była stabilna. Zapachy przybrały ostrą nutę, ale na języku poczuła mieszankę kwaśno-słoną. Leżący blisko niej kamyczek zadrżał i na jej oczach zmienił barwę na ciemnofioletową. Rozejrzała się i każdy z kamieni stał się ciemniejszy, jedne jednak były czerwone, inne zielone… Przez chwilę sądziła, że to część zaklęcia, ale zaraz potem zrozumiała, że to coś innego, gdy ziemia pod tymi kamieniami i otaczające je powietrze także zaczęły zmieniać kolor, aż w końcu wszystko zaczęło wyglądać jakby stali po kolana w kolorowej wodzie… Nagle dostrzegła też ruch po wyznaczonej spirali i z zapartym tchem patrzyła, jak magiczne pasma rozciągają się od swych kamieni ku środkowi placu, tworząc cudowny magiczny kobierzec. Gdyby to było coś, co widzą wszyscy na pewno słyszałaby o tym wiele nieprawdopodobnych opowieści. Ale też coś w jej wnętrzu mówiło jej, że nie jest to widok dostępny oczom pozostałych. Tylko ona mogła cieszyć nim wzrok.

Gdy magiczne linie dotarły do centrum na chwilę wszystkie te dziwne doznania jakby… zamarły. W uszach dźwięczała jej cisza, wszystko stało się białe, bez smaku i bez zapachu, powietrze i ziemia zastygły. Ale ułamek sekundy później białe promienie wystrzeliły z zawrotna prędkością ku zewnętrznemu kręgowi po chaotycznych liniach, przeskakując od czarownicy do czarownicy. To widzieli już wszyscy, chociaż dla nich łączące magiczne rodzeństwo linie pozostały białe, to Salliki rozróżniała kolory. Linia okrążająca ją i łącząca z Gwen była szmaragdowozielona. Spojrzała w orzechowe oczy Gwen, a gdzieś na skraju pola widzenia zobaczyła ogromny, szmaragdowozielony kształt o wyrazistych oczach, który – mogła to przysiąc! – był przedłużeniem linii, która je połączyła.

W jednej chwili nastąpił chaos, gdy młode uczennice rzuciły się z radością ku swoim magicznym siostrom i braciom, inne zaczęły płakać z rozczarowania, niektórzy – znała przynajmniej jedną taką osobę – westchnęli ze smutkiem. Ale Salliki nawet nie drgnęła. Widziała, że Gwen aż wstrzymała oddech, wpatrzona w miejsce, w którym Salliki przez chwilę widziała kształt jej chowańca. Podeszła w końcu do niej i z zadowoleniem odkryła, że Gwen się uśmiecha.

– Widzę go. Wiem, że to nie potrwa długo, ale widzę go.

– Poznajesz kim jest?

– Nie… – bardzo delikatnie pokręciła głową. – Ale chyba więcej rozumiem… Tylko nie wiem, jak to ubrać w słowa.

– W końcu odpowiednie słowa same się znajdą – powiedziała z uśmiechem Salliki.

– Słowa godne mistrza – usłyszały głos za sobą. Tornel wraz z Maknehem podeszli do nich. – Mam nadzieję, że zostaniesz mianowany mistrzem-nauczycielem, Maknehu – powiedział z powagą do swojego ucznia.

– Znowu nie znalazłeś swojego brata? – spytała Salliki, gdy Gwen w końcu odwróciła wzrok od miejsca, gdzie zobaczyła swojego chowańca.

– Nie spodziewam się, że to się zmieni – powiedział z jakimś zamyśleniem Makneh i spojrzał na mistrza Tornela. – Nie czuję się też gotów na bycie mistrzem, sam wciąż jestem uczniem.

– Och, gdybyż to było tak dogodne, by można było obejmować funkcje, gdy się ma na to ochotę – powiedziała zgryźliwie Kiminoom, podchodząc do nich wraz z Gunam.

– Kimi otrzymała zaszczytną propozycję przejęcia pozycji Przewodniczącej Rady – zaśmiała się pod nosem Gunam.

– Jak nie kopnę w kalendarz, to będę musiała za piętnaście lat sama organizować sabat – powiedziała z jeszcze bardziej niezadowoloną miną.

– Nie udawaj, że się nie cieszysz! – ćwierknął gil i ku zdumieniu wszystkich Kimi jedynie wzruszyła ramionami.

– Co teraz? – spytała nagle Gwen.

– Każde pójdzie w swoją stronę – odpowiedziała jej z westchnieniem Kiminoom. – Co w twoim przypadku może znaczyć cokolwiek.

– Będziemy podróżowały razem – powiedziała natychmiast Salliki. – Przez trzy lata świetnie poznałam całe Mori’Anth, chciałabym pokazać Gwen wiele miejsc! – dodała z entuzjazmem. Gwen uśmiechnęła się z radością. Odkąd pamiętała, zanim jeszcze opuściła swoją wieś chciała podróżować. Towarzystwo Salliki w tej podróży było wszystkim, o czym teraz marzyła.

– My musimy zostać tutaj i zbadać to jezioro – powiedział Tornel, a w jego wzroku pojawił się jakiś smutek.

– Może zostaniemy chwilę, nim ruszymy? – Gwen spojrzała na Salliki z pytaniem w oczach. Chciała spędzić trochę więcej czasu z ojcem. Salliki uśmiechnęła się do niej w odpowiedzi. Sama chciała zapytać mistrza o wiele rzeczy, na co nie miała czasu do tej chwili.

– Jak dla mnie zaczyna się tu robić zbyt rodzinnie – mruknęła Kiminoom, ale radosne iskierki w jej oczach zadawały kłam tym słowom.

– Daj spokój, przecież jesteśmy rodziną – usłyszeli cichy głos zza jej lewego ucha. Szczur wyszedł na jej ramię. – Może z wyjątkiem tego wyliniałego ptaszyska – dodał złośliwie.

– Jak ja ci…

Ale Salliki nie słuchała już tej sprzeczki. Mistrz Torenl podszedł do niej i do Gwen. Wyciągnął do niej rękę, w której trzymał amulet Gwen.

– Długo o tym myślałem, ale z tym kryształem nie stało się nic takiego, co mój talent magiczny mógłby dostrzec. Amulet nadal pełni swoją funkcję. Ale sądzę, że ty zdołasz odkryć jego powiązanie z mocą Gwen, Salli. Będzie to wymagało pewnie dużo pracy, ale wiem, że ci się uda. Że odkryjesz, jaką magię posiada moja córka – szepnął, by tylko one dwie mogły go usłyszeć, i z ciepłym uśmiechem spojrzał na Gwen.

Salliki wzięła od niego amulet i spojrzała na swojego mistrza. Nie zobaczyła nic więcej, niż to dziwne załamanie magii i promień wskazujący w kierunku Gwen, znak ich pokrewieństwa. Mistrz miał rację. Wiedziała, czuła, że odkryje moc Gwen, gdy tylko dostatecznie zapanuje nad własnym darem. Może kryształ faktycznie jej w tym pomoże. Skinęła głową, ale zamiast schować amulet do swojej torby, zawiesiła go na szyi Gwen.

– I tak będziemy podróżowały razem – powiedziała, gdy Gwen spojrzała na nią zdziwiona. – Odkryję twoją magię, tak jak ty odkryłaś moją – obiecała.

Pod wiatr - banerek

POSZUKIWANIA

FRAGMENT PIERWSZY | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | OSTATNI

 

Reklamy